Nowości książkowe

 

Plakat
Szymon Koprowski

 

O naturze Zelowa, Andrzeja Dębkowskiego i naturze słowa

 

Skoro już w tytule trzykrotnie przywołałem naturę w jej kilku postaciach, natychmiast spieszę wyjaśnić w czym rzecz. Otóż zacznę od natury niebagatelnej części społeczeństwa, szczególnie młodego, wywodzącego się z tak zwanej prowincji, uważanej niesłusznie za regiony wykluczające, pośród której pokutuje przeświadczenie, że wielkie miasto z samej już jego mistycznej natury, gwarantuje swoim mieszkańcom powodzenie i dostatnie życie.

W takim sposobie myślenia zawarta jest spora doza prawdy, ale wygenerowanej przez media na użytek szeroko pojętego biznesu. Oczywiście trzeba przyjąć, że od każdej reguły zdarzają się odstępstwa, ale z zastrzeżeniem: u podstaw wszelkiego powodzenia, bez względu na miejsce zamieszkania, leży przede wszystkim nasza natura. Bez mądrego planu działania i żelaznej konsekwencji, będziemy zmuszeni do robienia „kariery” na polach truskawek, albo szparagów, a określenie: prowincja dotyczy raczej stanu umysłu a nie miejsca geograficznego.

W związku z powyższym zapraszam do bardzo urokliwego miejsca, jakim jest Zelów, miasta położonego w powiecie bełchatowskim. Cała gmina liczy sobie trochę ponad 14 tysięcy mieszkańców, z czego niecałe 7 tysięcy zamieszkuje w samym mieście. W sumie można powiedzieć: miasteczko. To wszystko prawda, ale rzecz nie w liczbie mieszkańców, tylko w ich wartości, dążeniu do realizacji wspólnych celów i poczuciu więzi cementującej miejscową społeczność, a ta świadoma swej wartości wydaje na świat wartościowe jednostki.

Z Zelowa wywodzi się mnóstwo znakomitych osób. Choćby Karol Badziak – ceniony dziennikarz związany z Łódzką prasą, Mirosław Drożdżewski – wychowany w Zelowie, znakomity gitarzysta, pedagog i kompozytor, Thomas Gleb – francuski malarz urodzony w rodzinie zelowskich Żydów, Waldemar Zawodziński – reżyser, scenarzysta i scenograf, związany z teatrem Jaracza w Łodzi i w końcu Andrzej Dębkowski, choć nie jest ostatni na tej długiej liście, osoba szalenie zasłużona nie tylko dla Zelowa. Ale o nim za chwilę.

Muszę jeszcze wspomnieć o wydarzeniach kulturalnych, których mogłoby pozazdrościć wiele miast mających się za metropolie. Myślę o chlubie gminy Zelów, jakim są Letnie Koncerty Festiwalowe, towarzyszące Międzynarodowemu Festiwalowi Muzyki Organowej i Kameralnej Radom-Orońsko. Gościły na tej imprezie same sławy. Oto one: Krzysztof Penderecki, Georgij Agratina, jeden z największych wirtuozów gry na cymbałach i fletni Pana, Józef Broda, malownicza postać, znakomity folklorysta, Teresa Żylis-Gara, profesor Stefan Stuligrosz i „Poznańskie Słowiki”, Jerzy Maksymiuk i Sinfonia Varsovia, Wiesław Ochman, Konstanty Andrzej Kulka i wielu, wielu innych. A z pisarzy wspomnę Wiesława Myśliwskiego, Ernesta Bryla i Andrzeja Brauna. Było ich dużo więcej, a także sporo znakomitych aktorów, ale już czas powrócić do Andrzeja Dębkowskiego, który maczał swe zaczarowane palce w wymienionych wydarzeniach, na dodatek sam jest postacią barwną i wielce zasłużoną dla Zelowa i kultury polskiej.

Nasz wybitny Zelowianin to znakomity poeta, publicysta, krytyk literacki, eseista, pomysłodawca, założyciel i wydawca nieprzerwanie od 1996 roku „Gazety Kulturalnej”. W przeszłości był redaktorem wielu innych pism kulturalno-społecznych. Efektem jego twórczości i pracy animatora kultury, był wybór na wiceprezesa Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich.

Nic dodać, nic ująć, taki jest Andrzej Dębkowski. Przepraszam, zapomniałbym dodać, że jest jeszcze fotografikiem. Kiedy ON znajduje na to wszystko czas?! A mnie z kolei trudno byłoby omówić Jego dorobek w tekście, który zmieściłby się na łamach „Gazety Kulturalnej”, dlatego pragnę zwrócić uwagę na pozycję skromną objętościowo, ale poświęconą czemuś, co dotyczy nas wszystkich, bez względu na to czy jesteśmy tego świadomi czy nie.

Rzecz dotyczy natury słowa, medium porozumienia, podstawowego nośnika i środka przekazu w komunikacji pomiędzy ludźmi. Esej „O naturze słowa” jest nie do przecenienia i powinien znajdować się na domowych półkach, choćby tylko w towarzystwie książek kucharskich, inaczej nasza świadomość będzie spłaszczona, tak jak pana Jourdaina, z komedii Moliera „Mieszczanin szlachcicem”, który po latach dowiaduje się od nauczyciela filozofii, że sposób w jaki mówi na co dzień, to proza. Wzburzony tym odkryciem krzyczy: „Daję słowo, zatem ja już przeszło czterdzieści lat mówię prozą, nie mając o tym żywnego pojęcia!”

Język i słowa, to coś podobnie ważnego jak układ krwionośny, odżywiający nasz umysł i ciało. Jeżeli ustaje jedno, ustaje też drugie. Przyzwyczailiśmy się traktować istnienie, życie, jako sekwencje fizjologicznych zdarzeń, pozwalających nam urządzać i podporządkowywać otaczający nas świat. Ale bez udziału słowa nie byłoby to możliwe, ginęłoby w totalnym chaosie, ponieważ słowo porządkuje rzeczywistość. Andrzej Dębkowski pisze: „Dla starożytnych Greków mowa była częścią kosmicznego porządku – tą siłą, która nadaje światu harmonię i sens, a późniejsi filozofowie chrześcijańscy przejęli tę myśl, nadając jej wymiar boski. »Na początku było słowo« – to nie metafora, lecz ontologiczna prawda: istnienie rozpoczyna się tam, gdzie pojawia się sens. A sens nie istnieje bez słowa”.

Słowo nie jest też niewinne, to problem wielopłaszczyznowy, oprócz sensu może z powodzeniem tworzyć figury absurdalne, kłamliwe, raniące i eliminujące, zwodnicze i burzące etyczny wymiar. Ale istnieje także milczenie jako uzupełnienie problemu słowa, czyli mowy, która również jest wielowymiarowa. Mógłbym długo jeszcze cytować SŁOWA Andrzeja Dębkowskiego, ale po co wyręczać Autora? Wystarczy zdobyć (kupić) znakomity esej „O naturze słowa”, trzymać go pod poduszką i czytać przed snem jak kiedyś Kubusia Puchatka, przyjaciela bawiącego nas i uczącego podstawowych znaczeń słów.

Szymon Koprowski

 

________________

Andrzej Dębkowski, poeta, krytyk literacki, publicysta, eseista, dziennikarz i wydawca. Autor szkiców i esejów krytycznoliterackich. Redaktor naczelny „Gazety Kulturalnej”. Autor ponad tysiąca publikacji prasowych oraz wielu książek poetyckich, krytycznych i historycznych. Jego wiersze tłumaczono na kilkanaście języków. Współpracuje, jako publicysta z prasą kulturalną w kraju i za granicą. Jego prace eseistyczne były publikowane w wielu opracowaniach naukowych. Juror wielu konkursów literackich i kapituł nagród. Laureat kilkudziesięciu konkursów literackich, m.in.: dwukrotny laureat Wielkiego Lauru Międzynarodowej Jesieni Literackiej Pogórza w dziedzinie publicystyki kulturalnej i felietonistyki, Nagrody Marszałka Województwa Łódzkiego w kategorii „Dziennikarz roku”, Nagrody XXI Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu na książkę roku, Nagrody „Superekslibrisu Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Łodzi, Nagrody Literackiej im. Jarosława Iwaszkiewicza. Odznaczony Medalem Labor Omnia Vincit, Złotą Odznaką Honorową ZLP oraz Odznaką Honorową Zasłużony dla Kultury Polskiej. Należy do Związku Literatów Polskich.

 

 

Plakat

 

Plakat
Andrzej Dębkowski 

 

Garb pamięci, garb cierpienia, garb nadziei 

 

Tom poetycki „Garbus idzie” Edmunda Borzemskiego należy do tych książek, które nie próbują olśniewać formalnym eksperymentem ani intelektualną ekwilibrystyką. Jest zapisem doświadczenia egzystencjalnego, świadectwem człowieka stojącego twarzą w twarz z cierpieniem, przemijaniem i nieuchronnością śmierci. To poezja głęboko autobiograficzna, wyrastająca z codzienności naznaczonej chorobą, niepełnosprawnością, utratą najbliższych i nieustannym dialogiem z własnym losem. Jednocześnie jest to książka niezwykle uniwersalna, ponieważ opowiada o doświadczeniach, których wcześniej czy później dotyka każdy człowiek.
Już sam tytuł niesie znaczenie symboliczne. Garb nie jest wyłącznie fizycznym ciężarem. To brzemię pamięci, samotności, wieku, choroby, odpowiedzialności za tych, którzy odeszli, ale również ciężar samego istnienia. Garbus Borzemskiego nie idzie tylko drogą życia – niesie na plecach własny świat. W tym sensie przypomina biblijnego pielgrzyma, Syzyfa, Hioba czy każdego człowieka próbującego zachować godność mimo przeciwności.

Najbardziej przejmującą część tomu tworzą utwory poświęcone ojcu. Powracający cykl rocznicowych wierszy nie jest zwyczajnym wspomnieniem zmarłego rodzica. To wieloletni zapis procesu żałoby. Każda kolejna rocznica przynosi inne spojrzenie na stratę. W pierwszym utworze dominuje szok i obraz trumny jako „batyskafu”, który zanurza się w nieznaną ciemność. Później pojawia się pamięć, rozmowa prowadzona w ciszy, wreszcie spokojniejsza akceptacja, w której śmierć nie kończy relacji, lecz zmienia jej wymiar.

Borzemski bardzo świadomie personifikuje śmierć. Nie wypowiada jej imienia. Pisze o „Niej”, zawsze wielką literą. Dzięki temu śmierć staje się niemal bohaterką tomu – nie tyle okrutnym katem, ile nieuchronnym gościem odwiedzającym każdy dom. Ta konsekwencja buduje niezwykłą spójność całej książki. ONA jest obecna niemal wszędzie: w domu rodzinnym, przy łóżku chorego, podczas wspomnień, w modlitwie, a nawet w chwilach pozornego spokoju.

Nie mniej poruszające są wiersze poświęcone matce. Nie ma w nich patosu ani sentymentalizmu. Jest czułość człowieka świadomego, że wraz z odejściem ojca samotność stała się codziennością matki. Autor obserwuje jej starość z niezwykłą delikatnością. Dostrzega zmarszczki, zmęczenie, walkę z losem, ale jednocześnie pokazuje ogrom duchowej siły. Matka Borzemskiego jest osobą głęboko wierzącą, której modlitwa staje się sposobem istnienia. Poezja i wiara stapiają się tutaj w jedność.

Religijność autora nie ma charakteru deklaratywnego. Nie jest to literatura kaznodziejska. Chrześcijaństwo stanowi raczej naturalny język interpretowania rzeczywistości. Dlatego obok codziennych doświadczeń pojawiają się Hiob, Mojżesz, Emaus, Golgota, Ukrzyżowany, Arka, raj czy różańcowe paciorki. Borzemski nie cytuje Biblii dla erudycji. Biblijne obrazy są dla niego narzędziem opisu własnego życia.

Jednym z najważniejszych motywów tomu pozostaje pamięć. Jest ona przestrzenią, do której autor nieustannie powraca. Dom rodzinny, podwórko, kasztany, ogród, dzieciństwo, fotografie – wszystko to tworzy swoistą topografię pamięci. Wiersze przypominają otwieranie kolejnych drzwi prowadzących do dawnych pokoi życia. Szczególnie pięknie wybrzmiewa „Autobiografia”, gdzie kolejne etapy egzystencji zostają przedstawione niczym pokoje jednego domu. To niezwykle sugestywna metafora ludzkiego losu.

Borzemski posiada wyraźnie rozpoznawalny sposób budowania obrazów poetyckich. Chętnie korzysta z personifikacji, rozbudowanych metafor i porównań. Drzwi, okna, mosty, schody, drogi, rzeki czy góry powracają wielokrotnie, tworząc własny system symboli. To właśnie dzięki nim świat przedstawiony zyskuje jedność. Czytelnik szybko zauważa, że autor nie opisuje rzeczywistości realistycznie, lecz stale przekłada ją na język znaków.

Na uwagę zasługuje również niezwykła konsekwencja w wykorzystywaniu motywu drogi. Wędrowanie oznacza tutaj życie. Każdy etap jest kolejnym odcinkiem pielgrzymki. Czasami droga prowadzi przez dzieciństwo, innym razem przez szpital, cmentarz, sen albo modlitwę. Wędrówka nigdy się nie kończy. Nawet śmierć wydaje się jedynie przejściem przez kolejne drzwi.

Autor bardzo często odwołuje się do mitologii i kultury europejskiej. Pojawiają się Syzyf, Eurydyka, Meduza, Narcyz, Perseusz, Pegaz, Afrodyta, Odys czy Polifem. Są to jednak odwołania podporządkowane własnej refleksji. Nie mają charakteru ozdobników. Każdy mit zostaje przepisany na język osobistego doświadczenia. Dzięki temu kultura antyczna spotyka się z chrześcijaństwem, a oba porządki współtworzą niezwykle bogaty świat znaczeń.

Szczególne miejsce zajmuje również motyw niepełnosprawności. Autor nie czyni z niej przedmiotu skargi. Wózek inwalidzki staje się częścią jego codzienności, ale nigdy nie definiuje całego człowieka. Wiersze nie budują współczucia. Budują szacunek wobec siły duchowej osoby, która mimo ograniczeń nie rezygnuje z aktywnego przeżywania świata. Właśnie dlatego tytułowy garb nabiera wymiaru metafizycznego. Jest znakiem losu, ale nie znakiem klęski.
Borzemski niezwykle często pisze o samotności. Nie przedstawia jej jednak jako chwilowego stanu emocjonalnego. Samotność jest u niego niemal osobnym bytem. W utworze „Syjamskie siostry” zostaje zestawiona ze śmiercią, tworząc jedną z najbardziej przejmujących metafor całego tomu. Obie wzajemnie się dopełniają i odbierają człowiekowi poczucie bezpieczeństwa.
Interesującym aspektem książki jest obecność autotematyzmu. Autor wielokrotnie zastanawia się nad rolą poezji. Wiersz staje się schronieniem, pamięcią, modlitwą, testamentem, a nawet miejscem własnego pogrzebu. Poezja nie jest dla Borzemskiego literacką grą. Jest sposobem przeżywania świata. Dlatego jego refleksje nad twórczością brzmią niezwykle wiarygodnie.
Język tomu pozostaje komunikatywny. Autor świadomie unika hermetyczności. Nie komplikuje składni ani metaforyki ponad konieczność. Dzięki temu nawet bardzo trudne tematy zachowują prostotę przekazu. Ta prostota bywa jednak zwodnicza, ponieważ pod powierzchnią zwykłych słów kryje się bogata symbolika i wielowarstwowa refleksja filozoficzna.

Można oczywiście wskazać pewne cechy, które nie wszystkim czytelnikom przypadną do gustu. Autor często powraca do tych samych motywów, podobnych metafor i zbliżonych konstrukcji obrazowych. Niektóre utwory rozwijają tę samą myśl w różnych wariantach. Paradoksalnie jednak właśnie ta powtarzalność przypomina rytm modlitwy lub medytacji. Powracające obrazy nie nużą, lecz wzmacniają główne przesłanie książki.

Największą wartością „Garbusa idzie” pozostaje autentyczność. Nie ma tutaj literackiego pozowania ani chęci imponowania czytelnikowi erudycją. Autor mówi własnym głosem, świadom własnych ograniczeń i doświadczeń. Dzięki temu jego poezja zyskuje moralną wiarygodność, której często brakuje współczesnej literaturze.

Edmund Borzemski stworzył tom niezwykle osobisty, a zarazem głęboko humanistyczny. To książka o pamięci silniejszej od śmierci, o rodzinie, wierze, cierpieniu, samotności, ale również o nadziei, która nie gaśnie nawet wtedy, gdy człowiek zostaje sam wobec własnego losu. Tytułowy garbus idzie dalej mimo bólu, mimo ciężaru niesionego na plecach, mimo świadomości przemijania. I właśnie w tym nieustannym marszu kryje się najważniejsze przesłanie tej poezji – człowieka nie definiuje ciężar, który niesie, lecz odwaga, z jaką potrafi go dźwigać.

Andrzej Dębkowski

_______________

Edmund Borzemski, Garbus idzie. Redakcja poetycka, tytuły cyklów, kompozycja i tytuł zbioru: Harry Duda. Projekt okładki: Martyna Sobolewska. Opracowanie edytorskie: Wacław Maślanka. Wydawca: Wydawnictwo Cywilizacja Miłości, Opole 2026, s. 140.

 

 

Plakat
Magdalena Cybulska

 

W podróży z Sokratesem

 

Milczący bohater tego tomu, nasz i podmiotu lirycznego, wierny towarzysz podróży, Sokrates – grecki filozof sprzed wieków. Wszystko co o nim wiemy, pochodzi z drugiej ręki, głównie od Platona, bo Sokrates nie pozostawił po sobie żadnych pism. W rozmowie, w dialogu Sokrates starał się szukać prawdziwej wiedzy, jednak tutaj to podmiot liryczny mówi, opowiada o współczesności, dzieli się swoimi rozterkami, przemyśleniami i lękami z filozofem. Poeta jest bezbronny wobec świata, przemijania i śmierci, zadaje pytania, które zapewne na zawsze pozostaną bez odpowiedzi. Utwory w tomiku są minimalistyczne, nawet można napisać ascetyczne, chwilami przypominają mi japońskie haiku, nie ma tu nadmiarowych słów, czy szerokich, przegadanych opisów. Jest konkret, krótka fraza, pozbawiona upiększeń. Te wiersze to pokora wobec słów.

Sokrates wrzucony w ten dwudziesty pierwszy wiek, musi się zmierzyć ze współczesnymi sytuacjami i problemami, w wierszu „wigilijna noc bez końca”: „Sokrates śniąc / kolęduje...”, prawie abstrakcyjna wizja i obraz z pandemii COVID-19: „zasmucił się Sokrates / patrząc na zamknięty krąg kwarantanny”. Choć w jego epoce zapewne także szalały epidemie i izolowano ludzi chorych, więc na pewno wiedział, co to oznacza. Jednak w wierszu poetki jest wiosna, która ma w sobie wiele możliwości, tych pozytywnych jak i negatywnych. Nigdy bowiem nie wiemy, co nam się przytrafi.

W kolejnym wierszu filozof zastanawia się: „czy rozum porzucił ogrody czułości? / zapytał Sokrates” – bo przecież miłość jest nam potrzeba do życia, choć czasem wymyka się rozumowi i rozum nie potrafi tego uczucia wyjaśnić. Sokrates jest rozdarty między wiecznością a chwilą, wie, że wszystko przemija, nasze ciała są kruche wobec czasu. Często szukamy tych, których już z nami nie ma, bo za nimi tęsknimy: „po omacku szukam śladów / bytu / już nieobecnego”. Istnieje życie albo śmierć, nie ma nic pośredniego mówi poetka.

Wiersz „buty”, w którym autorka obserwuje, co ludzie noszą na stopach. Czy ich buty już długo pomagają im iść ku końcowi, wszak nasza droga wiedzie tylko w jednym kierunku, czy tego chcemy, czy nie. Buty mogą nam w tym pomóc, ale mogą też uciskać naszą stopę i być niewygodne, utrudniają nam wtedy marsz.

Żyjemy w ciągłym hałasie, pośpiechu, gubimy siebie i innych, jesteśmy przebodźcowani. Nasze spotkania z innymi są krótkie i powierzchowne, może częściej widzimy się w mediach społecznościowych niż osobiście: „musisz nacieszyć się osobą / jest jak kawa rozpuszczalna”. Smutna prawda naszych czasów. Ciągle brakuje nam czasu, aby się spotkać z drugim człowiekiem twarzą w twarz, bez użycia ekranu.

Niektóre z tych wierszy są niesłychanie malarskie, pełne zapachów, zachwytu nad światem, ulotnymi porami roku, pozostają nam jednak wspomnienia: „mimozy szybko umierają / dziękujemy im za życie”. Jesteśmy zanurzeni w kołowrocie pór roku i pór dnia, podmiot liryczny jest dobrym obserwatorem tych przyrodniczych przemian.

Człowiek jest mały wobec zawirowań dziejowych, czasem może tylko patrzeć jak zmieniają się systemy polityczne i czekać aż runie dyktatura. Możemy też wszystko obserwować z bezpiecznej odległości, udawać, że nic właściwie wielkiego się nie dzieje, z obojętności przyjmować śmierć ofiar: „zakładać nauszniki / zagłuszające wojny”.

I wciąż poetka zadaje pytania Sokratesowi, chyba nie oczekuje odpowiedzi: „w ciszy zapytuję Sokratesa/o sens istnienia bezmiaru”. Zadaje je także sobie i czytelnikowi. Bo przecież bezmiar wymyka się właśnie naszemu pojmowaniu świata, nie możemy go dotknąć ani opisać. Jest czymś dalekim i obcym.

Człowiek, który odchodzi: „znikał powoli / rozstawał się w wodą i niebem / dogonił nocą nieśmiertelny księżyc”. Stracił kontakt z tym co krótkotrwałe stał się częścią wieczności.

Rzeczywistość często nasz przeraża, boimy się bowiem, co będzie jutro, czy nie wybuchnie kolejna wojna, epidemia, czy nie zaleją nas wody wezbranej rzeki, czy nie zadzieje się coś, co zmieni diametralnie nasze życie: „Sokrates / zagubił się w niepokoju”.

Wciąż o sobie tak mało wiemy, o sensie naszego życia, o sensie przemijania i śmierci, Sokratejskie „wiem, że nic nie wiem” jest ciągle powtarzane nie tylko przez filozofów, artystów, uczonych, poetów, ale także przez zwykłych zjadaczy chleba. A może nasza niewiedza rośnie wraz z wiedzą o człowieku i otaczającym nas świecie. Bo przecież wciąż wiele rzeczy umyka z pola naszego wzroku, nie dostrzegamy ich, bo nie umiemy dostrzec lub zwyczajnie nie chcemy.

W wierszu „o tajemnicy czasu” grecki filozof: „zawiera wtedy przymierze / z wiecznością”. A przecież nasze życie to same upływające chwile, kolejne sekundy i minuty, przymierze z wiecznością zawieramy w momencie śmierci, wtedy czas, upływające pory roku już nas nie dotyczą. Jesteśmy gdzieś obok, ale trudno określić właściwie gdzie.

A przecież zachwyt nad przyrodą, jej przemianami pozwala nam także doświadczyć pełni, a także zbliżyć się do wieczności. Sokrates mierzył się ze swoimi czasami, jednak dziś pewnie także nawiązałby dialog ze współczesnym człowiekiem, który pewnie za bardzo się nie różni od tego żyjącego wiele wieków temu. Bowiem nie wynaleźliśmy jeszcze leku na śmierć i przemijanie, nasze ciała są niesłychanie kruche, niesiemy ze sobą wspomnienia, które czasem bolą, próbujemy dotknąć przyszłości, nie potrafimy jednak często odciąć się od tego, co już było. Kierują nami te same emocje, co starożytnymi, czujemy się samotni, kochamy, tęsknimy. Także w poezji możemy odnaleźć prawdę, dobro i piękno. Może ta prostota języka ma nas prowadzić jak po nitce do kłębka, do samego centrum wiersza, do jego jądra, nie zgubimy się wśród nadmiaru słów. Z filozofii poeci mogą czerpać garściami, bo wiersz to także namysł nad światem i ludzką kondycją, to też poszukiwania, próba zbliżenia się do prawdy, piękna i dobra. Próba ogarnięcia słowami wszystkich naszych lęków. Próba wskazania drogi. Trwa sokratejski dialog, między poetą a czytelnikiem. Choć poezja i filozofia są gdzieś na marginesie współczesnego świata. Sokrates pewnie by się bardzo zdziwił.

Magdalena Cybulska

__________________ 

Anna Maria Mickiewicz, Po Sokratesie wiersze nie tylko filozoficzne. Wydawnictwo Forma, Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2026, s. 62.

 

 

Plakat
Związek Literatów Polskich, Zielona Góra

 

XVII Nagroda Literacka im. Andrzeja K. Waśkiewicza 2026 

 

Oddział Związku Literatów Polskich w Zielonej Górze ogłasza XVII edycję Nagrody Literackiej im. Andrzeja K. Waśkiewicza w roku 2026.

Aby wziąć udział w Konkursie autorzy lub wydawcy winni przesłać dwa egzemplarze książek wydanych w sezonie artystycznym 2025/2026 wraz z wypełnioną i podpisaną Kartą Uczestnictwa, najpóźniej do 31 października 2026 roku pod adresem: Związek Literatów Polskich, al. Wojska Polskiego 9, 65-077 Zielona Góra.

Książki wraz z Kartą Uczestnictwa można również dostarczyć osobiście do sekretariatu Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. C. Norwida w Zielonej Górze, adres jw., w zamkniętej kopercie z zaznaczeniem: Nagroda Literacka ZLP im. Andrzeja K. Waśkiewicza.

Regulamin i Karta Uczestnictwa Nagrody Literackiej im. Andrzeja K. Waśkiewicza znajduje się na stronie Oddziału ZLP w Zielonej Górze w zakładce: Nagroda Literacka ZLP im. Waśkiewicza.

(https://www.zlp.zgora.pl/nagroda-literacka-zlp-im-wa%C5...)

Laureatów Nagrody wyłoni Kapituła powołana przez Oddział ZLP, a wręczenie nagród nastąpi w trakcie Gali Literackiej w Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, w piątek 27 listopada 2026 roku o godzinie 17.00. Wyłoniony przez Kapitułę autor najwyżej ocenionej książki otrzyma kryształową statuę, dyplom oraz gratyfikację w wysokości 2000 złotych, pozostali laureaci otrzymają nagrody rzeczowe i okolicznościowe dyplomy. Wcześniej nazwiska osób nominowanych do Nagrody zostaną opublikowane na stronie Oddziału ZLP.

 

 

Plakat
Tadeusz Zawadowski 

 

Poetyckie  wybory Izabeli  Iwańczuk

 

Izabela Iwańczuk to poetka wywodząca się ze Słupska. Debiutowała na łamach kwartalnika „Wyrazy”, a swoje wiersze publikowała w wielu pismach literackich oraz w licznych antologiach. Były one tłumaczone m.in. na język angielski, serbski, hiszpański, niemiecki i rosyjski. Do tej pory światło dzienne ujrzało 6 jej tomików poetyckich.

W tym roku poetka obchodzi 30-lecie swojej pracy twórczej. Z tej okazji ukazał się wybór jej wierszy zatytułowany Spajdermenka. Wiersze złapane. Teksty są ułożone w układzie chronologicznym; za każdym razem poprzedza je nazwa zbioru, rok wydania i wydawnictwo, w którym się ukazały. Takie rozwiązanie nie tylko prezentuje twórczość autorki, ale również pozwala śledzić jej rozwój, jak też kształtowanie się poetyki, ku której podąża.

Całość wyboru otwierają wiersze ze zbioru Róża frasobliwa wydanego w roku 2000 nakładem wydawnictwa AGORA. To zaledwie pięć tekstów o charakterze egzystencjalnym, w których istotne miejsce zajmują rozważania nad sensem życia i nieuchronnością śmierci.

Następny zbiór ukazał się sześć lat później i nosi tytuł Koperta bieli. Iwańczuk wybrała z niego 10 wierszy. Są to w przeważającej mierze teksty o potrzebie miłości i bliskości z drugim człowiekiem. W stosunku do tych z poprzedniego zbioru różnią się jednak nie tylko tematyką, ale równiej obrazowością – są bardziej plastyczne i operują szerzej rozbudowaną metaforyką:

 

pod ręką jak magnolia szybko

dojrzewa zaadresowana duża koperta bieli  („Miłość”, s. 19)

 

Kolejna książka poetycka ukazała się w 2008 roku. W  Lunatykach  autorka zaprezentowała wiele wierszy (co sugeruje sam tytuł) o charakterze lunarnym. W niektórych z nich zrównuje księżyc z wręcz Bogiem: (...) błogosławiony / owoc twojego żywota / księżyc(„Zaiste”, s. 31)

Motyw łączenia Boga z księżycem pojawia się tu wielokrotnie, również w utworze Lunatyczka (s. 33): na języku spoczął opłatek księżyca. Motywów biblijnych pojawia się zresztą wiele, jak chociażby ten fragment wiersza Nokturn grudniowy (s. 38):

 

pod szarym mostem nowego miasta

Maria i Józef

niczym dwa ziemskie anioły

w śnieżnobiałych oparach milczenia

 

W tej części Spajdermenki znajdziemy  również  utwory nasączone zwiewną i eteryczną esencją erotyzmu. Przy tworzeniu ich poetka niejednokrotnie posłużyła się rekwizytami zaczerpniętymi z nocnego nieba. Trzeba przyznać, że udała się jej przy tym trudna sztuka nie popadania w banał.

Swój czwarty w dorobku tomik pt. Perły wieczne (2012) Iwańczuk podzieliła na dwie części. W pierwszej – tren wiary – znajdziemy wiersze o charakterze elegijnym, w swej formule nawiązujące do tytułowych trenów. Niektóre z nich przypominają modlitwę lub litanię. Ich adresatem jest – oprócz Boga – przedwcześnie zmarła matka – Teresa. Pisze m.in. o niej w wierszu: Mama Tereska (s. 56):

 

uśmiechnięta

od chleba

do nieba

 

od miłości

do wieczności

niepojęta

Druga część, zatytułowana wołacz miłości to cykl erotyków. W niektórych z nich pojawiają się postaci ze świata kultury, tacy jak Petrarka, Rubens, Chopin, Sand, tak jakby poetka chciała zasygnalizować, że nikt nie jest wolny od miłości.

W roku 2016 ukazał się zbiór erotyków poetki pod jakże znaczącym tytułem tykoEro. Poetka odbiera miłość sensualnie, za pomocą zmysłów, pośród których prym wiedzie słuch. Miłość staje się swoistą wibracją, tworzoną przez dwoje zakochanych ludzi. Wibracją uczuć rozpisana na poszczególne instrumenty, tworzące razem harmonię:

 

stąpasz twardo po strunach

drżę ziemią i niebem.

(„Harfa”, s. 85)

 

czy też:               

współczesne / brzmienie // oboje // między / udami

(„Instrumenty”, s. 86)

 

Miłość jest nienasyceniem, dlatego nie dziwi, że w tych wierszach znajdziemy wiele odniesień do kolejnego  zmysłu, jakim jest smak:

 

o soulowe uda ocierają się

laski wanilii cynamonu

we włosach zatopione ziarna kawy

na piersiach goździki kropelki martini 

(„Sen o kobiecie”, s. 97)

 

Reasumują, można stwierdzić, że w generalnie są to wiersze niezwykle subtelne i sensualne, w których zmysłowość wygrywa z cielesnością.

Ostatnią część wyboru stanowią wiersze z najnowszego zbioru Iwańczuk pt. Suflerka, który podobnie jak Spajdermenka również ukazał się w tym roku. Poetka zdecydowała się na powtórzenie ponad połowy wierszy z tego zbioru w omawianym wyborze. W przeważającej mierze są to utwory odmienne od tych zamieszczanych w poprzednich zbiorach, dużo w nich gry i zabawy słowem. Niejednokrotnie pozornie wersy nie przystają do siebie, jednak gdy im się uważniej przypatrzymy, dostrzeżemy, że budują one ciągi skojarzeń prowokujące czytelnika do przemyślenie i zbudowania na ich fundamentach własnych poetyckich światów. W Suflerce Iwańczuk zamieściła wiele wierszy, w których bawi się wręcz tytułami, rozbijając je na części. Szczególnie upodobała sobie słowo tyczka, rozbudowując je do postaci: Anorek-tyczka, Roman- Tyczka, W-tyczka, Fana-tyczka, Mis-tyczka, Ma-temat-tyczka itp. W omawianym wyborze zdecydowała się jednak zamieścić tylko dwa ostatnie teksty.

W tej części tomu oprócz wierszy, o charakterze gry słownej znajdziemy również bardzo wiele tekstów o głębokim przesłaniu humanistycznym i  ciekawej metaforyce:

 

zmiksowana rzeczywistość jak blender

wola jasną papką słów

 

jesteśmy na widoku pod obstrzałem

odbezpieczone pistolety spojrzeń 

(„Przystanek świat w ciągłym ruchu”, s. 107)

 

W niektórych wierszach pojawiają się odniesienia do postaci i miejsc znanych z Biblii (Bóg, Maria, Fatima), ale są też teksty adresowane do konkretnych osób – poetów Mirosława Pisarkiewicza czy Marka Czuku.

Spajdermenka to ciekawy wybór z twórczości Izabeli Iwańczuk, stanowiący swoisty przekrój jej literackich dokonań.  To interesująca pozycja, której lekturę gorąco polecam.

Tadeusz Zawadowski

______________ 

Izabela Iwańczuk, Spajdermenka. Wiersze złapane. Wydawnictwo Ridero, 2026.

 

 

Plakat
Szymon Koprowski

 

Poezja czy proza? 

 

A może jedno i drugie? Przecież wszystkie gatunki literackie mają na celu to samo zadanie: opowiadać ważne historie, opisywać świat i zamieszkujących go ludzi w sposób na tyle sprawny, żeby nawet przeciętny odbiorca zdołał zrozumieć intencje i emocje autora. Należy jednak pamiętać, że prawidłowy odbiór dzieła zarówno w sferze intelektualnej, jak i emocjonalnej nie zależy wyłącznie od geniuszu poety czy pisarza, ale także od czytelnika. Jeśli ty, drogi czytelniku, nigdy nie traktowałeś poważnie i nie kształtowałeś swojej duchowości, nie starałeś się poznawać różnych wymiarów świata zawartych w twórczości artystów, to nie będziesz miał wielkich szans zrozumienia przemawiających do ciebie dzieł, a w konsekwencji nie zdołasz w pełni opisać siebie, swoich dolegliwości i potrzeb.

Nie chcę uzurpować sobie prawa do występowania w roli znawcy i analityka literatury, ale mam prawo wypowiadać się na temat poezji i prozy jako czytelnik.

Różnorodność gatunków literackich daje twórcom możliwość realizowania się w rozmaitych formach i stylach, które z kolei pomagają badaczom i analitykom celniej interpretować utwory, a także dokładnie lokować je w kontekście historycznym i społecznym. Ale to zadanie dla badaczy. Nie wiem tylko, czy owi teoretycy, interpretatorzy, eksploratorzy tekstów literackich pozwalają swojej wyobraźni wznieść się ponad stół „sekcyjny” lingwisty i poszybować w krainę uczuć bez warunkowania emocji zgodnością tekstu z wręcz matematyczną teorią budowania poetyckiego przekazu.

Dla mnie najważniejsza jest siła i temperatura nie zawsze rymowanej opowieści, co nie znaczy, że rym, rytm i melodyjność nie mają znaczenia.

Zajmę się teraz poezją Andrzeja Waltera, poety płonącego żywym ogniem twórczego żywiołu. Trudno u niego znaleźć gładkie słówka łączone z innymi w mdłe strofy, tworzące związki frazeologiczne mające na celu wymuszanie westchnień łzami nieba i ciemniejącym fioletowo zachodzącym słońcem, zwiastującymi przyczajoną za horyzontem jesień. Można i tak, tylko po co? Nawet analfabeta potrafi dostrzec zmiany pór roku bez pomocy poezji.

Tymczasem u Andrzeja Waltera odnajduję opowieści o kondycji ludzkiej, dopustach losu ciężkiej wagi i wszystko to, co oferuje beletrystyka i literatura faktu. Notabene istnieje przecież poezja faktu, określana jako poezja dokumentalna, albo, co bliższe istoty rzeczy, artystyczna interpretacja prawdy.

Mam w dłoniach tomik Waltera „Zero jeden zero”. Jego poetycki bohater, którym jest sam autor, przypomina mi Argonautę podróżującego od wiersza do wiersza w poszukiwaniu złotego runa, które w tym przypadku, oprócz trudnego, niezwykle ryzykownego wyzwania, oznacza prawdę o stu twarzach stawiających bezustannie coraz to nowe i trudniejsze pytania. Teoretycznie można machnąć na nie ręką i jakoś żyć z opuszczoną głową, jednak autor, Argonauta prawdy, nie potrafi lekceważyć nękających go pytań. Szuka odpowiedzi, odwiedzając wierszowane ciemne doliny i zdradliwie kolorowe miejsca, błądzi szukając rozsądnego wyjścia z krainy dylematów ukrytej w mroku wiecznych wątpliwości. Nasz bohater-poeta jest hardy, nie chce się poddać, tnie maczetą otaczające go chaszcze, przedziera się w kierunku słońca, chce poczuć ciepło przywracające coraz bardziej chłodnej nadziei pierwotny sens. Coraz częściej dopada go myśl, że jego los spisany jest na straty. Mimo to wierzy, że jest ktoś, kto mógłby uładzić świat, ale ukrył się wszędzie i nigdzie. Bohater powieści zaciska powieki i powtarza z uporem: jestem poetą, „siedzę nad brzegiem życia i śmierci” i ciągle czekam... Ale na co? Właściwie na wszystko. Czeka tak od kiedy wyszedł z wody i zaczął oddychać. Tymczasem wszystko bierze w łeb! Świat i jego mądrości zdychają razem z fałszywymi prorokami, filozofami zbrojnymi w wiedzę pożyczoną od AI, więc może nadszedł czas, żeby na powrót wejść do wody i przestać oddychać? Można też modlić się szczerze i żarliwie o nadzieję, ale nauczono nas głównie klepania zdrowasiek, bez szukania w sobie przyczyn i skutków.

Nasz bohater, poeta, wie, że nie należy wątpić pomimo coraz głębszego zagubienia w bylejakości dnia powszedniego, tylko szukać, szukać do skutku. Może któregoś dnia przedzierając się przez dziki ogród zwątpienia, nadzieja ziści się i stanie przed drzwiami opatrzoną tabliczką: Tu mieszka Bóg. Cierpliwie czekam na Ciebie. Zapukaj trzy razy: zero jeden zero.

Powinno być jeszcze Enter, ale nie ma! I co ma poeta uczynić z takim kodem dostępu? Znowu pozostaje nadzieja, choć są tacy, którzy twierdzą, że istnieją zawsze jakieś drzwi kuchenne. A jeśli nie istnieją? Pozostaje tylko poezja.

Szymon Koprowski

____________

Andrzej Walter, Zero jeden zero. Wstęp: Andrzej Dębkowski. Redaktor prowadzący: Szymon Gumienik. Redaktor techniczny: Paweł Kucypera. Korekta: Zespół. Projekt okładki: Andrzej Walter. Wydawnictwo Adam Marszałek sp. z o.o., Toruń 2026, s. 60.