Nowości książkowe

Nowy numer Znad Wilii

  

Plakat

Romuald Mieczkowski

Nowy numer ZNAD WILII

 

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele, Czytelnicy i Sympatycy ZNAD WILII! 

Miło mi poinformować, że ukazał się, mimo wszystko,  nr 2/82 (letni) kwartalnika. Z wiadomych powodów nie ma go w tradycyjnej dystrybucji, ale Czytelnicy i wszyscy chętni otrzymują go drogą pocztową. Są to szczególnie trudne czasy dla przetrwania tytułu. 

Niestety, nie będzie już kwartalnika w kioskach RUCH-u. W tej chwili można go nabyć w księgarni im. A. Prusa w Warszawie.

Nabywając go, wspieracie, Drodzy Państwo, polskie słowo z Litwy! 

Zachęcam do składania zamówień do redakcji drogą mailową i telefoniczną, tak jest najszybciej i najtaniej.

Razem przetrwamy!  

ZNAD WILII, to 160 stron fascynującej i różnorodnej, fachowo podanej lektury. W numerze:

 

MÓJ KĄT EUROPY

Redaktor naczelny w felietonie wstępnym ZAPISKI Z CZASÓW ZARAZY dzieli się refleksjami na temat niezwykłej sytuacji w naszym życiu w nowych realiach.

 

IN MEMORIAM

Romuald Mieczkowski wspomina Profesora Andrzeja Strumiłłę: ZNAD ŻEJMIANY NAD CZARNĄ HAŃCZĘ (1927-2020) oraz Pieśniarkę Lubę Nazarenko: ZAPAMIĘTAMY JEJ AKSAMITNY GŁOS (1964-2020).

 

KAWIARNIA LITERACKA

– O przełożonym na jesień XXVII Międzynarodowym Festiwalu Poezji MAJ NAD WILIĄ, o jego perypetiach i planach – JESIENIĄ O MAJU W SERCACH.

WIERSZE: 

ANDRZEJA STRUMIŁŁY o rodzinnych stronach na Litwie i przemijaniu;

ZBIGNIEWA JĘDRYCHOWSKIEGO – dygresja;

ANNY MARII MICKIEWICZ: ESTONIA – POEZJA I WRZOSOWISKA.

– W cyklu PRZECZYTANE Tomasz Snarski pisze o książce Birute Jonuskaite - MIRIADY TRANSGRESJI, CZYLI O ODWAŻNEJ PODRÓŻY KU ŚWIATŁU; 

– Leonard Drożdżewicz pisze o książkach Macieja Mieczkowskiego NA ZAKRĘCIE. KIJÓW I UKRAINA U PROGU PRZEMIAN - LITERACKIE ETIUDY ZNAD DNIEPRU, ks. Tadeusza Krahela - OD BIAŁEGOSTOKU PO WILNO oraz Romualda Mieczkowskiego – BYŁY SOBIE FABIANISZKI.

– O tej ostatniej książce piszą też Tomasz Snarski - BYŁY SOBIE FABIANISZKI?

– Małgorzata Karolina Piekarska WSPOMNIENIA ZE WSPÓLNYM MIANOWNIKIEM

– Romuald Mieczkowski przytacza fragmenty książki - JESTEM Z FABIANISZEK

– POCZET TWÓRCÓW LITERATURY WILEŃSKIEJ OD XVI wieku do 1945 ROKU (odcinek 30, pomiędzy hasłami: Teka Wileńka / Lucjan Uzięmbło).

 

KRESOWE RODOWODY

W artykule STAROŻYTNY RÓD LASKARYSÓW, Maciej Żakiewicz pisze o rodzinie pochodzącej z Grecji, a zakorzenionej Litwie.

 

LITWA-POLSKA. Z MIESIĄCA NA MIESIĄC. WYDARZENIA, FAKTY, OPINIE. STATYSTYKA I RANKINGI. KULTURA. POLACY NA LITWIE, LITWINI W POLSCE. NAGRODY I NOBILITACJE. WYDAWNICTWA i INNE

Nigdzie Państwo nie znajdą tak pełnej kroniki relacji polsko-litewskich, z przedstawieniem wydarzeń z udziałem Polaków na Litwie i Litwinów w Polsce, działalności odrębnych placówek (Instytutu Polskiego w Wilnie, Domu Kultury Polskiej). Sygnalizowane są ważniejsze nagrody i nobilitacje, nowości wydawnicze, wydarzenia na pograniczu kultur. 

Są to informacje szczególnie przydatne dla zainteresowanych regionem badaczy, studentów, ludzi stąd pochodzących. 

 

LISTEM I MAILEM. POCZTA REDAKCYJNA

Ich autorami są: Danuta i Zenon Jabłońscy, Biuro Poszukiwań IPN, Józef Szyłejko, Marek Jóźwiak, Nowa Awangarda Wileńska. prof. Władysław Zajewski i prof. Mieczysław Jackiewicz 

Czasopismo jest bogato ilustrowane, w kolorowej wklejce tym razem są prezentowane z dawnych spotkań poetyckich „Maj nad Wilią”.

ZNAD WILII w Wilnie: w księgarniach ELEPHAS (w siedzibie Domu Kultury Polskiej, Naugarduko 76), AKADEMINE KNYGA (Universiteto 4), POLSKA GALERIA ARTYSTYCZNA „ZNAD WILII” (Isganytojo 2/4) 

W Polsce i Warszawie: w Domu Spotkań z Historią (Karowa 20), w księgarni im. B. Prusa (Krakowskie Przedmieście 7). Czasopismo wysyłamy pocztą.

Zamówić można mailem lub telefonicznie: 48 508764030 (w Polsce) i 370 68469052 (na Litwie). Informacja o naszych działaniach na www: facebook.com/znadwilii

Przypominam, że można zamówić numery archiwalne, roczniki, wydawnictwa z serii Biblioteka Znad Wilii.

Romuald Mieczkowski

O Syfon Scherfera

  

Plakat

12. Konkurs na zbiór wierszy imienia Scherffera Von Scherfersteina

„O Syfon Scherfera” – Brzeg 2020

 

PATRON

Wenzel Scherffer von Scherffenstein – (ur. 1603 w Głubczycach, zm. 1674 w Brzegu) – niemiecki organista i poeta barokowy, poliglota, tłumacz, polonofil. Był uczniem kompozytora Matthausa Apellesa von Löwensteina. Jako organista działał w przyzamkowej kaplicy św. Jadwigi w Brzegu, jako poeta w 1653 został uhonorowany zaszczytnym tytułem Poeta laureatus. Jako tłumacz przekładał z języków łacińskiego i polskiego, na język niemiecki przełożył m.in. 138 fraszek Jana Kochanowskiego. Dzieła poetyckie wydawał w Brzegu, m.in. liczący 800 stron zbiór błyskotliwych, niestroniących od humoru wierszy „Geist – und Weltliche Gedichte”. Napisał również sporą ilość utworów okolicznościowych, w których posługiwał się także dialektem śląskim. Od 1631 roku aż do śmierci pozostał na usługach Piastów brzeskich.

REGULAMIN 

1. Klub Integracji Twórczych „Stowarzyszenie Żywych Poetów” z Brzegu ogłasza 12. KONKURS NA ZBIÓR WIERSZY. Konkurs ma charakter otwarty i może wziąć w nim udział każdy, kto zastosuje się do regulaminu. Nie ma ograniczeń wiekowych. 

2. Uczestnicy winni nadsyłać zestawy obejmujące nie więcej niż 45 utworów poetyckich, mieszczących się na nie więcej niż 54 stronach (nie licząc spisu treści i tytułowej), w 3 kopiach oraz na nośniku elektronicznym (płyta CD, pendrive).

3. Termin nadsyłania prac upływa dnia 15 września 2020, liczy się data stempla pocztowego. Zestawy prac należy nadsyłać na adres: K.I.T. „Stowarzyszenie Żywych Poetów”, Miejska Biblioteka Publiczna im. ks. Ludwika I, ul. Jana Pawła II 5 (NISZA), z dopiskiem „SYFON SCHERFFERA 2020”.

4. Zestawy prosimy opatrzyć godłem autora, a w osobnej kopercie oznaczonej tym samym godłem, przesłać szczegółowe dane autora.

5. Przez godło rozumie się jakikolwiek znak graficzny, słowo, logo lub alfanumeryczny symbol maskujący właściwą tożsamość autora. 

6. Utwory nadsyłane na konkurs nie mogą być wcześniej nagradzane w konkursach na tomik wierszy ani publikowane w drukach zwartych. Mogą być publikowane częściowo w drukach ulotnych, internecie, prasie lokalnej, radio i telewizji, prasie literackiej.

7. Nadesłane zestawy wierszy oceni jury w składzie: Ryszard Chłopek, Joanna Mueller, Radosław Wiśniewski.

8. Zgłoszenia nie spełniające regulaminowych wymogów będą dyskwalifikowane.

9. O wynikach konkursu laureat zostanie powiadomiony listownie, internetowo, telefonicznie lub w jakikolwiek inny skuteczny sposób.

10. Wręczenie nagrody finansowej oraz honorowej odbędzie się w trakcie 22. Konfrontacji Literackich Syfon w październiku 2020 roku.

11. Dodatkowe informacje można uzyskać na stronie profilowej Stowarzyszenia w serwisie www.facebook.pl oraz pod adresem e-mail: kit_szp@wp.pl

12. Nagrodzony tom wierszy zostanie opublikowany nakładem organizatora konkursu.

13. Organizator zastrzega sobie prawo do poczynienia drobnych zmian o charakterze redakcyjnym i korektorskim w nagrodzonym zestawie.

14. Organizator zastrzega sobie prawo rezygnacji z przyznania nagrody i rozstrzygnięcia konkursu w przypadku braku zestawów spełniających kryteria estetyczne i formalne lub z przyczyn od niego niezależnych.

 

Przywołanie pamięci

  

Plakat

Paweł Kuszczyński

Przywoływanie pamięci

 

Siódmą książką o Wołyniu, postrzeganym głównie jako kraina dzieciństwa, wydaną przez oficynę Bonami jest autobiografia „Wołyńskie korzenie” autorstwa Jana Kuriaty.

Ta pozycja wydawnicza jest spełnieniem pragnienia znamionującego unikatowe kompetencje społeczne i emocjonalne edytora Mieczysława Kuczyńskiego, których wyraźnym potwierdzeniem są mądre i piękne słowa „Od Wydawcy”:  Gdy przed pięcioma laty szukałem ludzi sukcesu z naszego Wołynia, zwróciłem uwagę na postać Jana Kuriaty – generała dywizji Wojska Polskiego, urodzonego przed wojną we wsi Woronówka, w powiecie kostopolskim. Zainteresowały mnie jego losy i jego rodziny – przed wojną, w czasie wojny i po wojnie. Byłem ciekaw, jak do tego doszło, że swoją przyszłość związał z wojskowością, której poświęcił całe dojrzałe życie.

Poligrafia książki jest wzorowa, do lektury zachęca symbolicznie skomponowana okładka, rozdzielenie sylab w imieniu i nazwisku autora trafnie oddaje jego etapy w znaczącym życiu oraz zastosowanie czcionki typowej do adresowania skrzyń towarzyszących żołnierzowi przy jego licznych podróżach i przeprowadzkach.

Zdumiewać może to, że  wszyscy powojenni generałowie urodzili się tylko w jednym powiecie wołyńskim. Byli to – oprócz Jana Kuriaty – generałowie: Bronisław Kuriata  z Lewacz, Czesław W. Piotrowski z Huty Stepańskiej a także bracia Hermaszewscy z Lipnik, Władysław i Mirosław,  jedyny dotąd  polski kosmonauta.

Kuriatów żyło wielu na Wołyniu (nie tylko we wsi Woronówka). Osobiście znam poetę Czesława Kuriatę, absolwenta poznańskiej polonistyki, mieszkającego w Koszalinie.

Wołyń to region, który ma doprawdy unikatową historię: Polska wielokrotnie zabiegała o te urodzajne czarnoziemy. Także Litwa, Ruś Kijowska, Wielkie Księstwo Moskiewskie, Rosja carska i sowiecka. Były też okresy względnej niezależności, a nawet niepodległości Ziemi Wołyńskiej. Występowały w niej żywioły rusińskie (później ukraińskie), polskie, żydowskie, niemieckie i czeskie. Wyjątkowo niechlubną  kartą w historii Wołynia jest rok 1943, znaczony ludobójstwem dokonanym na Polakach (Lachach) przez Ukraińców działających w Ukraińskiej Powstańczej Armii a wcześniej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.

Nie można znaleźć usprawiedliwienia dla dokonanych wyjątkowo okrutnych zbrodni. Na haniebną postawę Ukraińców mogło  mieć wpływ nie zawsze właściwe postępowanie władz II Rzeczypospolitej wobec tej mniejszości narodowej oraz niezapewnienie obecności na konferencji pokojowej 12 października 1920 roku w Rydze strony ukraińskiej, reprezentowanej przez prawdziwy rząd Ukrainy na czele z atamanem Symonem Petlurą – lojalnym sprzymierzeńcem Polski w wojnie z nawałą sowiecką.

W latach 1939-1945 Wołyniacy, jak i pozostali ludzie  Kresów byli zmuszeni przeżywać trzykrotnie tragedię okupacji, dokonywanych przez najeźdźców: radzieckich 17 września 1939 roku, niemieckich w czerwcu 1941 roku oraz ponownie sowieckich w sierpniu 1944 roku. To spowodowało, że nastawione patriotycznie dzieci i młodzież miały bolesne dzieciństwo i młodość, obcując na co dzień w swoich sponiewieranych rodzinach.

Autor dorastał w tych trudnych latach.  Opowieść swą rozpoczął od pokazania pracowitości i niezłomnych cech charakteru tamtejszych ludzi, które pozwoliły jego rodzicom na szybkie usamodzielnienie się od pomocy dziadków. W ciągu dwóch lat zbudowali dom i pomyślnie zorganizowali własne gospodarstwo na kilku hektarach pól i łąk. Od najmłodszych lat autor   angażowany był do pracy w domu i zagrodzie. Gdy trochę podrósł, chodził  z ojcem w pole.

Oprócz pracy na roli ojciec uczył swoich chłopców umiłowania ojczyzny. Tłumaczył im, co to jest naród i ojczyzna, uczył że należy ją kochać i jej służyć. Ojciec zawsze zwracał uwagę na  solidność, rzetelność w codziennym życiu i szacunek dla innych ludzi.

Wszczepił też  swojej rodzinie kult dla wojska i żołnierskiego rzemiosła.  Dobrze wspominał swój czas służby wojskowej, szanował swojego dowódcę, i dawał za wzór swoim synom. Często śpiewał wojskowe pieśni patriotyczne, a chłopcy mu wtórowali.

Gdy przyszła wojna, do codziennych obowiązków  autora doszła troska o bezpieczeństwo, a nawet i życie młodszych braci. Był wsparciem dla swoich rodziców, którzy w warunkach brutalnej okupacji i ukraińskiego bestialstwa, desperacko starali się zapewnić materialny  byt swoim dzieciom.

Po przyjeździe na Dolny Śląsk  jako nastoletni młodzieniec nadal był podporą swoich rodziców. Nie stronił od wszelkich  prac gospodarskich. Był pracowity, rzetelny, uczciwy i sprawiedliwy. Jego prawdomówność przysparzała mu trochę kłopotów na początku jego drogi zawodowej. Ale dzięki pracowitości, wytrwałości, sumienności i uporowi chłopskiego dziecka w realizowaniu celów mogła przyjść kariera (tak, na pewno!), kariera wojskowa. Generałami zostają nieliczni. Stąd zatem szczególnie interesujący jest moment, w którym Jan (Kuriata) stał się naprawdę Kimś:  dowódcą Śląskiego Okręgu Wojskowego, dowódcą Warszawskiego Okręgu Wojskowego, i na końcu, po transformacji ustrojowej  wiceministrem obrony narodowej. Chciałoby się poznać sposoby radzenia sobie na takich stanowiskach z tak zwanymi czynnikami partyjnymi, a konkretnie z komitetami wojewódzkimi i komitetem centralnym PZPR. Także czytelników zapewne zainteresowałyby kontakty z „towarzyszami radzieckimi” (nie tylko w czasie studiów w Moskwie).

Widoczne jest rozżalenie autora, brakiem zainteresowania aktualnego kierownictwa wojskowego byłymi dowódcami, z których wiedzy i doświadczenia można byłoby korzystać. Przy tej okazji warto  zapytać, czy autor pełniąc wysokie stanowiska korzystał z takiej sposobności.

Reasumując, trzeba na koniec  podkreślić, że książka Jana Kuriaty to wyjątkowo ciekawa pozycja beletrystyczna, w której obok wiedzy merytorycznej o losach wyróżniającego się Wołynianina, dzielnego w trudnych latach dzieciństwa, odpowiedzialnego  w młodości oraz owocnej dojrzałości, zakończonych znaczącym awansem wojskowym znaleźć można wiele  wartościowych przesłań patriotycznych, ważnych dla współczesnego młodego pokolenia.

Autor ukazał cechy charakteru, które przynieść mogą uznanie i satysfakcję z pracy, pojmowanej jako służba , a nawet karierę. Książka wskazuje na wielkie znaczenie więzi międzypokoleniowych w życiu człowieka. Zatem warto przeczytać książkę Jana Kuriaty.

Paweł Kuszczyński

__________

Jan Kuriata, Wołyńskie korzenie. Wydawnictwo Bonami, Poznań  2020, s. 224.

 

Dotrzeć do pestki

  

Plakat

Irena Kaczmarczyk

Dotrzeć do pestki. Zapiśnik Józefa Barana czyli „Stan miłosny... przerywany”

 

Dzienniki. Od zawsze lubiłam je czytać, podobnie jak biografie, pamiętniki, listy. Bo poszerzają intelektualne horyzonty, bo pozwalają przyjrzeć się twórcy, zauważyć, jak postrzega rzeczywistość, co z niej wyłuskuje, z czego buduje swoje ego, co czyta, kogo ceni i za co, i mogłabym tu jeszcze wyliczać, wyliczać...

Czytanie dzienników to swoista podróż z autorem, wspólne dźwiganie bagażu, który przecież towarzyszy każdej podróży, tej w realu, jak również tej prowadzącej w głąb – do pestki duszy.I ta, docierająca do pestki, bardziej mnie interesuje. Bo ona dopowiada to, czego w pobieżnej rozmowie czy w zewnętrznej wędrówce wspólnym traktem nie jesteśmy w stanie odkryć. Dlatego też z ciekawością wybieram się w taką podróż. I już od pierwszego kroku (czyt. zdania), od pierwszej strony wiem, jaka to będzie wędrówka: płaska, nużąca, czy też ekscytująca, pełna przystanków, oczarowań, olśnień, zadziwień...

Biorąc do ręki zapiśnik Józefa Barana „Stan miłosny... przerywany”, nie miałam wątpliwości, że czeka mnie nie tylko długi i fascynujący spacer po świecie literatury, ale też spacer do wspomnianej wyżej pestki, z przystankami na odautorskie komentarze, refleksje, rozważania krążące nieustannie wokół ważnego pytania: czym jest poezja, co jest istotą dobrego wiersza? A znając krakowskiego poetę, dziennikarza ze spotkań autorskich, z jego przez całe lata redagowanego w „Dzienniku Polskim” Wierszowiska wiedziałam, że będą to pełne mądrego humoru i z pazurem dziennikarskim opisane fakty, zdarzenia, refleksje.

Muszę przyznać, już sam tytuł dziennika mnie zaczepił. „Stan miłosny...przerywany”. I ten rzadko używany dziś, czeskiego pochodzenia rzeczownik zapiśnik, użyty w podtytule książki.Poza tym, miałam za sobą przeczytane wcześniej dzienniki: Koncert dla nosorożca (2005), Przystanek Marzenie (2008) i fragmenty Spadając, patrzę w gwiazdy (2013), w których znalazły się zapiski z lat 2008-2012.

Już po otwarciu książki, liczącej 430 stron zaskoczył mnie pomysł prezentacji wiersza „Żyję”, który znalazł się nietypowo na odwrocie karty tytułowej (redakcyjnej). Rękopis wiersza w pięknym zapisie graficznym rozgościł się na całej płaszczyźnie białej kartki. Z trudem wkomponowały się w przestrzeń utworu pieczątki i numer inwentarza Biblioteki Jagiellońskiej. A potem zachowana już chronologia zapisków; wyodrębniony rok 1979, 1988 i okres obejmujący lata 2013-2018. Data końcowa sugeruje, iż zapewne ciąg dalszy nastąpi, na co wierni czytelnicy z niecierpliwością będą czekać, a ja, już ustawiam się w kolejce.

Pierwszy zapisek Józefa Barana jest opatrzony datą 17 stycznia. No cóż, data jak data, ale od razu zatrzymał mnie wywód: [...] Moje trzydzieste drugie urodziny. Wchodzę w wiek Chrystusowy... Przez chwilę myślę o Chrystusie, który gotował się już do największego dzieła. [...] Myślę, że Ci którzy zamierzają długo jeszcze żyć po trzydziestym drugim roku życia, a są poetami z natury – mają trudne zadanie. Szaleństwo mieszać z rozsądkiem, marzenie z realizmem – w sposób proporcjonalny, żeby jedno nad drugim nie przeważało...Za dużo szaleństwa – człowiek się wypala. Za dużo rozsądku – kończy się poeta. Spacer po linie, bardzo niebezpieczny. Wybieram jednak ten spacer.

I wybrał, oferując czytelnikom setki wierszy, bo Józef Baran jest twórcą niestrudzonym. Nawet doświadczony poważną chorobą, nie przestaje pisać, zaskakując bystrością obserwacji, świeżością przekazu. Jego poezja, proza, krytyka literacka po prostu smakuje. Jest roziskrzona metaforą, dowcipem, jest barwna, dźwięczna, chociaż niekiedy zdolna ugodzić i dotkliwie zranić. Nacechowany emocjami język nie pozwala czytelnikowi na nudę. Schwytany w uwodzicielską sieć narracji, nawet nie usiłuje odłożyć lektury na później.

Ja też dałam się uwieść (nie pierwszy raz zresztą) i w skupieniu odbyłam z autorem literacką podróż, aż do mety. Podróż na wskroś poetycką, bowiem każde nieomalże wydarzenie jest w zapiśniku pretekstem do rozważań o poezji, bądź owocuje wierszem. Józef Baran nie traktuje dużych czy też małych podróży płytko. Obserwacje obcych krajów, a zwiedził sporo świata, pobudzają poetę do refleksji, porównań. Bo weźmy zmetaforyzowany wywód: Polska jest wciąż młodym obiecującym poetą – niespełnionych nadziei, oślepłych jasnowidzeń, niedorozwiniętych skrzydeł – aspirującym do wielkości, choć po cichu zazdrości spełnionym, „dojrzałym” krajom. Wciąż wychodzimy z siebie, lecz rzadko kiedy dochodzimy do celu... Trwamy w zawieszeniu.

W najnowszym zapiśniku Józef Baran zamieszcza sporo wierszy, ba, nawet cytuje swoje pomysły na wiersze, czy też króciutkie poetyckie szkice; cytuje również cudze utwory, które ceni, bo trzeba wiedzieć, iż autor dzienników jest wysoce wybredny i zna się na dobrej poezji.

Zapiśnik roi się od wspaniałych cytatów zapożyczonych z multum przeczytanych przez Józefa  Barana książek, z wypowiedzi twórców polskich i obcych, z którymi poeta albo się przyjaźni, albo też koresponduje, przeprowadza wywiady. Poeta jest chłonny wiedzy, ciekawy opinii innych znawców literatury. I, zawsze ma odwagę wypowiedzieć własne zdanie. Często krytyczne; niekiedy powie ostro, czasem zadziornie, czy kpiąco. Tak, tak (!), ale to przecież zapiśnikowi dodaje smaku, jak pieprz do kurkumy.

Józef Baran od zawsze był poetą ambitnym. Na wątpiące stwierdzenie polskiego pisarza Wojciecha Żukrowskiego, odnoszące się do wiejskiej arkadii w jego pierwszych tomikach, odpowie: A może jednak uda mi się do końca moich dni sprostać czasom, światkując im za pośrednictwem kruchej, pięknej dmuchawcowej liryki, która okaże się najlepszym materiałem i narzędziem opisu życia. A czemuż by nie?  Krucha, dmuchawcowa liryka (cudownie powiedziane!). Niejeden poeta od niej zaczyna, chociażby pisząca te słowa. Ale czy mamy wstydzić się wrażliwości? Siebie?

Zapiśnik Józefa Barana czyta się jednym tchem. Czyta się z przyjemnością, a nawet z... zazdrością. Nie bez powodu, recenzując „Stan miłosny... przerywany” utalentowany młody krakowski krytyk literacki Michał Piętniewicz napisał, iż Józef Baran posiada srebrny talent. Tak! Srebrny talent. Posiada.

Język Józefa Barana jest osobny. Nie do podrobienia. Tak w poezji, jak i w prozie. Poeta ma dużo do powiedzenia. Buduje swój literacki imagine poprzez aktywność w środowisku literackim, jak również czytanie dobrych książek z literatury rodzimej i obcej. Na kartach dziennika pisze: Miałem w życiu wiele literackich miłostek i miłości: Jesienin, Leśmian, Gombrowicz, Schulz, Nowak, Harasymowicz, Herbert, Rilke, Joseph Roth, Masters, Emily Dickinson, Kawatis, Staff, Pawlikowska-Jasnorzewska, Szymborska, Myśliwski, Sándor Márai,, Thomas Bernhard...

Autor zapiśnika dba o dobre kontakty. Jest obecny na znaczących Festiwalach Literackich w różnych krajach Europy, Ameryce, Australii. Juroruje licznym konkursom literackim, jest nieustannie zapraszany na spotkania autorskie. Jest to dla niego codzienność. Sam przecież powie w którymś momencie, że żyje jak wiatr, odbywając np. w ciągu pięciu dni spotkania autorskie w Warszawie, Sandomierzu, Rzeszowie, pałacu Myśliwskim w Julinie, Leżajsku, Kolbuszowej i w Krakowie. Poeta ceni sobie to „rozchwytywanie”, czerpie z niego wiele poprzez kontakty z wyjątkowymi ludźmi pióra: poetami, prozaikami, krytykami; owocują one długoletnimi przyjaźniami, chociażby z Arturem Sandauerem (odkrywcą Poety Józefa Barana). Z wieloma prowadzi korespondencję. Korespondencja z Mrożkiem zaowocowała przecież wydaniem książki Scenograf od wieczności. Listy ( 2014), o której napisał pięknie na łamach „Dziennika Polskiego” Wacław Krupiński: Komu jeszcze było dane mieć w młodości mentora, a z czasem partnera Mrożka i dostać od niego błyskotliwą pochwałę; że „nie robisz z gęby pióropusza, z mózgu sałaty, z życia hecy”.  

Autor dziennika jest wymagającym odbiorcą sztuki, nie zawęża swoich zainteresowań do poezji, zachwyca się dobrym malarstwem, muzyką; powie: Gdybym – nie daj Boże! – był dyktatorem, karałbym mandatami za ziewanie przy obrazach Van Gogha i Makowskiego... za niewrażliwość na kwartety Schuberta i wobec metafor Leśmiana, a nawet Barana (dlaczego nie?). Nagradzałbym marzycieli mających piękne marzenia i idących za nimi, a karałbym bezlitośnie tępych pełzaczy za brak wyobraźni... Ale Józef Baran nade wszystko jest... poetą. Wyznaje na łamach zapiśnika: ...wielkie katedry powieściowe... bardziej narażone są na runięcie... gdy powieją wiatry historii, niż malutkie wiersze, ważki, które mają większe szanse uchronić się, jakoś frunąć z tym wiatrem, poddać się mu i przetrwać. I jak nie zachwycać się Baranem, który wiersz porównuje do ważki? Stosowane często przez  poetę  wielokropki otwierają czytelnikowi furtkę na własne domyślenia, dopowiedzenia. Pozwalają  współrozmyślać, współkomentować, nieomalże współpisać.

Nie sposób przywołać wszystkich pomieszczonych w dzienniku rozważań dotyczących poezji, samej istoty pisania wierszy, ale kilka z nich warto zacytować a nawet zapisać w osobistym notatniku: Wiersz dzieje się jakby w powietrzu, nie musi mieć trwałego zakotwiczenia w realności, choć wynika z realności, nie musi stać nogami na ziemi, na fundamentach, nie chodzi na piechotę, a raczej frunie, przeskakuje, albo raczej przefruwa z odległego skojarzenia w odległe skojarzenie – jak iskra, jak małpka kapucynka, jak ptak. Wiersz może dziać się tu i wszędzie, i nigdzie jednocześnie. Odsyła naszą wyobraźnię, naszą wrażliwość do czegoś, czego nie da się właściwie wyrazić słowami prozy, ale co jest ważne, jak nastrój, klimat, uczucie, tęsknota. Oczywiście istnieje też poezja innego rodzaju, bliska prozie, bliska aforyzmowi, dążąca jednak do skrótu, definiująca, zamykająca definiowalną przestrzeń a nie otwierająca na Tajemnicę (np. Bursa, Różewicz).Bo oczywiście nie ma jednej recepty na poezję.

Albo: Nie jest ważne, prostota, długość, krótkość wiersza, tylko z jakiego materiału słownego jest to uszyte, i jak skrojone, czy tandetnie i chaotycznie, czy gustownie, odkrywczo, oryginalnie. Mówi się przecież „szlachetna prostota” i „prostacka prostota”. Poezja nie jest tylko sprawą mózgu (rozumianego potocznie), ale też na pewno, może przede wszystkim  sprawą serca i jaj i wrażliwości i wyobraźni.

Ciekawe są odpowiedzi Józefa Barana zaczerpnięte z wywiadu przeprowadzonego podczas choroby przez krakowskiego poetę, dziennikarza Jakuba Ciećkiewicza. Na zadane pytanie: Kim jest poeta? Józef Baran odpowie: Jest normalnym, zwyczajnym człowiekiem, jak ja, jak ty, jak inni. Nie cierpię pozerów, „ufryzowanych artystów”. Wkłada taki na łeb arabski fez, zawiązuje wokół szyi hinduski szalik, nosi koszulę w kwiaty i kolorowe buty. Siada w oknie kawiarni, pali fajkę, ludzie go oglądają i mówią – patrzcie, poeta!{...} wiesz, myślę, że ten „wewnętrzny”człowiek, który gdzieś tak ukrywa się w poecie, jest dużo mocniejszy i ważniejszy przy pisaniu od „zewnętrznego.

A sam wiersz, jako utwór, cudownie porówna do samolotu: Wiersz ma startować jak samolot, najpierw toczy się po ziemi, trzymając się pasa, potem wzbija się w górę i leci w przestworza, w wysoki styl.

I jeszcze jeden cytat, który należałoby zapamiętać i koniecznie zapisać: Poeta nie zaczyna się wtedy, kiedy napisze wiersz czy tomik. Tylko wtedy, gdy ułoży ze słów całe gospodarstwo czy księstwo wyobraźni, gdzie architektura jest doskonale zakomponowana, są ogrody, sąsiedzi... I nie tylko te wypowiedzi Józefa Barana są warte zapisania. Ale, czy tylko zapisania? Uważam, że „Stan miłosny...przerywany” powinien posiadać w swoim księgozbiorze podręcznym każdy poeta, nie tylko początkujący, ale także ten, który interesuje się słowem pisanym. Bo jest to – moim zdaniem – znakomity przewodnik literacki, napisany nieszablonowym, żywym, często dosadnym językiem. Autor z polotem definiuje istotę poezji, jak również podsuwa czytelnikowi wartościowe utwory wybitnych twórców polskich i światowych.

No cóż, moja podróż, zaproponowanym przez krakowskiego poetę szlakiem, zmierza ku mecie. Tak. Odczuwam pewien niedosyt. Chociażby zasygnalizowania faktów, jak przekazanie Bibliotece Jagiellońskiej przez Józefa Barana cennych dokumentów literackich, jak fascynacja (również moja) twórczością wybitnego węgierskiego pisarzaMárai Sándora, jak cenne  przyjaźnie: z Anną Dymną, śp. profesorem Markiem Karwalą czy szwedzkim Noblistą Tomasem Tranströmerem. I wreszcie, nie wspomniany przeze mnie wstrząsający epizod (daj Boże, by to był tylko epizod) dotyczący poważnej choroby, której poeta poświęca dużo miejsca w końcowej części zapiśnika.

Józef Baran podczas terapii wyznaje: moje lotki przycięte [...] mam skrzydła przestrzeni skrępowane...,  jestem jednak pewna, iż po pokonanej chorobie, chociaż świadom zwolnienia tempa, na pewno wyznaczy kolejny poetycki szlak, którym poszybujemy w wysoki styl i dotrzemy do samej... pestki. I tego należy krakowskiemu autorowi trzydziestu książek, Mistrzowi barwnego języka życzyć!

Irena Kaczmarczyk

__________ 

Józef Baran, Stan miłosny... przerywany. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019,  s. 430.

 

50 lat Wielkopolskich Rytmów Młodych

  

Plakat

Krzysztof Wodniczak

50 lat Wielkopolskich Rytmów Młodych

 

Przed  siedmioma laty w Jarocinie nastąpiło otwarcie Spichlerza Polskiego Rocka potrzebnej instytucji, by upamiętnić dokonania Wielkopolskich Rytmów Młodych i festiwali rockowych. Kilka osób z tych pierwszych dziesięciu Rytmów zostało dostrzeżonych i zaproszono nas do udziału w tym poszerzonym gremium. Moja rola wtedy, w latach 70., polegała na zapraszaniu nie tylko dziennikarzy, (w miarę znaczących ze Sztandaru Młodych i z Życia Warszawy, Słowa Powszechnego, Trybuny Mazowieckiej, Polityki, Za i Przeciw, Panoramy, Studenta, z magazynu Jazz, który miał dodatek Rytm i Piosenka. Przyjeżdżali też dziennikarze i z Rozgłośni Harcerskiej, i z Polskiego Radia, wówczas tych programów było niewiele. Telewizja też jakby nie funkcjonowała we właściwym, takim szerszym  muzycznym wymiarze.  Chociaż  raz udało mi się zaprosić Bożenę Walter, która prowadziła program Kamerata. Z Mirkiem Filipkiem, który był redaktorem w tej Kameracie, udało mi się to załatwić. I chyba coś z tych Sam fakt, że w tym czasie w latach 70. było takich przeglądów regionalnych zdecydowanie więcej, było kilkadziesiąt może, a uchowały się tylko WRM. W pobliżu Jarocina w Kaliszu były Rytmy nad Prosną. Wcześniej był festiwal Awangardy Beatowej z zespołami o proweniencji bardzo rockowej i ogólnopolskim znaczeniu. W Chodzieży również odbywały się podobny przegląd, tam nawet pamiętam byłem w jury. Zaproszono wówczas bardzo już awangardowy znany zespół Klan, który później występował z Mrowiskiem, ale po dwóch edycjach stracił ciągłość i na to miejsce powstały Warsztaty Jazzowe trwające do dzisiaj. W Olsztynie był festiwal czy przegląd Antałek. Także w Jeleniej Górze, w Płocku – naprawdę było tych festiwali wiele. Natomiast to, co się udało w Jarocinie, to dzięki temu, że zawsze było sześciu jurorów, a wśród nich trzech zawsze było dziennikarzy, a trzech muzyków. Przyjeżdżali Jarosław Kukulski, Jerzy Milian, Wojciech Skowroński, Hubert Szymczyński. Oczywiście zdania muzyków zawsze bardziej się liczyły. Pomijam to, że w miejscowej prasie czy to w Ziemi Kaliskiej, czy Gazecie Poznańskiej, Ekspresie, w Głosie Wielkopolskim też podawano komunikaty z PAP-u i listę laureatów, nazwy tych zespołów, którzy otrzymały jakieś trofea czy wyróżnienia. W rozgłośni Polskiego Radia w Poznaniu mogli nagrywać laureaci poszczególnych edycji WRM. Miejscowe władze, też żywo na to reagowały i  upoważniły mnie do zapraszania na koncert galowy zespoły i solistów jakie preferowałem. A byli to Niebiesko-Czarni z solistami Adą Rusowicz i Wojtkiem Kordą, Romuald i Roman, Anawa z Andrzejem Zauchą, Niczego Sobie, IrJan  itp.

Na przełomie lat 70. powstało w Poznaniu Poznańskie Towarzystwo Jazzowe i szef tego towarzystwa Henryk Frąckowiak przekonał władze Jarocina w 1980 roku, że na bazie tych Rytmów niech powstanie coś nowego, większego, ogólnopolskiego i stąd ta pierwsza edycja Muzyki Młodej Generacji. Ta nazwa pojawiła się w Sopocie na Pop Session. Henryk Frąckowiak zaproponował także, aby organizatorami uczynić warszawski duet Walter Chełstowski, Jacek Sylwin. I to on ich lansował. Ta pierwsza edycja w Jarocinie MMG, nie wiem czy powszechnie wiadomo zasłynęła z czegoś powiedziałbym dzisiaj koniunkturalnego. Mianowicie przyjechał z Opola zespół Tajne Stowarzyszenie Abstynentów, czyli TSA, jako kwartet gitarowy, grupa instrumentalna. A z Bochni przyjechał zespół  Sektor A z wokalistą Piekarczykiem i tam nastąpiło zbratanie się i od tego pierwszego Jarocina TSA zaczęło funkcjonować jako taki zespół stricte rockowy. Potem okazało się, to już lata osiemdziesiąte, że można trochę więcej, że UB jakoś mocno w to ingeruje. Ale ja nie jeździłem na te Festiwale. Pojechałem dopiero w 1987 roku, kiedy między Turbo a Armią wystąpił Czesław Niemen. Jeszcze wtedy nie współpracowaliśmy razem, ale byliśmy w dobrych relacjach. Byłem też na koncercie Irka Dudki, który wystąpił jako Shakin’ Dudi.

W latach 80. miałem inne zajęcia, uczestniczyłem w wielu imprezach, jako  juror, obserwator, czy jako recenzent w festiwalach krajowych czy zagranicznych. Nie miałem jakiegoś parcia żeby koniecznie być w tych Jarocininach. W latach 90. kolejne władze zaproponowały mi podjęcie reanimacji tego Festiwalu. Przedstawiłem wówczas program, ale według własnej wrażliwości rockowej. Jako że muzyka punkowa była mi zawsze obca, a warstwa tekstowa była taka, że nie czułem tego. W tym czasie, czyli w latach 80., stworzyłem w Gorzowie Reggae nad Wartą, gdzie nie tylko zespoły wykonujące ten rodzaj muzyki były zapraszane, ale i np. Dżem. Pamiętam, gdy o 4. nad ranem grał Dżem, czuliśmy się jak na prawdziwym Woodstocku, tym amerykańskim. Później organizowałem też trochę mniejsze imprezy tematyczne, takie jak: Dobry wieczór Mr Blues, gdzie występowali czołowi polscy artyści. Sekundowałem Dudkowi przy pierwszych trzech edycjach Rawy Blues. Także w latach 90. organizowałem koncerty w Poznańskiej Farze w ramach Poznańskie Muzykalia. Potem cykle poznaniacy Pamiętamy Presleya, Urodziny Niemena. Mam też przygotowaną wersję koncertową  Nie lękaj się – wspólnie z zespołem Piotra Wiza Sun Flower Orchestra. Ciągle mi się chce, ale twierdzę, że Jarocin i WRM dały mi jakąś pieczątkę i przepustkę do wejścia na muzyczny parnas.

Dla mnie jest bardzo znaczące wyróżnienie, gdyż wpisany zostałem do grona siedmiu zasłużonych dla historii Jarocina, tym bardziej, że wymieniona też jest tam pieśniarka i sopranistka operowa Elizabeth Schwarzkopf oraz Rudolf Trankner, Johann Hugo Radolin, Emil Loowenthal, ks. Edward Degórski, Jan Majerowicz.

Miałem nawet taki próżny pomysł: Jarociny Wodniczaka – prezentacja artystów, którzy jeszcze funkcjonują począwszy od Hanny Banaszak, Małgorzaty Bratek, a skończywszy na Mietku Blues Band czy Kasie Chorych, a także kilku muzykach, którzy zasilają różne zespoły, a przez Jarocin się przewinęli.

Jako organizator wielu imprez muzycznych obserwując reaktywowany festiwal nie uważam, że idzie w dobrym kierunku i ma szansę być ważną imprezą w Polsce w kolejnych latach. Aktualnym edycjom często zarzuca się zaniedbanie Małej Sceny, promocji młodych początkujących zespołów. Organizatorzy odpierają zarzuty, że impreza bazująca na Malej Scenie nie jest w stanie utrzymać się finansowo. Co podpowiada mi moje doświadczenie? W Jarocinie już od kilku lat po prostu brak pomysłu.

Publiczność z lat 80. można zobaczyć w wielu filmach. To była publiczność miejska, w dwóch czy trzech przypadkach widziałem przyjechała jakaś ekipa autobusem, fani jakiegoś zespołu. Szczególnie dużo osób na pierwsze Jarociny MMG przyjeżdżało z Wielkopolski. Nie było dobrodziejstwa internetu, ale w jakiś sposób wiadomości rozchodziły się, że jest taki festiwal, że warto przyjechać. Nie wiem czy na pierwszym, czy drugim Festiwalu były pola namiotowe. W tych 10 latach WRM nie myśleliśmy, żeby wyjść tak szeroko. Zauważyłem chyba na drugim takim festiwalu w Chodzieży, takie możliwości, tam były idealne warunki, był amfiteatr, chyba na 300 osób, pole namiotowe na co najmniej 200 domków kempingowych. W sposób naturalny można było to robić. I tam skończyły się te przeglądy i od razu powstały warsztaty jazzowe, a w Jarocinie raczej te wszystkie początkowe imprezy były adresowane do mieszkańców. Gdybym działał przy organizacji festiwali po 1979 roku to zachował bym formę eklektyczną. Nie mam zdecydowanego, ulubionego nurtu muzycznego czy konwencji stylistycznej, w związku z czym najbardziej mi odpowiadają formy urockowione, instrumentowane większymi formami, czy to keyboardami, czy też prawdziwymi smyczkami. Formy połączeniowe: klasyczne z rockowymi. Dopuszczałbym, prawie wszystkich, ale chyba dystansowałbym się od punkowych form, tak jak teraz zupełnie bym nie dopuszczał rapu czy hip-hopu. Robiłem festiwale z przesłaniem, festiwale muzyki chrześcijańskiej. I zapraszałem nawet zespoły śpiewające ku chwale Pana. Jestem może ortodoksyjny, jeśli gospel to w takiej formie korzennej, jak reggae to też w przekazie korzennym. Nie byłbym tak otwarty znając siebie, bo staram się być osobą obiektywną, ale zachowawczą i konserwatywną. Przez całe dorosłe życie kieruję się dewizą – lepiej być niż mieć!

Krzysztof Wodniczak

 

Teatr Witkacego zaprasza

  

Plakat

Drodzy Przyjaciele,
Widzowie Teatru Witkacego w Zakopanem

Teatr Witkacego zaprasza

 

Już 8. lipca wracamy ze spektaklami! Cieszymy się, że znowu możemy spotkać się z Wami już nie tylko on-line. Miesiące izolacji dały nam się wszystkim we znaki dlatego mamy nadzieję, że z radością przyjdziecie do nas przewietrzyć nieco umysły. Żeby nasze spotkania były możliwe oraz bezpieczne wprowadziliśmy nowy regulamin uczestnictwa w spektaklach - bardzo prosimy o zapoznanie się z nim przed wizytą w Teatrze dla Waszego i naszego bezpieczeństwa.

Na naszej stronie znajdziecie aktualny repertuar.

Stęskniliśmy się za Wami i już nie możemy się doczekać kolejnego spotkania! Mamy nadzieję, że Wy również!
Do zobaczenia 8. lipca! Czekamy na Was!

 

Literacka Nagroda Europy Środkowej ANGELUS 2020

  

Plakat

Lista nominowanych książek

Literacka Nagroda Europy Środkowej ANGELUS 2020

 

Znana jest długa lista książek nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS w 2020 roku! Jury spośród 131 zakwalifikowanych tytułów wybrało 14. Zwycięzcę bądź zwyciężczynię Angelusa, na których czeka nagroda w wysokości 150 tys. zł, poznamy 17 października, podczas wspólnej gali Angelusa i Wrocławska Nagroda Poetycka Silesius.

A tak prezentuje się tegoroczna długa lista:

1. Magdalena Grochowska, „W czasach szaleństwa”, Wydawnictwo AGORA (Polska).
2. Kapka Kassabova, „Granica. Na krawędzi Europy”, tłum. Maciej Kositorny, Wydawnictwo Czarne (Bułgaria).
3. Siergiej Lebiediew, „Dzieci Kronosa”, tłum. Grzegorz Szymczak, Wydawnictwo Claroscuro Publishing House (Rosja).
4. Mikołaj Łoziński, „Stramer”, Wydawnictwo Literackie (Polska).
5. Tania Malarczuk, „Zapomnienie”, tłum. Marcin Gaczkowski, Wydawnictwo Warstwy (Ukraina).
6. Alena Mornštajnová, „Hana”, tłum. Tomasz Grabiński, Wydawnictwo Amaltea (Czechy).
7. Izabela Morska, „Znikanie”, Znak literanova (Polska).
8. Péter Nádas, „Biblia i inne historie”, tłum. Elżbieta Sobolewska, Biuro Literackie (Węgry).
9. Marcin Polak, „Stany uprzywilejowane”, Wydawnictwo „Od Do” (Polska).
10. Paweł Piotr Reszka, „Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota”, Wydawnictwo Agora (Polska).
11. Hanna Sukare, „Zakurzony język”, tłum. Sława Lisiecka, Wydawnictwo OD DO (Austria).
12. Natalka Śniadanko, „Frau Müller nie zamierza płacić więcej”, tłum. Bohdan Zadura, Warsztaty Kultury (Ukraina).
13. Goran Vojnović, „Moja Jugosławia”, tłum. Joanna Pomorska, Wydawnictwo Akademickie SEDNO (Słowenia).
14. Serhij Żadan, „Internat”, tłum. Michał Petryk, Wydawnictwo Czarne (Ukraina).

 

∎ Z tej listy do finału Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS przejdzie siedem tytułów, które jury wyłoni we wrześniu. Dla wszystkich autorów finałowej siódemki po raz pierwszy przewidziane są nagrody pieniężne wynoszące 5 tys. zł, będące wyróżnieniem za nominację. Zwycięzca otrzyma tradycyjnie 150 tys. zł.

∎ Angelus trafia co roku także do autorki lub autora przekładu zwycięskiej książki na język polski (w przypadku, gdy laureatem jest pisarz z Polski, jury wskazuje tłumacza innej z finałowych pozycji). Nagroda za przekład od tego roku uległa podwyższeniu i wyniesie 40 tys. zł.

∎ Zmiany zaszły też w przypadku wyróżnienia dla zdobywcy Nagrody im. Natalii Gorbaniewskiej przyznawanej w plebiscycie internetowym przez czytelników. Do tej pory to wyróżnienie miało charakter symboliczny. Od roku 2020 laureat lub laureatka Nagrody im. Natalii Gorbaniewskiej zostanie zaproszona na koszt organizatora i fundatora Angelusa na trzymiesięczne stypendium pisarskie do Wrocławia.

 

Szukaj

Tłumacz

Statystyki

Odsłon artykułów:
1181300

Licznik odwiedzin

DziśDziś79
WczorajWczoraj750
W tygodniuW tygodniu2554
W miesiącuW miesiącu14432