Nowości książkowe

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Linia, która oddziela świat od ciszy

 

Każda ważna książka zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda czytelnika. Nie tam, gdzie obiecuje przygodę, sensację czy rozpoznawalną fabułę, lecz w miejscu, w którym zmusza do zmiany pozycji: do zejścia z bezpiecznej ścieżki odbioru i wejścia w obszar niepewności. „Śmierć rysownika” Szymona Koprowskiego należy właśnie do takich książek. To nie jest powieść, którą się „czyta” w tradycyjnym sensie – to tekst, który wchodzi w czytelnika, powoli, konsekwentnie, z precyzją dobrze prowadzonej kreski. Nie podsuwa gotowych odpowiedzi, nie prowadzi za rękę, nie oferuje prostych emocji. Zamiast tego stawia pytania o naturę widzenia, o granice wrażliwości, o cenę, jaką płaci się za konsekwentne życie na marginesie dominujących narracji.

Punktem wyjścia tej książki nie jest wydarzenie, lecz stan. Nie fakt, lecz napięcie. Koprowski doskonale rozumie – i to rozumienie stanowi jedno z ukrytych centrów tej powieści – że rzeczywistość nie rozpada się w spektakularnych eksplozjach, lecz w drobnych przesunięciach sensu. W niepozornych pęknięciach, które przez długi czas pozostają niezauważone, aż w pewnym momencie okazuje się, że nie ma już czego sklejać. „Śmierć rysownika” jest właśnie zapisem takiego procesu: powolnego wycofywania się świata z własnych obietnic i równie powolnego wycofywania się człowieka z uczestnictwa w tym świecie.

Nieprzypadkowo bohater tej powieści jest rysownikiem. Rysunek – najbardziej elementarna z form plastycznych, oparta na linii, geście, koncentracji – staje się tu nie tylko zawodem czy artystyczną praktyką, lecz sposobem istnienia. Człowiek, który rysuje, funkcjonuje w innej ekonomii czasu niż reszta społeczeństwa. Jego uwaga jest skupiona, jego percepcja wyczulona, jego relacja z rzeczywistością oparta nie na natychmiastowej reakcji, lecz na obserwacji. W świecie nadprodukcji obrazów, opinii i deklaracji taka postawa bywa odbierana jako podejrzana. Milczenie zaczyna wyglądać jak prowokacja, a skupienie – jak odmowa udziału w zbiorowym spektaklu.

Szymon Koprowski, sam będący artystą wizualnym, znakomicie wykorzystuje to napięcie. Jego proza nosi wyraźne ślady myślenia plastycznego: jest oszczędna, precyzyjna, gęsta od znaczeń, a jednocześnie odporna na uproszczenia. Autor nie opisuje świata – on go kadruje. Wybiera fragmenty, detale, powtarzalne motywy, które z czasem zaczynają działać jak znaki w partyturze. Czytelnik zostaje zmuszony do uważności, do czytania między wierszami, do śledzenia tego, co nie zostało nazwane wprost. To literatura wymagająca, ale właśnie dlatego tak głęboko satysfakcjonująca.

„Śmierć rysownika” jest książką o relacji jednostki z rzeczywistością społeczną, ale nie w sensie publicystycznym. Polityka, ideologia, zbiorowe emocje pojawiają się tu nie jako tematy do dyskusji, lecz jako siły oddziałujące na psychikę, język i relacje międzyludzkie. Koprowski pokazuje, jak łatwo to, co zbiorowe, wdziera się do tego, co intymne; jak prywatne życie zostaje skolonizowane przez cudze narracje; jak człowiek traci prawo do własnej wersji wydarzeń. To jedna z najbardziej przenikliwych diagnoz współczesności zawartych w tej książce: nie tyle opresyjność systemów, ile ich zdolność do przejmowania języka, a tym samym – sensu.

Centralnym doświadczeniem tej powieści jest utrata. Ale nie jest to utrata jednowymiarowa. To nie tylko utrata relacji, stabilności czy poczucia bezpieczeństwa. To przede wszystkim utrata zaufania do rzeczywistości jako takiej. Moment, w którym świat przestaje odpowiadać na znane gesty, a znane słowa tracą swoje znaczenie. W takiej sytuacji sztuka – dotąd pełniąca funkcję schronienia – zaczyna odsłaniać swoją ambiwalencję. Może ratować, ale może też pogłębiać izolację. Może porządkować chaos, ale może również uczynić go nieznośnie wyraźnym.

Koprowski nie idealizuje twórczości. Nie czyni z artysty proroka ani ofiary z definicji. Wręcz przeciwnie – pokazuje twórczość jako praktykę ryzykowną, wymagającą, czasem destrukcyjną. Jako sposób bycia w świecie, który domaga się pełnej obecności i nie gwarantuje żadnej nagrody. W tym sensie „Śmierć rysownika” wpisuje się w długą tradycję literackich rozważań nad statusem artysty, ale jednocześnie wyraźnie ją aktualizuje. To nie jest książka o romantycznym cierpieniu ani o geniuszu niezrozumianym przez tłum. To książka o człowieku, który zbyt długo wierzył, że można pozostać na uboczu i jednocześnie zachować integralność.

Szczególna siła tej powieści tkwi w jej języku. Koprowski operuje stylem chłodnym, zdystansowanym, a zarazem głęboko empatycznym. Unika patosu, nie ucieka się do moralnych ocen, nie narzuca interpretacji. Pozwala, by znaczenia wyłaniały się stopniowo, często z pozornie banalnych sytuacji. To proza, która ufa czytelnikowi – jego inteligencji, wrażliwości, cierpliwości. I właśnie to zaufanie sprawia, że lektura staje się doświadczeniem intensywnym, niemal fizycznym.

„Śmierć rysownika” można czytać jako powieść psychologiczną, jako diagnozę społeczną, jako metaforyczną opowieść o kondycji sztuki we współczesnym świecie. Każda z tych perspektyw jest uprawniona, żadna nie jest wystarczająca. Książka Koprowskiego wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom, ponieważ jej prawdziwym tematem jest proces – proces erozji sensu, proces narastania napięcia, proces przekraczania granic, które z pozoru wydawały się nieprzekraczalne. To literatura, która nie tyle opowiada historię, ile rekonstruuje stan świadomości.

Ważnym kontekstem tej książki jest biografia autora, choć nie w sensie dosłownych odniesień. Koprowski, absolwent Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, artysta związany z materią obrazu, przestrzeni i formy, wnosi do swojej prozy doświadczenie długiego obcowania z ciszą pracowni, z dyscypliną warsztatu, z samotnością twórczego procesu. To doświadczenie wyczuwalne jest w każdym akapicie tej powieści. W sposobie budowania napięcia. W precyzji obserwacji. W nieufności wobec łatwych narracji. Autor „Dybuka z ulicy Piotrkowskiej” po raz kolejny udowadnia, że jego literatura wyrasta z głębokiego namysłu nad tożsamością, pamięcią i granicami poznania.

„Śmierć rysownika” jest książką niewygodną, ponieważ nie pozwala czytelnikowi pozostać neutralnym. Zmusza do konfrontacji z pytaniem o własne miejsce w świecie pełnym hałasu, uproszczeń i agresywnych interpretacji. Pyta o cenę, jaką płacimy za milczenie. O granicę między dystansem a współodpowiedzialnością. O moment, w którym rezygnacja z udziału staje się formą zgody. To pytania, które wykraczają daleko poza ramy literatury – i właśnie dlatego ta książka jest tak ważna.

Nie jest to lektura, po której zamyka się okładkę z poczuciem domknięcia. Raczej z uczuciem niepokoju, który domaga się dalszej pracy – myślenia, rozmowy, powrotu do własnych doświadczeń. „Śmierć rysownika” nie oferuje katharsis w klasycznym sensie. Oferuje za to uczciwość. I uważność. A to wartości rzadkie, zarówno w literaturze, jak i w życiu.

Ta książka jest jak rysunek wykonany cienką, niemal niewidoczną linią – im dłużej się jej przyglądamy, tym wyraźniej dostrzegamy, że oddziela ona nie tylko świat przedstawiony od białej kartki, ale także nas samych od pytań, których wolelibyśmy nie zadawać. I być może właśnie dlatego warto ją przeczytać. Nie po to, by znaleźć odpowiedzi, lecz by nauczyć się patrzeć uważniej.

Andrzej Dębkowski

 

 

Plakat

Renata Adamska-Garbowska

 

Między kulturą a sztuką i odwrotnie 

 

Pochylając się nad wieloznacznością terminu „kultura”, interpretowanego w bardzo różny sposób przez przedstawicieli nauk wszelakich, najczęściej dochodzi się do wniosku, że jest to spójność rozumiana jako całokształt duchowego i materialnego dorobku społeczeństw. Kontynuując ten tok myślenia, zmierzamy do określenia kultury jako ludzkich wytworów w rozumieniu materialnym i duchowym. Tyle definicyjnie…

Nie można postrzegać jednak wyłącznie materialnego aspektu kultury jako jedynie duchowego. Bezsprzecznie oba są częścią jednego większego projektu, dzięki któremu mówimy o sztuce w kulturze.

Nie bez powodu wpadamy w zachwyt odwiedzając różnorodne wystawy artystyczne, uczestnicząc w koncertach i spotkaniach literackich. Wychodzimy z nich z przekonaniem i doświadczeniem wewnętrznego uniesienia, przeżycia czegoś szczególnego, czasem rozedrganiem, czasem nostalgią... Tutaj zawsze działa coś znacznie głębszego, niż tylko to, co widzimy, czego dotkamy, czy słyszymy. Ten właśnie niezwykły aspekt pozazmysłowych doznań, czy duchowości, z którymi mamy do czynienia w sztuce, powoduje zazwyczaj niepokój ducha, roni łzę, bawi, bądź budzi grozę. Niezależnie czy mówimy o działaniu w kulturze w znaczeniu klasycznym, czy współczesnym, pewnym jest, że nie ma sztuki/kultury bez człowieka. To ludzkość ma potrzebę odgrywania swoistej roli i posiadania wpływu na doznania i emocjonalność innych, uwrażliwiania na potrzeby, prawdy, odnajdywania odpowiedzi na pytania z głębi ducha.

Czas ostatni jednak budzi niemały i uzasadniony niepokój w znacznej części społeczeństwa, któremu tematyka jest bliska. Powodem tego rodzaju obaw – czy sztuka i kultura zmierza we właściwym kierunku – jest udział w niej sztucznej inteligencji.

Wcześniejsze, wydawać by się mogło zupełnie niewinne eksperymenty z nowymi narzędziami, pozwalające na „ulepszenie” ludzkich wytworów kulturalnych zmieniły się w stałą ingerencję w zasoby sztuki. Są wszechobecne i bezsprzecznie czynią spustoszenie w postrzeganiu tego, co ludzkie, a co jest wytworem AI.

Po latach dynamicznego rozwoju i entuzjastycznego przyjmowania sztucznej inteligencji, rok 2025 przyniósł wyraźny zwrot w nastawieniu opinii publicznej do AI. Zamiast zachwytu, coraz częściej pojawiają się głosy krytyki i obawy dotyczące skutków jej ekspansji. I całe szczęście!

To właśnie rok 2025, wcześniejszy entuzjazm wobec sztucznej inteligencji, zdecydowanie ustąpił miejsca rosnącej nieufności społecznej. Coraz więcej środowisk krytykuje wpływ AI nie tylko na kulturę, ale i na różne środowiska, infrastrukturę, a nawet na relacje społeczne. Nie powinna nas dziwić nieufność wobec tej technologii, skoro umożliwia ona powstawaniu nowych form oszustw i dezinformacji, począwszy od mediów społecznościowych, a skończywszy na podrabianiu dzieł sztuki.

Smutne jest to, że środowisko artystyczne podzieliło się w zdaniach na temat włączania AI w proces twórczy.

Odniosę się tutaj do poezji, bo jednak ta jest mi najbardziej bliska.

Osobiście jestem przeciwna takim eksperymentom. Nie możemy pozwolić sobie odebrać tego, co najcenniejsze w nas samych. Idealnie wyśpiewane nawet największe „poetyckie” gnioty nabierają zupełnie innego wymiaru, zaczynają być odbierane jako forma sztuki. Wystarczy zapisać ten tekst odarty z barwnej, „muzycznej” szatki, by móc zweryfikować poziom tej pseudo sztuki. No ale czego się spodziewać, jeśli w rozmowie z jedną z poetek usłyszałam – o zgrozo – że tego już nie unikniemy, a poza tym ona nie będzie czekać całą wieczność, aż ktoś raczy napisać muzykę do jej tekstów. Nie chce mi się nawet tego komentować.  Czy to, że czegoś nie unikniemy ma być powodem akceptacji i uległości? Jak to się ma do tego, że to właśnie poeci, literaci byli kiedyś głosem prawdy, nie bacząc na konsekwencje, pragnęli sięgania wyżyn intelektualnych.

Niestety, niektórzy nie rozumieją, że są poddawani wysoce niestosownej ułudzie!

W dobie, gdzie wielu wykorzystuje wyrwane z kontekstu słowa Edwarda Stachury „Wszystko jest poezja” i uzurpują sobie prawo nazywania wierszem wszystkiego, co wyjdzie spod ich pióra, dochodzi jeszcze obłudne oszustwo nazywania sztuką czegoś, co nie ma z nią z nic wspólnego. Haniebnym jest pozwalanie, żeby tego typu „dzieła” funkcjonowały w przestrzeni kulturalnej. Przecież Stachura powiedział znacznie więcej: „Wszystko jest poezją, a najmniej poezją jest napisany wiersz”. Wypowiadając te słowa nie miał pojęcia jak będą wykorzystane. Owszem chciał on podkreślić, że poezja kryje się we wszystkim, co nas otacza, ale zdecydowanie nie każdy tekst można nazwać poezją.

W przestrzeni literackiej pojawił się również jeszcze dalej idący proceder z użyciem AI. Są i tacy, którzy przy wsparciu sztucznej inteligencji redagują swoje teksty. Często taki tekst nie ma już nic wspólnego z tym, który został poddany tej technologicznej obróbce.

No nie! Stanowcze nie!

Obiecałam sobie, że w tej sprawie mój głos nie umilknie. Przecież poezji i każdej innej dziedziny artystycznej się nie uprawia, ona się rodzi w głowie, sercu, wrażliwości, buncie, doznaniach, jest głębią naszego jestestwa…

Jeśli odpuścimy tę prostą prawdę, z której wyrasta wszystko, co związane jest ze sztuką/kulturą – to już po nas!

Być może przyjdzie czas, że artyści przestaną być potrzebni. Ciekawe kto ma na to plan, żeby podobna rzeczywistość miała miejsce. Jeśli nie postawimy, nawet wyłącznie osobistego veta przeciwko podobnym procederom, to pewnie przyjdzie ona szybciej niż się spodziewamy.

Może rzeczywiście coś, co dziś niektórzy wciąż uważają za niewinną „zabawę” w sztukę przyniesie czas, gdy artystyczny aspekt człowieczeństwa zostanie sprowadzony do przysłowiowego zera. Przecież już dziś obserwujemy jak sprzedaje nam się pewniki, że nie należy się silić na cokolwiek, skoro może być łatwo, miło i przyjemnie. W efekcie końcowym wysiłek intelektualny stanie się również zbyteczny w procesie twórczym.

No tak. Społeczeństwo głuche, ślepe i niewrażliwe, to obecnie najbardziej pożądany „produkt”!

Myślę, że czas na zjednoczenie się środowisk artystycznych i głośne wypowiedzenie się na NIE! Zajęcie otwartego stanowiska co stanowi sztukę i powinno zajmować miejsce w świecie kultury, a co jest nieokreślonym półproduktem w tej sferze. Nawet gdyby nie mało to przynieść większego efektu, to warto dać światu znak na naszą niezgodę.

Renata Adamska-Garbowska

 

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Świat, który mówi ludzkim głosem 

 

Zmarł Wiesław Myśliwski. W niedzielę, 29 marca 2026 roku. Jego śmierć nie jest jedynie odejściem wybitnego autora, nawet jeśli był on dwukrotnym laureatem Nagroda Literacka Nike i jednym z najważniejszych twórców powojennej literatury polskiej. Jest raczej zamknięciem pewnego świata – świata, który nie tylko został opisany, lecz który dzięki językowi Myśliwskiego zyskał drugie, głębsze istnienie. Świata, który mówił nie tyle o wsi, ile o człowieku, nie tyle o przemijaniu, ile o jego nieuchronnej godności. Wraz z jego odejściem milknie głos, który potrafił wydobyć z codzienności sensy ostateczne, a z prostoty uczynić formę najwyższego wtajemniczenia.

Miałem zaszczyt spotkać go w roku 2004, kiedy przeprowadzałem z nim rozmowę, która później znalazła się w mojej książce „Kiedy umiera poeta, umiera świat”. Już wtedy uderzyło mnie, że rozmawiam nie tylko z pisarzem, lecz z kimś, kto traktuje literaturę jako formę egzystencjalnej odpowiedzialności. Nie było w nim nic z celebryty literatury. Nie było też chęci imponowania czy epatowania erudycją. Była natomiast niezwykła powaga słowa – i świadomość, że każde zdanie jest wyborem moralnym.

Urodzony 25 marca 1932 roku w Dwikozach koło Sandomierza, Myśliwski wyrastał z doświadczenia, które sam określał jako fundamentalne dla swojej twórczości – doświadczenia kultury chłopskiej. Nie traktował jej jednak jako folkloru ani jako materiału etnograficznego. Widział w niej raczej uniwersalne źródło sensu, miejsce, w którym człowiek styka się z podstawowymi wymiarami istnienia: pracą, śmiercią, pamięcią, przekazem pokoleń. Kiedy mówił o wsi, mówił o człowieku – a kiedy mówił o człowieku, mówił o czymś, co przekracza wszelkie podziały społeczne czy historyczne.

Jego droga życiowa była drogą typową dla wielu przedstawicieli jego pokolenia – drogą awansu, wyjścia ze wsi do miasta, zdobycia wykształcenia. Studiował polonistykę na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, pracował w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, przez lata był związany z redakcją „Regionów” i „Sycyny”. A jednak w jego przypadku ta droga nie oznaczała zerwania z korzeniami. Przeciwnie – była powrotem, ale powrotem świadomym, przemyślanym, głębokim. Jak sam mówił, dopiero w mieście zrozumiał, że to, co zostawił za sobą, jest niewyczerpanym źródłem literatury.

Debiutował powieścią „Nagi sad”, która była opowieścią o ojcu, ale także o relacji syna z dziedzictwem, którego nie sposób ani w pełni przyjąć, ani całkowicie odrzucić. Już w tej pierwszej książce ujawniło się to, co miało stać się znakiem rozpoznawczym jego twórczości: napięcie między tym, co odziedziczone, a tym, co wybrane; między pamięcią a pragnieniem; między losem a wolnością.

To napięcie powraca w „Pałacu” i dramacie „Klucznik”, gdzie bohaterowie próbują odnaleźć siebie w świecie, który ulega gwałtownym przemianom. Ale pełnię tej wizji osiąga w monumentalnej książce „Kamień na kamieniu” – powieści, którą sam uważał za swoją „sagę”, choć nie w sensie rozbudowanej wielotomowej narracji, lecz jako całościowy obraz ludzkiego losu. To książka, w której życie jednostki splata się z historią wspólnoty, a język staje się nośnikiem pamięci, której nie sposób inaczej ocalić.

Późniejsze dzieła, takie jak „Widnokrąg” czy „Traktat o łuskaniu fasoli”, przynoszą jeszcze głębszą refleksję nad czasem i tożsamością. „Widnokrąg” jest powieścią o dzieciństwie, ale dzieciństwie rozumianym jako przestrzeń formowania się świadomości. „Traktat…” natomiast to dialog – nie tyle między dwoma bohaterami, ile między człowiekiem a jego losem. To książka, którą Myśliwski nosił w sobie przez czterdzieści lat, co samo w sobie mówi wiele o jego stosunku do pisania.

Bo Myśliwski pisał powoli. Bardzo powoli. Każda jego książka była efektem lat pracy, przemyśleń, powrotów, poprawek. Sam powtarzał, że żadna z jego książek nie jest skończona, że każda jest „niedopisana”. To wyznanie nie było wyrazem fałszywej skromności, lecz świadectwem głębokiego przekonania, że literatura jest procesem, który nigdy się nie kończy. Że każde zdanie można napisać inaczej – i może lepiej.

W tym sensie jego twórczość jest także opowieścią o języku. Myśliwski wielokrotnie podkreślał, że literatura jest przede wszystkim sztuką języka. Mówił, że to język tworzy świat powieści – i że od jakości języka zależy jakość tego świata. Jego dążenie do prostoty nie było więc estetycznym wyborem, lecz etycznym zobowiązaniem. Prosty język – mówił – jest najtrudniejszy, bo wymaga rezygnacji z łatwych efektów, z intelektualnych ozdobników, z retorycznych sztuczek. Wymaga dotarcia do istoty rzeczy.

Ta prostota była jednak pozorna. Pod powierzchnią jego zdań kryje się ogromna głębia znaczeń, subtelna gra rytmów, precyzyjna konstrukcja narracji. To język, który nie narzuca się czytelnikowi, lecz go prowadzi – czasem niemal niezauważalnie – ku pytaniom, na które nie ma prostych odpowiedzi.

W rozmowie, którą przeprowadziłem z nim w 2004 roku, uderzyło mnie jego podejście do czytelnika. Odrzucał pojęcie „mojego czytelnika” jako coś w istocie pogardliwego. Nie chciał nikomu schlebiać, nie chciał dostosowywać się do oczekiwań. Widział w literaturze przestrzeń wolności – zarówno dla autora, jak i dla odbiorcy. Każdy czytelnik ma prawo do własnej interpretacji, do własnej wizji książki. I właśnie w tym – w tej wielości odczytań – widział największą wartość literatury.

Jednocześnie miał świadomość niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą pragnienie popularności. Mówił, że „pisarz znajduje się na rozdrożu – między chęcią bycia czytanym a niechęcią do podporządkowania się oczekiwaniom”. To napięcie, jego zdaniem, jest nieuniknione, ale też konieczne. Bo tylko dzięki niemu literatura może zachować swoją autonomię.

Nie sposób mówić o Myśliwskim bez wspomnienia o jego stosunku do nagród. Choć był ich laureatem wielokrotnie – w Polsce i za granicą – traktował je z dystansem. W jednym z wystąpień powiedział, że literatura jest „wielkim cmentarzyskiem”, na którym tylko nielicznym udaje się „zmartwychwstać”. Nagrody – nawet najbardziej prestiżowe – nie mają na to wpływu. Liczy się tylko dzieło.

To przekonanie znajduje potwierdzenie w recepcji jego twórczości. Jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków, zdobywały uznanie na całym świecie, były adaptowane przez wybitnych reżyserów teatralnych. A jednak ich siła nie polega na uniwersalności w sensie łatwej przyswajalności. Polega raczej na tym, że dotykają tego, co w człowieku najbardziej podstawowe – niezależnie od czasu i miejsca.

Adam Pomorski powiedział, że odejście Myśliwskiego zamyka ważny rozdział w dziejach polskiej kultury. Trudno się z tym nie zgodzić. Ale może jeszcze trafniej byłoby powiedzieć, że zamyka się pewien sposób myślenia o literaturze – jako o przestrzeni, w której język, pamięć i doświadczenie tworzą nierozerwalną całość.

Bo Myśliwski nie był tylko pisarzem „chłopskim”. Sam zresztą odrzucał tę etykietę, choć nie wypierał się swoich źródeł. Widział w kulturze chłopskiej coś znacznie głębszego – coś, co przekracza lokalność i staje się uniwersalnym doświadczeniem ludzkim. Jak mówił, to, co chłopskie, jest jednocześnie narodowe – ale nie w sensie ideologicznym, lecz w sensie najwyższej rangi kulturowej.

Jego twórczość jest więc nie tyle zapisem świata, który odchodzi, ile próbą jego ocalenia w języku. A zarazem – próbą ocalenia człowieka w świecie, który coraz częściej traci zdolność do zadawania pytań o sens.

Kiedy dziś wracam pamięcią do tamtej rozmowy sprzed lat, widzę wyraźniej niż wtedy, że miałem do czynienia z kimś, kto rozumiał literaturę jako formę istnienia. Nie jako zawód, nie jako sposób na sukces, lecz jako drogę – trudną, wymagającą, pełną wątpliwości. Drogę, na której każde zdanie jest próbą odpowiedzi na pytania, których nie sposób ostatecznie rozstrzygnąć.
Śmierć Wiesława Myśliwskiego nie oznacza końca tej drogi. Jego książki pozostają – i będą powracać, bo są zapisane językiem, który nie starzeje się wraz z epoką. Są świadectwem świata, który odchodzi, ale też przypomnieniem, że to, co najważniejsze, nie przemija.
A jeśli rzeczywiście – jak powiedział w naszej rozmowie – tylko nielicznym udaje się zmartwychwstać, to jego twórczość jest jednym z tych przypadków, które potwierdzają tę regułę. Bo w jego książkach wciąż mówi człowiek – i wciąż słyszymy w nich własne pytania.

Andrzej Dębkowski

Fot. ©Mariusz Kubik – https://pl.wikipedia.org/wiki/Wies%C5%82aw_My%C5%9Bliwski

 

 

Plakat

Jan Zdzisław Brudnicki 

 

Powieść pokoleniowa? 

 

Nowa książka Wojciecha Łęckiego „Dwoje na klifie” to na pierwszy rzut oka dzieje romansu. Może raczej – niespodziewanego jego schyłku. W sytuacji, gdy się wydaje, że rozkwita, że zapowiada okres długiej stabilizacji, może nawet sposobu na dozgonne życie. Pogłębić ma to partnerstwo ludzi zaledwie w porze wczesnego popołudnia, wypad na egzotyczny wypoczynek, na modne Kanary, w szeroki świat, ku egzotycznym krajobrazom, wyższym formom życia, międzynarodowemu środowisku. Ale, ale, są jeszcze warunki, czasy, prowincjonalne środowiska, oczekiwania zderzone z oporną materią transformacji i ludzkiej ułomności.

Niniejszą prozę Łęcki nazwał mocno sfabularyzowanym reportażem. Ale recenzent, którego nie interesują „realistyczne realia”, lecz wymowa całości, może ją przedstawić na różne, podpowiedziane przez autora sposoby: przypowieści, powieści miłosnej, awanturniczej, podróżniczo-przygodowej. Bo łączy on te sposoby opowiadania współczesnego świata. Po zastanowieniu – wolę ją komentować jako powieść pokoleniową generacji mniej więcej „Nowej prywatności”, a w sensie indywidualnym – okresu refleksji i zastanowienia nad własnym życiem. Autor określił ich może zbyt surowo pełzakami. Wystarczy jednak popatrzeć na zachowanie naszych ministrów i posłów na unijnych lub rosyjskich salonach. Celny tytuł nasuwa różne skojarzenia podczas lektury tej prozy, co samo w sobie jest wartością. Chociaż pisarz sam się zastrzega w przedmowie, że nie tknął polityki. Podobno wszystko jest polityką. Nawet prawda, w co trudno uwierzyć.

Poeta i redaktor, jakim jest autor, zderzył swoich bohaterów z nową obyczajowością, którą niekiedy nazywa się ponowoczesną. Jakub i Ewa to partnerzy, którzy opuścili swoich małżonków i stworzyli nowy związek, ale ciągle opatrzony wątpliwościami. Srodze się przed sobą popisują inteligencją, doświadczeniem, dowcipem..., co tylko wychodzi prozie na dobre. Ale też nie przeszkadza im to zdradzać siebie, gdy nadarza się okazja przyjemności, satysfakcji, rewanżu czy nawiązki za inne niepowodzenia. Dużą część relacji społecznych zastępują im komórki i maile. Inne odniesienia podporządkowane są celom praktycznym. Są oczytani, inteligentni, ale marnują te dyspozycje na doraźne złośliwości wobec siebie i innych, gorszych, a jednak robiących karierę. Bo lepiej potrafiących sprzedać usłużność i mniemanie o sobie niż oni wiedzę i predyspozycje. Ich środowisko jest raczej iluzoryczne: babcia Ewy, była żona Kuby, jego czteroletni synek, skorumpowani policjanci, z konieczności sąd nad nierzetelnym budowlańcem, wrogi układ z sąsiadem, próba podjęcia pracy w upartyjnionym urzędzie miejskim. Trudno coś powiedzieć o ich poglądach, czy światopoglądzie. Idealiści, którym daleko do ideału. On prawie od roku bezrobotny, ona przedstawia się jako nauczycielka polskiego w szkole średniej. Nadwrażliwcy z niezrealizowanym zacięciem literackim. Pod wpływem przegrywanych batalii sądowych jemu opadły skrzydła. Bezrobocie też się przysłużyło. Walczy na oparach ambicji. Ona odnosi iluzoryczny sukces – wygrywa konkurs wojewódzki na teatrzyk dla dzieci...

Niewątpliwie należą do polskiej klasy średniej, białych kołnierzyków. Złośliwiec powiedziałby, że nie przynoszą chwały tej warstwie, że nie najlepiej świadczą o kondycji naszej inteligencji, warstwy wykształconej, a nawet wzorcowej, że transformacja w ludziach się ślimaczy, gmatwa i nie rysuje żadnych wzorców na przyszłość. Ale też świat nie jest dla nich środowiskiem bezpiecznym. Nie znają go. Przemiany budziły nadzieję, która się rozmazała w rzeczywistości. Kuba buduje dom, ale się uwikłał w procesy z oszustami, z sąsiadami drze koty. Co krok, na drodze, w urzędach wrogi opór i mafijne powiązania. Wyprawa na egzotyczne wyspy przekształca się w parodię wypoczynku i przygody, jest raczej pułapką i systemem wyłudzania pieniędzy. Nasza klasa średnia jest nieprzygotowana do rynkowych układów. Tu cwaniactwo, szantaż, wyrafinowane złodziejstwo jest na porządku dziennym. To próba charakterów. Nie wytrzymują jej. Bo wokół wakacji dla bogatych, tak zresztą jak wokół biznesów, atrakcyjnych kobiet aż roi się od czarnych charakterów, żigolaków, a nawet wyrachowanych oszustów.

Specjalnie pomijam szczegóły intrygi, żeby nie odbierać smaków przygotowanych przez autora. Powiem tylko z całym przekonaniem, że już od pierwszych zdań miałem niezbite przekonanie, że ta proza jest idealnym materiałem na scenariusz filmowy. Jest zwartą opowieścią, nawet przypowieścią wakacyjną. Posiada wyraźne charaktery. Niemal wszystkie postacie są autentykami, ale też grają dodatkowe role: idealnych kochanków, ludzi obciążonych przeszłością. To ważne w wypadku międzynarodowego środowiska z Niemcami, Ukraińcami, polskimi emigrantami. Grają zresztą role przed drugimi i przed sobą. Jak wiadomo filmy z podróży mają swoją wypróbowaną kompozycję. A dialogi są nie tylko świetne, ale też od początku do końca gotowe. Posiadają finezję, dowcip i najważniejsze – posuwają zawsze akcję, dzianie się do przodu, tak jak w dramacie. Z pewnością Łęcki posiada duży talent dramatyczny. Gdyby radio, jak niegdyś, interesowało się słuchowiskami, mogłoby z tej prozy zrobić cykliczne słuchowisko. I pobudzić autora do pisania dalszych. Jest jeszcze cała skala scen erotycznych. Do wyboru, do koloru. Doświadczony reżyser (podobnie jak redaktor) by sobie z tym poradził. Nie orientuję się, czy w dobie postmodernizmu można sobie pozwolić na wszystko, czy na wybór. Osobiście wolę czytać fragmenty o przeżyciach partnerów niż o technikach zbliżeń. Ale są różne gusty i różne skale upowszechnienia. Jest cały rynek. No i są puryści. Oczywiście dla niektórych ta warstwa powieści jest równocześnie sygnałem o walorach rozrywkowych tej prozy.

Krytyk musi zauważyć, że autor posłużył się wieloma narratorami. Podstawowe relacje czerpiemy z punktu widzenia i przeżywania Kuby. Ale dla dopowiedzenia dziejów, wydarzeń, motywów oddaje się głos wewnętrzny to tej, to znów tamtej osobie. Tu są różne gusta. Jedni wolą opis i trochę tajemnicy. Drudzy chcieliby znać przyczyny i emocje wydarzeniom towarzyszące. Widać, że autorowi odpowiada komponowanie monologów wewnętrznych. Może chodzi mu o wyjaśnienie choć części polskiego bałaganu, który odciska swoje piętno na ludziach? Który zmusza często do emigracji?

Powieść da się potraktować jako poszukiwanie naszej, swojej, tożsamości. Ale ona rysuje się niewyraźnie. Dużo ludzie zadają sobie pytań, ale rzadko udzielają na nie odpowiedzi. Albo odpowiedzi są nieszczere, jak chociażby w tej kwestii: co jest wyższą formą współżycia – małżeństwo, czy partnerstwo. Jest oczywistością, że odpowiedzi kobiety i mężczyzny są bardzo różne. Że egoizmy z tym związane są rozmaite. Aż życie przecina rozważania jednym cięciem. Bo daliśmy za wygraną, jak napisał Krystian Lupa. Mogę śmiało podkreślić, że ta proza to artystycznie spełniony autentyk, ubogacony niedopowiedzeniami i – co wcale się nie wyklucza – precyzją języka.

Jan Zdzisław Brudnicki

 

Wojciech Łęcki – poeta, satyryk, prozaik, dramaturg, dziennikarz, sekretarz redakcji i redaktor naczelny, edytor. Urodzony w Starachowicach w 1948 r. Od 1962 r. mieszka w Płocku. Absolwent Uniwersytetu T-P (dawne ATR), Politechniki Warszawskiej, SGH (studia podyplomowe) i Europejskiego Centrum Logistyki w Poznaniu (certyfikat europejski). Magister inżynier, mechanik-automatyk-logistyk. Projektant, starszy projektant, starszy inspektor nadzoru, inspektor techniczny. Autor pierwszych w Polsce programów komputerowych do projektowania układów automatyki (1974–1983). Wiersze i recenzje publikował m.in. w „Poezji”, „Autografie”, „Akcencie”, „Akancie”, „Gazecie Kulturalnej”, „Wieściach”, „Sztuce”, „Poradniku Muzycznym”, polonijnym „Liście Oceanicznym” oraz w czeskim „Psi vino”. Laureat konkursów poetyckich, m.in. XXX MLP w Poznaniu (2007) na Książkę Roku. Wydał dwadzieścia zbiorów poezji i siedem książek satyrycznych. Opowiadania drukował w „Autografie” i „Twórczości”. Jego wiersze przekładano na języki: angielski, niemiecki, norweski, czeski i litewski. Autor libretta do oratorium (1987) pt. Konradorium (muz. Marcin Kamiński), wystawionego w Teatrze Płockim i Katedrze Płockiej w 750-lecie Płocka (1987). Za dramat Patent na dno otrzymał równorzędną nagrodę z Jerzym Przeździeckim w ogólnopolskim konkursie dramatycznym (1987). Wyróżniony także za monodram Kaperowany (1989). Jego dramat Kto tu posprząta? grano w Teatrze Dramatycznym w Płocku (1995). Z kolei autorski program kabaretowy pt. Walenie do Europy wystawił Dom Technika w Płocku. Założyciel i redaktor naczelny tygodnika wojewódzkiego „Goniec Obywatelski” (1990) oraz periodyku literackiego „nawias” (2000–2009). Napisał setki recenzji literackich, plastycznych i muzycznych. Felietonista. Brał udział w strajkach (1968, 1970, 1976, 1980, 1981, 1989). Współzałożyciel „Solidarności” w płockiej Petrochemii. Współredaktor (z Elżbietą Rausz – red. nacz.) pierwszych dziesięciu numerów tygodnika „Wprost” (1980–1981), organu NSZZ „Solidarność” w MZRiP (PKN Orlen SA), współorganizator i twórca formuły (złamał pierwszych sześć numerów) „Gazety Gostynińskiej” (1991). Członek SPP, ZAiKS-u i SKE.