Konkurs literacki „O Laur Jabłoni 2026” w Grójcu
Rozstrzygnięto XLVI Konkurs Literacki „O Laur Jabłoni 2026” w Grójcu. Jury w składzie: Andrzej Dębkowski – przewodniczący, Paweł Łęczuk i Zbigniew Milewski – członkowie, na posiedzeniu on-line w dniu 26 czerwca 2026 roku postanowiła przyznać następujące nagrody i wyróżnienia:
W konkursie głównym „O Laur Jabłoni 2026”:
I nagroda (900 zł) – godło Chipsy – Agata Campr z Warszawy;
II nagroda (700 zł) – godło Śmierciarka – Mirosław Gabryś z Cieszyna;
III nagroda (500 zł) – godło Niezapominajka – Katarzyna Wiktoria Polak z Krakowa.
Jury postanowiło także przyznać trzy równorzędne wyróżnienia po 300 złotych:
godło Penelopa – Anna Piliszewska z Wieliczki;
godło Plastik – Alicja Dydyna z Wrocławia;
godło Przeszłość nadchodzi – Piotr Zemanek z Bielsko-Białej.
Przyznano również Nagrodę specjalną w wysokości 500 zł za wiersze „O tematyce Grójeckiej”, którą otrzymał: godło MINOS – Wojciech Bober z Wodzisławia Śląskiego.
Jury stwierdza także, że XLVI Ogólnopolski Konkurs Poetycki „O Laur Jabłoni 2026”, organizowany przez Miejsko-Gminną Bibliotekę Publiczną im. W.S. Laskowskiego w Grójcu, jest wydarzeniem o ugruntowanej renomie i znaczącej pozycji na mapie ogólnopolskich konkursów literackich.
Czterdziesta szósta edycja potwierdza trwałość tej cennej inicjatywy, która od 1980 roku służy promocji poezji, odkrywaniu nowych talentów oraz upowszechnianiu kultury słowa. Jury z uznaniem podkreśla również rolę konkursu w popularyzowaniu dziedzictwa Ziemi Grójeckiej oraz inspirowaniu twórców do podejmowania tematów związanych z jej historią, tradycją i wyjątkowym krajobrazem.
I miejsce Agata Campr (godło:Chipsy)
neuroPunk
Ma w tej dopaminie coś jeszcze, rozpuszczony
jakiś olej, bo jej gęstość przekracza normę.
Dogmat ciężaru pływa. Ile witamin w marzeniach? Za mało
wapnia, Tym marzeniom kości
nie wyrosną. Poprawić.
W układzie kary zagnieżdżona zwrotnica wyprodukowana
przez „bic”a”. Pośród długopisów i maszynek do golenia
przekorny typ, który kocha nagrody im. Zdarzeń Losowych.
Real crime zapchany chipsem paprykowym, co cebulowemu
życie złamał. Chrupały zębatki. Zdrowie się
rozpuszcza w ustach.
Serotonina wraca. Ona nie będzie się ciągle
oddawać obcym synapsom. Ona się czuje dobrze
w stałym chemicznym związku. Samica alfa
ciągnie za kąciki ust. Powaga nie pasuje
do twarzy
Nerwowe oczy. Nic w człowieku
nie jest połączone
spokojem. Chcą by dobrać buty
pod kolor skóry
Miniamen
gdy zasłabliśmy wszyscy kradnąc z naprzeciwka bluescreen,
kiedy w biegu do nieprzytomności uprzytomniliśmy sobie,
że czasem to jedyny sposób; gdy nas zawiesiło na miniamen,
rozgrzewkę godziny – wtedy nie umieliśmy inaczej
ciało samo hibernuje od czasu do czasu, ale nie wskutek
prośby. tylko, kiedy ciągnie się za dźwignie zębów mądrości.
na trytytkę się z człowiekiem zespaja ranę. przeszczep
z zaświatów.
nie wszystko pod powiekami powinno
zostawiać
niektóre vulnusy tak się rozrastają, że z nich trzeba
uciekać, nie oglądać się, bo inaczej
będziesz słupem soli
na tę ranę
nie patrz, nie patrz. szkoda marnować
na to pamięci
w oczach.
Gojenie
kiedy się zabliźniam i lecą ze mnie bandaże
to w moich liniach demarkacyjnych jest
przedświąteczny ruch
ciało jest szybciej niż zwykle kiedy musi
coś poprawić ciało leży żwawiej
kiedy w trakcie snu poleruje
i oblizuje kostki
przeżyłam już natarcie bloków
operacyjnych i impulsy nerwowe które
zbyt szybko rozłączały dialogi
słowa zbyt pojemne choć
format standardowy
miałam na pieńku z myślami
po których zostały
wyłącznie pnie
zabliźniam się starannie bez
pośpiechów wpisanych w czekanie
te kule mogłyby zamiast mnie
chmury podziurawić żeby modlitwy
miały jak przejść
Nerw
w bardziej nerwowych
układach nerwowych jest więcej maści
wszelakiej. czas przychodzi do nich przypadkiem
i wywala całą donicę. kwiat, by
wyrosnąć z tej ziemi, potrzebowałby
żurawia. w drugich policzkach przedłużona
rozgrzewka, pół pośladka wypięte do końca.
jesteśmy gotowe na pełne
tętno. przywidzenia w niektórych układach
mają drzwi obrotowe
i z półobrotu wchodzą.
czasem bola nas stawy, w których
pływają kości
prawdziwych ludzi
Studia
Byłam studentką znakomitą, a z laurem z saszetki;
psychologia jawy mi się śniła po nocach, potem
jej szukałam w skryptach. wycinek mojego stypendium
do histopatologii nosiłam, żeby sprawdzić
jak przelew wpłynął na
stan
Te kolosy nie były jakieś straszne. Kwantowa fizyka
pytań dowodzi, że każde ma odpowiedź do pary.
Trzeba je umieć odpowiednio połączyć.
Znam pępowiny
Lustro mi się zawieszało czasem
przed wyjściem, a na wyjścia musiałam
uważać, bo miałam limitowany przydział
przepustek do zwykłego realu.
Byłam studentką znakomitą, odsiedziałam ni to zawiasy
ni to areszt śledczy. Świat mnie nie szukał. Teraz może
da się pomacać nie przez
szkło
II miejsce Mirosław Gabryś (godło: ŚMIERCIARKA)
Leżę
Jak będziesz tak leżeć całymi dniami
to życie przeminie ci bez wspomnień
i nic cię nie zaboli,
chyba że palec w drodze do łazienki
napotka coś twardego,
lecz taki ból przechodzi na jednej nodze,
szybciej niż ty,
tymczasem mowa o bólu z gumy do żucia
i flaków z olejem,
a zarazem o bólu tak dobrym, że rozwija
tego, który się zwija,
więc zostaw łóżko z serialem,
zrób coś, rusz się, leć
na złamanie karku,
niech kark też coś ma z życia.
Guma
Wyszliśmy, nie płacąc,
a potem w nogi na pietach z gumy,
bo pięty już nie te, a i reszta ciała
jakby się obraziła, zmarszczona niemiło,
więc gdy kelner biegł za nami,
to choć myśleliśmy, że za nami się kurzy,
on deptał nam po piętach i deptał,
jakbyśmy nie byli już dość zdeptani
i przyklejeni do asfaltu jak gumy.
Gdzie jesteś, chłopcze, radośnie odklejony
i otwarty na żucie takie, jakie jest?
Piach
Mam piachu po pachy
i ciągle się sypie.
Myślałem, że go wywiozłem,
medytując i afirmując.
Nawet oddychałem
według podręcznika,
a piach mieszałem z błotem
zgodnie ze wskazówkami.
Myślałem, że go wybrałem,
a to on wybrał mnie
i po mnie się wspina.
Już sięga dziurek w nosie,
już jest powyżej uszu
i poniżej pasa,
już przechodzi ludzkie pojęcie
i zasypuje nadzieję,
lecz ta ostatnia resztkami sił
sięga po komplet do piaskownicy.
Pieskie życie, mówi coach
Oddech to życie, więc żyj głęboko,
nie taplaj się w brodziku,
płyń po morzach i oceanach,
bądź wodołazem, nie yorkiem.
Czego się trzęsiesz na słabych nóżkach?
Czemu się dusisz, czemu toniesz
na smyczy i z kością w gardle?
Weź głęboki wdech, przytrzymaj
i wypuść z wydechem wszystko,
co ci nie służy. Spuść ze smyczy
lęk i smutek, niech zginą pod kołami,
rzuć się na radość i szczęście.
Stacja
Jedni patrzą na rozkład, inni tylko siedzą,
nie szukają połączenia, nie liczą na przesiadkę,
choć nigdy nie wiesz, kiedy się trafi pociąg
w pociągu. Na chwilę zaśniesz i tracisz rozum,
portfel lub jedno i drugie. Chwila nieuwagi
i siedzisz pod charczącym megafonem
z kredytem i dziećmi, a labirynt szyn układa się
w pętlę.
Będziesz błądzić na rozjazdach,
bo błądzić jest rzeczą ludzką. Będziesz tkwić
na bocznicy, samotny i nierozumiany.
Będziesz czekać na cud odjazdu, dokądkolwiek,
byle dalej stąd.
Podobno najlepiej jechać z prądem
i zaufać rozkładowi.
III miejsce Katarzyna Wiktoria Polak (godło: NIEZAPOMINAJKA)
parabola o dziadkowym kamieniu
najbardziej lubił siadać na wygrzanym kamieniu,
za skrzypiącą kotarą rozrośniętych zarośli, których nie ma
od wczoraj. wolał patrzeć z ukrycia na snujących się ludzi,
albo wawelskie wzgórze. czasem nas straszył
smokiem – jednak nikt się go nie bał.
jeśli z sobą miał wędkę i woreczek z zanętą, na tym
płaskim kamieniu tężał i trwał w bezruchu. łapał: zwykle
oddawał Wiśle wszyściutkie złowione leszcze – wskakiwały
ochoczo. lubiliśmy ten plusk. plotkowano na Plantach,
że nasz dziadek to dziwak.
aż raz hejnał mariacki zabrzmiał nieco płaczliwiej, wiatr
na Błoniach zaszlochał, wprawiając rośliny w drżenia.
w czapce z piórami pawia i w najlepszej koszuli dziadek
wspiął się po gruszy, by pokłonić się Bogu. wstęga wody w
przyblakła, pociemniały zakola, skurcz boleśnie przeniknął
serce jego kamienia.
parabola o chmurze nad Bronowicami
gdy letni skwar i drzewa nie nadążają
owijać w pieluszki cienia rodzące się
pąki malw, na płocie, którego nie ma,
pieje kogut i budzi
metafizyczną porę. światło stroi Rydlówkę
w blask i w zapach liryki. pyłki roślin
w powietrzu kręcą się jak zapaski.
z sekretnego wymiaru wysnuwa się
nitką dymu kształt poety, co nagle
schyla nad kartką głowę.
zgiełk go płoszy – więc czmycha.
dryfuje po siwym niebie
niedokończony wiersz.
parabola o drzewach na Rynku
drzewa szumią dorożkom i koniom w uprzężach
deszczu. lubią rzucać gołębiom i przechodniom
swój cień, czasem sennym kwiaciarkom liść
jak list cisnąć w barwne, przyklapnięte bukiety,
mawiał dziadek i patrzył w wielki plaster betonu
wokół wieszcza Adama i skurzonych Sukiennic.
one wrócą – zapewniał. choć kręciliśmy głowa –
przyciągnie je żal – jak magnes.
drzewa wrócą na Rynek – napisano w gazecie.
nie zgadnę, czy dziadek wie, skoro odszedł
za chmurę. nie ma komu ogłosić, że nim
przyjdą kasztany i przycupną
jak dawniej, cień rzucając kościołom, Bóg
obmyślił już korę, kształt i liści spadanie
w jesień pełną szelestów, z zielonym
rumieńcem wieków.
Grójec. jabłkowy ekspress
w sadach skrzypią drabiny, jabłkiem turlika
światło. w palcach kruszy się susz pierwszych
liści, pomiętych jak banknoty w kieszeniach.
skrzynia na skrzyni – zapach spakowany na
drogę. spakowane ogonki, miąższe, skórki,
kolory, magnetyczna zamszowość. u wozu
koń strzyże uchem, żuje słodycz owocu. i
naraz świśnięcia bata, trzeszczenia drewnianych
kół, histeryczne podskoki fur po ośki tonących w
błocku. byle do pierwszej rampy. postękuje jak
stary, zniedołężniały niedźwiedź zgnuśniała
lokomotywa, nim się zerwie, potoczy, zostawiając
dym żalu, ze to ostatni kurs, ze to koniec
epoki zaczarowanych sadów. czar wagonów i skrzynek
stężeje jabłkową łezką – bąbelkiem
kwaśnego soku.
Nagroda specjalna Wojciech Bober (godło: Minos)
Dzwonnica, Grójec
Dzwonnica soi z boku placu.
Nie trzeba być w środku,
żeby wszystko słyszeć.
Deski ściemniały od słońca.
Przy kamieniu trzyma się chłód.
Jasna droga skręca lekko
między cień i otwarty kurz.
Po sumie wychodzą ludzie,
kobiety poprawiają chustki,
mężczyzna strzepuje pył z rękawa,
dziecko przystaje przy murze.
Drzewa stoją wysoko.
Dalej sad bierze światło
aż po ostatni rząd.
Ten sam mężczyzna schodzi z placu
powoli, jakby nic nie nagliło,
ale zaraz skręci między jabłonie.
W kieszeni ma scyzoryk,
na butach cienką warstwę pyłu,
w głowie noc sprzed dwóch tygodni,
po której na ziemi leżały płatki.
Nie ogląda się na kościół.
Idzie w stronę drzew.
Przy pierwszym zatrzymuje dłoń na gałęzi,
jakby sprawdzał gorączkę.
Nic nie mówi.
Z daleka dochodzi dzwon
i zaraz cichnie w liściach.
Przymrozek
Nad ranem sad jest niżej niż zwykle,
jakby noc przycisnęła go do ziemi
i kazała milczeć.
Między rzędami jabłoni stoi ojciec,
sprawdza powietrze dłonią,
jakby można było wyczuć nieszczęście
zanim wejdzie w pąk.
Kwiaty jeszcze wczoraj stały otwarte,
białe, cienkie, wystawione na wszystko.
Dzisiaj każdy z nich trzyma chłód
w samym środku.
Od strony rowu sunie dym,
niski, ciężki, posłuszny ziemi.
W beczkach tlą się stare deski,
mokre gałęzie, trochę słomy.
Nie pali się ogień,
pali się czas kupiony do świtu.
Potem rusza woda.
Na gałęziach osiada lód,
przez chwilę wygląda to jak klęska,
jakby nic nie miało puścić,
ale pod cienką skórą szkła
jeszcze trzyma ciepło,
jeszcze trwa zielone.
Tylko wąż, pompa, kroki, para z ust.
Bo jabłko nie zaczyna się jesienią,
kiedy jest rumiane i ciężkie w dłoni,
tylko teraz,
gdy mróz chce wejść w kwiat
i zostać w nim.
Ten sad rodzi się z nocy bez snu,
z dymu, wody i ludzi,
którzy stoją między drzewami
aż zrobi się jasno.
Po odtajaniu
Rano jabłka były twarde jak śruby.
Leżały w krzynce pod ścianą obory,
każde osobno, jakby noc odjęła je od drzewa
i od tego, do czego rosły całe lato.
Ojciec nie naciskał palcem.
Powiedział, żeby zostawić je w spokoju,
bo od pośpiechu skórka pęka
i wychodzą ciemne plamy.
W kuchni kaloryfer syczał jak stara pompa.
Na parapecie odmarzał ligol, idared,
jeszcze brzmiały porządnie, handlowo,
ale pod skórą coś już puszczało.
Z wierzchu nic jeszcze nie pękło.
Jabłko trzymało kształt, kolor, połysk.
Dopiero kiedy matka przekroiła jedno nad zlewem,
miąższ zapadł się cicho.
Nie na stół, nie do skrzynki, nie na przechowanie.
Co najwyżej do tłoczni,
na sok, an przecier.
Ma dworze sad stał nieruchomo,
gałęzie cienkie, czarne, bez winy.
Mróz nie zrobi hałasu,
tylko zabiera rzeczom ich środek.
Podniosłem jedno z ziemi.
Było zimne, ciężkie, prawie piękne.
Na dłoni puściło sok
ciemniejszy niż trzeba.
Sucha droga
Na skraju sadu stała jabłoń.
Pod nią leżał płaski kamień,
gładki od deszczu i butów.
Czasem spadało na niego jedno jabłko.
Tylko jedno.
Nie z samego rana.
Dopiero kiedy słońce obeszło rzędy
i blaszany kubek przy studni
nagrzał się tak, że parzył w palce.
Ktoś wcześniej podwiązał złamany pęd,
sznurkiem zdjętym z worka po nawozie.
Przy pniu ziemia była ciemniejsza,
jak po wodzie.
Dziecko stałi chwilę w cieniu,
oparte o korę.
Potem wzięło owoc z kamienia,
otarło o koszulkę
i zniknęło między drzewami.
Za siatką droga bielała od kurzu.
Tylko liść nad kamieniem
obracał się jeszcze chwilę.
Wyróżnienia
Anna Piliszewska (godło: PENELOPA)
KOŁYSANKI DLA MĘŻA
ŻOŁNA
oko wody przymruża pomarszczoną powiekę. wiatr jest
gniewnym pilotem, powypłaszał z powietrza dymówki
i motolotnie. to chwila
niepocałunków i rozplatania rąk. słowa gasną, skulone
od nachalnych podmuchów. w wirze kurzu i liści
ślepniemy, ugięci w pół. naraz cisza
przed burzą. nie ocali nikogo grab obrany przez bobry
z kory sztywnych kożuchów: biały, upadły kikut śni
sam siebie – z koroną. martwy, strzeże
żeremi jak wieża z kości słoniowej. ozon, kłęby ozonu.
wysoko żelazny boa gryzie supeł przestrzeni. tu woda
jest architektem, spadnie na nas jak jastrząb;
rozpuści – i wypłukani z drapieżnego pejzażu, szklistą,
okrutną falą o zapachu hyzopu odpłyniemy do mórz.
módl się za nami żołno mała i przemoknięta!-
jeśli się rozpłyniemy, już się nie odnajdziemy.
BRZYTWA
nie opuszczaj mnie nigdy, bo rozkraczy się próżnia, bo utraci świetlistość
lamus chromych przedmiotów, bo przyjdą i zaprowadzą niedorzeczny
porządek – przestrzeń stanie się pętlą.
nie opuszczaj mnie nigdy, bo wylezie z otchłani wszystko, czego się boję,
bo zamarznę w podmuchach lodowego powietrza. dla ciebie zapalam
lampy i skacze nad przepaściami, zasadzam w ziemi z marketu
petunie i pelargonie, dla ciebie wyrywam ciernie z czającego się cienia,
powtarzam, że nie ma wojen, okrucieństwa i śmierci. chwyciłąm się
twojej ręki jak rozbitek na morzu
kołyszącej się brzytwy – ostrzem świat się kołysze, wzdyma sadza i sól.
nie opuszczaj mnie nigdy, bo ubędzie łagodność, pęknie laska, o której
idę, umiem się podnieść. zostaną mi tylko koty. i wiersze…
TRZY BAŚNIE
idzie noc; zachrobotał zakrzywionym pazurem w okna
księżyc – kołodziej, wóz zostawił
przed sadem, a na wozie ma baśnie w przepastnym,
łatanym worze. nikt mnie wcale nie pytał, czy zgadzam się
na twój sen – a ty oczy przymrużasz, kołem turla się
ciemność – tylko mi nie zasypiaj!, to je dla ciebie skradnę
i ci szeptem opowiem.
baśń pierwsza jest o zajączku: już wyskoczył z lusterka – i kica.
patrz!, bo to jest ten moment: w szmaragdami usianym,
łopianowym parowie, w gumo filcach do kolan stąpa młody
twój ojciec, dźwiga dwa ciężkie kosze prawdziwków albo
maślaków, a ty czekasz na łące i się bawisz lusterkiem.
żółtonogie szerszenie spełniają twoje życzenie, wystarczy że je
wypowiesz. jakie?- sam siebie pytaj, bo mnie przecież tam
nie ma. w skrawku szkła
widzisz dziecko, trawy sytą zieloność, a ojciec właśnie się
zbliża i weźmie cię na barana – zaniesie do drugiej baśni,
a ta baśń o miłościach. a pierwsza miłość jak koncha –
skradnie ci ją twój brat, kolejna szumi jak rzeka o przeróżnych
kolorach – niech cię, niosąc, kołysze, zanim połkną ją morza.
a ta ostatnia – z wierszy papierowym wachlarzem i zwierząt
kudłatą świtą; ona będzie cię karmić i przebierać – jak chłopca,
ona pójdzie do Boga się targować o ciebie,
ale On
- absconditus, a jej głos – mysi pisk.
ta trzecia baśń jest o suce, którą okrutny człowiek sznurem
przypnie do drzewa, a inny ją odwiąże; poprowadzi do
ciebie – odtąd będziesz przystanią, firmamentem i sensem,
będziesz światem – jak cyrklem mierzonym łapą i stopą… nie!,
nie opuszczaj powiek, podźwignę ich senny ciężar, niech baśń
się toczy i toczy. wiesz, dnieje – i kogut wypiał światłoczułą
godzinę – przecież na sen nie pora. chcesz?, będę Semiramidą:
jeszcze tobie na ucho tysiąc baśni opowiem. tylko mi
nie zasypiaj! nie…
PIES
ta obroża i szelki są zrobione jak trzeba: z powietrza, z mgielnego
dymu – weź, bo macha rytmicznie krótki kikut ogona. popod sierści
calunem czy słyszysz
tykanie serca?
zmieniłam dobre godziny w świetlisty dywan z kaszmiru – po nim
pójdzie się łatwiej. nie bój się
-z psem jest raźniej i się droga
nie dłuży.
wiedziałam, pies jest cierpliwy i w nadchmurzu zaczeka. teraz gdy
nie porafię dłużej zatrzymać ciebie,
przyklęknij, by zapiąć
smycz…
IS VITALIS
widziałam jak się wymknąłeś
z opowieści wiewiórek: kiełkowałeś orzeszkiem
w pulsowaniach przestrzeni. w leszczynowym
zagaju mgła zadarła sukienkę i trzęsły się
łydki situ
parowały jeziora. Bóg rozwijał rulony
trawy świętej, nieściętej. pochwalił pożogę
chmur – radłem zorzy orany rudozłoty
widno kres, rdzawe pręgi
powietrza.
chwytaj, chwytaj garściami!, coś krzyczało z
jaworu. co chwytać? miliardy nasion rozhulanych
podmuchem? rześkość, co jest zdziwieniem,
jeśli dopada płuc? echa skrzypień
i dudnień?
zostań, zostań!, wołam do chwiejącej się
trzciny, do szerszeni, do wody ubranej w
odbite skrzydło. chcę być ważką i ostrzem
liścia, skrzekiem, ławicą. nieprawda, że szpon
krogulca pruje
nitki pejzażu, rozsypał się jasny puch i
pogasły latarki błyskające na bagnach. kłusownik
szablami nożyc wycina, pilnie wycina
geometryczne ściegi w jaskrawości powietrza,
rozkłada zabawki śmierci.
jeszcze się szkli szmaragdem oko stawu. wysoko
podniebnym, białym tramwajem bezcielesny
skowronek przemyka; dzwonkiem z powietrza
macha, macha
do snów.
Alicja Dydyna (godło: PLASTIK)
nie wytrzymam chwili dłużej bez tynku który się ze mnie sypie
kiedy mogę mieć kotka pieska chomika węża tarantulę przeginkę
kiedy mogę bozię bozię bozię
chciałbym się wiecznie zajmować
nie chcę czapeczki którą się składa wkłada rozkłada odkłada
chcę ubrać się w beret na główkę utonąć w szaliku no kiedy dorosnę by tonąć
kiedy mogę mieć antenkę nie chcę już tego oglądać chcę widzieć przez telewizor
przez tatę bo w środku jest św mikołaj on tylko się przebrał
jak gdyby nigdy nic małego
takiego chcę zobaczyć!
z takich górek widokowych że nie trzeba być spokojnym
z takich zajęć dodatkowych że rozciąga się horyzont i wolno przychodzić w przydługim
calutkim pod jego wrażeniem, pod twoim, brevisie, my Vita
langue de chat, śniadanie kontynentalne
podaję się słodko jak zawsze, dzisiaj dżemy jedzą dżemy, tj. bardzo wiele siły
wziętej znikąd, kiedy podaje jak słodko znajdować na sobie koronki, jak
po schodkach z Kinder bueno same schodzą z ciepłych krajów i tak jakoś się splatają, pompony bon bony i oczka, a każde gdzie indziej zagląda, bo
różna rozpiętość zupełnie, no i kolor oczywiście, to też pewnie robi swoje,
on jeszcze gdzieś indziej, bo idąc tzw. siku zdobywa kolejne pomosty, które
zbierają się wokół strumienia, tj. bardzo wiele miejsc
pokoje na światach są fajne, kosmosy też spoko, zakątki
i koty w zakątkach, przedziwna statyka
przeciwko pieprzonej animizacji, o której mruczy się z tylu rzetelnych źródeł, odjazd
pakuję walizkę na Dżersej
fru fru j’adore, w końcu
można wygrzać tyłek
zamyka uchwyty na kołdrze, na misiu, na jednym spojrzeniu, o którym
nie słychać już nic od miesięcy, więc kołdra we wzorki zostaje
w plamki, w ciapki, miś na kółkach,
łaty
powinno wystarczyć długości rękawa
kiedy modystki zaproszą na futro
konieczne pójść trzeba na futro
by moje wyjście myślało że wyglądam do ludzi
będę chodzić do fryzjera
codziennie zasiadać tuz przed nim
mówić proszę nic nie ruszać
zostawiać pieniądze
na farby do drewna
na szczotki do kibli
suszarki do naczyń
nożyczki do paznokci
niech myśli że nie mam grzywki
poruszam się, żeby zużyć wiatr
mówię na głos, wybacz, nie wiedziałam, że jestem sama
myślałam, że to jakiś rodzaj tańca, którego nie rozumiem,
dlatego tak skupiam się na szczegółach, bardzo się ich uczę,
właściwie to mogę być w ciągu, bo zawsze mam dziury w pamięci i tylko wymyślam
coś jeszcze i jeszcze i jeszcze
tak jakby tu było, gdzieś blisko
kiedyś spróbuje opisać to bardziej ogólnie, żeby nadawało się do słuchania
na razie coś wiecznie przerywa, żyję na wdechu, przecinek,
a potem wydechu, zależy
nie patrzę, nie chcę wiedzieć, jak to brzmi
kiedyś opowiem wszystko wyraźnie, kiedy nie będę już taka zmęczona,
bo płuca odpadną, gdy sama zostanę powietrzem
przestanie mną targać i wtedy opiszę przecinek na jednym oddechu, nie zdąży mi przerwać,
poczekaj,
postawię go tutaj, pośrodku
bo znowu domagam się tlenu, a potem mam dosyć dwutlenku, zależy
na razie nie wyrażę tego inaczej, jak tylko przechodząc przez drogę
Pod palmą nikt nie jest zieloną
wysepką zalana przez morze
nikt nie jest niebieską i chciałby
odetchnąć od wody być sinym
wychodzić na ręcznik
podchodzić do lamy
mówić palmie jestem sama
Piotr Zemanek (godło: PRZESZŁOŚĆ NADCHODZI)
Agonia gołąbka pokoju
Biały gołąbek pokoju właśnie umiera. Leży na stole operacyjnym,
ale to jest operacja wojskowa. Agencje donoszą o rozległej zapaści,
choć powinny o napaści. Literówki ciągle się im jeszcze zdarzają.
Na nic zdały się wieloletnie próby utrzymywania go przy życiu;
dokarmianie, pojenie, założenie złotej obrączki, przytulne gniazdko.
Nie pomogła również reanimacja za pomocą zastrzyku gotówki,
elektryzujący masaż ptasiego serca metoda Eko-wstrząsów,
ani budzenie do aktywności mózgu wywoływaniem eksplozji
przez nieposiadające serca humanoidy z ptasim móżdżkiem.
Najczęściej były to eksplozje nienawiści, chorej zawiści i pogardy
zamienione później na drony, amunicję krążącą i pociski hipersoniczne
Brak nalotów do gołębnika spowodował osłabienie gołębich cech.
Wobec nalotów dronowych, nie był w stanie z nimi konkurować.
Oliwna gałązka, którą trzymał w dziobie, wypadła właśnie na bruk.
Moja Niniwa
Przepraszam, że zabieram ci czas,
sam nie mam go już zbyt wiele, więc
pozwól mi zapytać o tę jedną rzecz, która
zamiast przy życiu, trzyma w niepewności.
Gdybyś znalazł u mnie tylko dziesięć dobrych wierszy,
czy nie potępisz wszystkich i nie wrzucisz w ogień?
To byłoby dla mnie piekło, gorsze niż Dantego.
Wybacz, że się ośmielę i jeszcze raz zapytam;
gdyby do tych dziesięciu zabrakło mi pięciu,
pięć nie do końca było usprawiedliwionych,
czy pozwolisz im żyć w ich ziemi obiecanej?
Nie gniewaj się, proszę, gdy jeszcze raz
będę cię niepokoił i zawracał głowę.
Gdybyś dostrzegł u mnie choćby jeden dobry wiersz,
czy go uniesiesz, nie dasz spłonąć z innymi?
Gdyby to była jedna fraza, jedno słowo prawdziwe,
czy wyciągniesz rękę, nachylisz ucho?
Elegia o starym człowieku
Kiedyś potrafił zatrzymać światło, którym opowiadał historie
klatka po klatce, niczym w kalejdoskopie z dzieciństwa.
Umiał patrzeć w lustro jak w wodę, odbijała światło i cienie.
Wysyłał to światło do ludzi, zarzucał wędkę. Podchodzili blisko.
Kiedyś zaklinał powietrze, budząc się do życia vibratem trąbki
a muzyka wlewała się między ludzi, ponad domy i miasta,
budując mosty, oświetlając drogi, ogrzewając wnętrza.
Dziś gołębi puch przysiadł na głowie. Pożegnał połowę siebie,
tę, z którą był zrośnięty od pierwszego krzyku i tę, z którą
przeżył wszystkie wiosny i jesienne w swingowym rytmie.
To o czym marzyli, tęsknąc, przyszło jakieś niewydarzone.
Nauczyli się kochać je jak swoje, ale dar nieba stał się udręką.
Kiedy zimny wiatr przebiegł przez dom i zabrał wszystkie głosy,
zgasły w nim światła. Izby wypełniła cisza, ciało zdrewniało
teraz dłonie niezgrabnie dotykają instrumentu, z trudem
dzielą oddech. Mógłby go już zatrzymać, ale wie, zostały
czyjeś pisklęta, które muszą dorosnąć, więc szykuje śniadania,
wyprawia je do szkoły. Wieczorami opowiada świat, ten który
powinny zapamiętać, zabrać w drogę, żeby z niej nie zeszły
i żeby umiały trafić do niego, gdy trzeba będzie zapalić znicz.
Brama
przyszedłem z pusta miską jak żebrak, po to nic, które ci zostało
i teraz jestem twoim królem, z całym moim ubóstwem.
otworzyłaś swoje pałace, ograbione ze złota i marmurów,
położyłaś pod nogi niebo, w którym spłowiał błękit
a mimo to, stoję z miską pod bramą zachwytu i czekam
wierząc, że stanie się cud przemienienia i umrze czas
Jolanta Hildebrandt Mazurek
Urodziła się w Polsce, jednak większość życia spędziła w Australii. Ukończyła studia na Wydziale Archeologii na The Sydney University, następnie podjęła studia magisterskie na Wydziale Szkolnictwa i Edukacji.
W twórczości poetka łączy doświadczenia obu kultur, polskiej i australijskiej, a jej poezja zyskała uznanie krytyków za subtelną grę językową i głęboką refleksję nad naturą człowieka, jego miejscem w świecie, samotnością oraz przemijaniem.
Jej twórczość jest w przygotowaniu do publikacji na Wydziale Filologii Uniwersytetu w Łodzi. Poetka jest też aktywną członkinią australijskiego klubu poetyckiego Poetralia, w ramach którego prezentowała swoje wiersze na spotkaniach literackich, programach radia SBS i festiwalach poetyckich, zdobywając sympatię słuchaczy i publiczności.
Emigracja
na szarym warszawskim peronie
dworca kolejowego
już drżąca z tęsknoty
wstydliwie ocierasz łzy
w nich cały mój strach
myśl niepojęta że to nie sen
z turkotem kół
kłębuszek matczynej miłości
coraz mniejszy
już nie możesz usłyszeć
moich słów
będę pisała
mamo
nie wiedziałam
że umiesz płakać
Christmas Jazz albo bożonarodzeniowa kantyczka
Ocieram pot z czoła
nad makowcem lata pszczoła
wigilijne zapachy w nieznośnym upale
przed domami
plastikowe krasnale
To jest bez sensu
gdzie jest Australia
gdzie Polska
matka święta
ojczyzna boska
Po co to wszystko
tradycja niepokoi
topiąc się od upału
plastikowa choinka
w tym upale stoi
Za oknem
drzewa kwiatem oprószone
śpiewem cykad roztańczone
eukaliptus tereticornis
jakby zaklęcie
w świąteczno-nowoczesnym
australijskim zamęcie
Eukaliptusowe płatki udają śnieg
wirują w dół drzewa
nucę polskie kolędy
tu gdzie zielone liście
trącają nabrzmiałe od słońca
gum–nutowe kiście
to tu jest śmieszne
Świat do góry nogami księżyca
wsłuchana w serc bicia
czy to nostalgia
pociąga smyczkiem
nie to cykad muzykowanie
świąteczny koncert
Christmas jazz
pod Krzyżem Południa
w upalną noc
w ten niezwykły czas
Uliczka
niebiesko-zielona
paruje olejkiem eukaliptusowego bezładu
na jej końcu dom
mój dom
skąpany w cykaniu ośmielonych gorącem owadów
cyt tak cyt cyt tak tak cyt
taniec godowy leśnych istot
szelest złotych skrzydeł na niby
miliony iskier w zachodzącym słońcu
czas nieprawdziwy
podniebne białe latawce kakadu
łapią resztki brzoskwiniowego światła
wrzeszcząc układają na niebie pasjanse
jeżeli ktoś kiedyś przyjedzie do mnie z Warszawy
chociaż koła tu pod oknem nie turkoczą
spróbuję go przekonać uliczką z eukaliptusową mocą
i tymi ptakami
i tymi owadami
Babcia mi mówiła
Polak rodzi się patriotą
dlatego tęsknię
smutno tęsknię
zamykam się w sobie
wiem że cierpimy obie
Tęsknotą gdzie wiatr mieszka
nieznane drzewa trawy niebo i starość
obce ptaki i tylko polskie słowa
nadają im tożsamość
Obrazy zamazane troską
kim teraz jestem
czym jesteś dla mnie Polsko
Tu słońce praży tęsknota boli
bycie Polką to ponad siły
ciężar noszenia symboli
Bronię się
nowego słuchaniem
nowego patrzeniem
Na górze mapy
na północ wolno palcem
piętnaście tysięcy kilometrów
obok pies w koszyku chrapie
a tam już Polska
Pantomima na Antypodach
Tańczące witraże cieni
wino na stole szept
jeszcze niemiłosny żart
nie slogan
Ogłupiała z tej miłości
jednym oddechem
pochłaniam twoje słowa
a one jak chleb jak woda
bo kocham takim właśnie kochaniem
Tu i teraz na Antypodach
kielich wina ci podam
we wrzaskliwie upalną noc
z cykadami w buszu
w samotności
w obcości
w ciszy
Czy wiesz że nic nas już
nie może wytłumaczyć
nawet wirująca na wietrze firanka
czy księżycowa upalna noc
wiatr który miał tę świecę zgasić
Zasyczał złowieszczo knot
z nadmiaru łez i trosk
pantomima cieni na ścianie
nasz ostatni taniec
Podróżniczka
Stoję
a nadal idę dumnie
po moc z kamienia
gdzie dusza mieszka
gdzie nie ma nadmiaru
i samotności w tłumie
Idę już jestem
podróżniczką każdego dnia
z pięknem w tajemniczości
doświadczeniem schowanym
w snach
Dotykam już dotknięte
przestrzeń zablokowana
więc oduczam się siebie
kontroli świata
i boga w niebie
Wzięte
a jednak sięgam
groteskowe męstwo
nadmiar rodzi deficyt
po co szukać
i ciągle sięgać po nowe
Elżbieta (Ela) Chylewska
Szczecinianka. Od wielu lat zamieszkała w Sydney/Australia. Bibliotekarka, poetka, propagatorka kultury polskiej na antypodach.
Członkini Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie w Londynie oraz grupy poetyckiej Poetralia w Sydney.
Autorka trzech tomów poetyckich: „Apetyt na raj”, „Za bramą raju” i „Pod skrzydłami”. Swoje wiersze publikuje w czasopismach, antologiach oraz na portalach internetowych.
Od ponad 20 lat jest aktorką Teatru Fantazja w Sydney. Współpracuje z polską sekcją radia SBS (Special Broadcasting Service) w Sydney i z radio Express, The Australian-Polish Magazine.
australia
cień kangura
powolny
jak oddech ziemi
liść eukaliptusa odbija
promienie
światło wpada
między skały
między pióra
ptaka
aż po horyzont
* * *
podziwiam cień kangura
powolny jak oddech ziemi
podziwiam
liście eukaliptusa
ich medyczną moc
podziwiam
drganie promieni światła
między skałami
między piórami wołoszka
podziwiam
ciebie Australio
aż po horyzont
moich myśli
aborygeni
w nadziei
na pojednanie
aborygeni palili
liście eukaliptusa
rytualne słowa
wyrywali
z rozpalonych
do czerwoności serc
popiołem zasypywali
czarne blizny
historii
Cape York
na dalekiej północy
dzikiego kontynentu
nie strzyka w kościach
zawroty głowy
pojawiają się jedynie
na widok spektakularnych
krajobrazów
niedogodności namiotu
zmieniają się w
w codzienną gimnastykę
ciało wita
pierwsze promienie dnia
w pozycji czworonożnego
ssaka
i wyje z zachwytu
modlitwa
w leśnym kościele
modlą się ptaki
o wolność
o soczyste dżdżownice
o to by nie wyrąbali drzew
żeby nie natknąć się na
człowieka
bumerang
łatwo rzucać słowa na wiatr
puszczać jak bumerang
nie czekać powrotu
większość i tak
nie wraca
wraca
ból
któremu
bezmyślnie
rzucone słowa
ostro przecinają
niewinne powietrze
zmieszane do utraty tchu
wielkanoc
w dalekiej Australii
wnuki malują pisanki
biedronka w czerwonej sukience
dwie tęcze
gałązki zielonych liści
kwiaty
tyle życzeń w owalnych obrazkach
nadzieja
pokój
szczęście
moc dobra baranka
piąta rano
stoję w oknie
szare komórki
nabierają kolorów
kwitnącej jakarandy
jej kwiat
spadający na głowę
to szczęście
idę na spacer
drzewo
unosisz wysoko gałęzie
nie chcesz ranić
kwiatów
każdej wiosny
rozkwitają bezpiecznie
u twoich stóp
Eliza A. Falkiewicz
Poetka, pieśniarka, autorka tekstów, melodii, programów poetycko-muzycznych oraz recenzji teatralnych.
Emigrantka okresu Solidarności. Pisze „od zawsze”, a wydaje od 2018 roku. Pomysłodawczyni i współzałożycielka klubu poetów POETRALIA. Członkini Stowarzyszenia Autorów Polskich O/ II Warszawa.
Aktorka Teatru Fantazja. Absolwentka Uniwersytetów Warszawskiego i Sydnejskiego. Zbiory poezji: Lekcje Miłości (WFW), Jestem kobietą i Kołysanka dla Mamy (Anagram). W przygotowaniu polsko–angielski zbiór Między światami w tłumaczeniu autorki.
W Australii publikowała w „Expressie”, „Tygodniku Polskim” i „Pulsie Polonii”. W Polsce w Antologiach: Metafora Współczesności; Granica, Pamięć (SAP); Wędrujące Pióra (Literary Waves Publishing); Peron Literacki. Jej esej o poezji ukazał się w książce „Poezja to Nomadka” (Anagram, 2022).
Od 2013 współpracownik literacki waszyngtońskiego Ambassador Theater ICC. W latach 2014-2016 autorka recenzji teatralnych dla DCMetroTheatreArts.
Eliza A. Falkiewicz
Dwie ojczyzny
Wędruję
z półkuli na półkulę
rok w rok nieustannie
pod butem tęsknoty.
Gdziekolwiek podążam
przenoszę was w sobie
choć to wy matkami
a ja waszym dzieckiem.
Słyszę
szum Bałtyku
tasmańskiego morza
brodząc w wodzie
spoglądam pod nogi.
Odbicie stóp na brzegu
tak samo zanika
z drobnego piasku
Złotych plaż
Czuję
zapach bukietu
ze bzu i frangipani
jak wiosna i jesień
jednocześnie dane.
Splecione ze sobą
jak dwie wasze mowy
które jednym językiem
stały się po latach.
Widzę
burego zająca na ziemi
mych dziadków,
który jak kangur zastyga
i unosi głowę.
Brzuchate kukabury
w pościgu za myszą
niczym kot Filemon
z mojej pierwszej bajki.
Myślę o Was z wdzięcznością
i tak pozostanie
jedną stałyście się
ojczystą przystanią.
Tylko groby przodków
w pierwszej mojej ziemi
na zawsze zostaną.
Między światami
dzika pora życia
omija zimy
i przedłuża lata
o wiosnę nie dba
martwiąc się na zapas
czy zdąży zobaczyć
złotą polską jesień
jedną nogą w deszczu
drugą w piasku plaży
o dziwnych godzinach
śniąca w samolotach
czasami przysiada
na bezpańskiej chmurze
skarżąc się wiatrowi
na cygański żywot
Krzesła po Babci
Na dwóch kontynentach przyszło mi żyć
Przy dwóch stołach jeść na dwóch łóżkach śnić
Tam gdzie mnie nie ma i zamknięte drzwi
Życie trwa dalej tylko sąsiad śpi
W warszawskiej szafie plotkują ubrania
Marząc o ciałach i zapachu prania
Szczotki do zębów pogodzone z losem
Dziwią się paście zbuntowanej w proszek
A mydło bez przerwy ze złości się pieni
Tyłem odwrócone do smutnych grzebieni
Jedynie krzesła po babci szczęśliwe
Od trzech pokoleń w tej samej rodzinie
Inne w tułaczce po antykwariatach
A one wdzięczne czekają do lata
Powrót
Bzy moje, gdzie wasze kwiaty?
Spóźniłaś się kochana
pękając od soków
mdlejąc od swej woni
płatki z nas opadły
spalone przez słońce
Choć suche – jesteśmy
by powiedzieć witaj
jak w dzień twych narodzin
gdy kwilenie z okna
każdy listek słyszał
Wiesz przecież jak bardzo
czekamy na ciebie
modląc się by granic
nie zamknięto nagle
udało się! jesteś!
Znów tańczą firanki
w uśmiechniętych oknach
czajnik w kuchni śpiewa
w rytm piosenki z radia
kurz wiruje w kątach
A ty znowu w oknie
napawasz się wonią
swojego dzieciństwa
Piąta pora roku
jak ja nie do pary
ciągle pomiędzy z naturą na bakier
gości się we mnie nie bacząc na aurę
mrozi w pełnym słońcu w deszczu ogniem pali
lżej mi z nią teraz kiedy świat zwariował
i ziemia powoli poddaje się w bólach
tęskniąc razem ze mną za prawdziwym latem
za wiosenną wiosną za dzieciństwa rajem
Wojna
Wojnę znam – z rodzinnych opowieści
z historii, cmentarzy wojennych
muzeów, filmów, wierszy Baczyńskiego
Wojnę znam – była na mej ziemi
Przeklęta ciągle gdzieś zabija
wpisana w życie wybucha na nowo
jak łzy bezradności
stary wróg się zbliża
śmierć i strach na ziemi sąsiada
wojnę czuję w każdej tkance ciała
Oaza nie-pokoju
w cieniu drzewa jak kot się rozciągam
powoli ospale z szacunkiem dla chwili
oczami sennymi zamykam przestworza
życia śmierci szczęścia rozpaczy
pokoju i wojny
muszę udawać że uszy nie słyszą
oczy nie widzą pamięć nie pamięta
że ziemia obok mojej wyje głosem matek
płacze głosem dzieci świszczy głosem kul
pali ogniem wstydu
Po mojej stronie
Podszyte głodem haftowane strachem
zabarwione krwią i utkane z kul
Zielone granice żelazne kurtyny
trzymają porządek i zadają ból
Po mojej stronie spokojnie i cicho
ciasto i pachnący bez
W gardle ściska między kęsami
kiedy w oczy wchodzą twarze pełne łez
Poeci
między nocą a dniem
duszą i ciałem
niebem i ziemią
piekłem i rajem
między myślą a słowem
głową i sercem
kłamstwem i prawdą
śmiercią i życiem
między wierszami
ukryci
Rzadko piszę o radości
nie powala mnie z nóg
nie przykuwa do krzesła
nie zalewa ciszą
przylatuje z furkotem
daje mi skrzydła
i porywa chichocząc
i jak tu skoncentrować się na słowach
gdy mnie tarmosi i łaskocze
Czas na odpoczynek
Poezjo duszo moja czas na odpoczynek
pierwsza gwiazda sama poemat napisze
lampki na choince chórem z kukaburą
wyśpiewają stare świąteczne kantyczki
nadejdzie tęsknota za zimą dzieciństwa
czułością spojrzeń przy rodzinnym stole
przywoła wspomnienia zamilknie wraz z nocą
by wysłuchać wierszy spisanych przed laty
Anna Buchalska
Urodziła się 1985 roku w Kutnie, gdzie nadal mieszka. Z wykształcenia jest dyplomowaną masażystką.
W roku 2008 wydała debiutancki tomik poezji „Ścieżką przez szarość” recenzowany m. in. przez Redakcję Kwartalnika „Kozirynek”. W roku 2011 wydała tomik poezji „Klucz”, zaś w roku 2013 wydała tomik poezji „Łzy. Łezki. Arabeski”, a w roku 2016 czwarty tomik poetycki: „Szeptem”. Jej utwory były publikowane w albumach poetyckich: „Bezsenność nocy czerwcowych”, „W kadrach poezji... myśli zebrane”, „Wigilijne pojednanie”, „Szeptem o miłości”.
Miesięcznikach: „Nasz Dom Rzeszów”, „Gazeta Kulturalna”, „Libertas”.
Kwartalnikach: „Kozirynek”, „Nadwisłocze”, „Kwartalnik”, „Nestor”, „Variart”, „Mole” w almanachach poetyckich Stowarzyszenia Literackiego „Witryna” – „Spojrzenia 4”, „Spojrzenia 5”, „Spojrzenia 6”, almanachach pokonkursowych „Wrzeciono 2009”, „Wrzeciono 2010” „Wrzeciono 2012”, „Wrzeciono 2014” i „Wrzeciono 2016”, a także w antologii „Poetyckie Powidoki” i „Metafory Współczesności”.
Jej wiersze były również tłumaczone na język słowacki i publikowane w słowackim magazynie dla młodzieży „Dotyky”. W roku 2009, 2012, 2014 i 2016 otrzymała wyróżnienie, a w roku 2010 I nagrodę w Międzynarodowych Spotkaniach Poetów w Nowej Sarzynie. W 2016 roku w Kutnie w ramach XII Złotego Środka Poezji, zdobyła wyróżnienie w X Otwartym Konkursie Jednego Wiersza im. Pawła Bartłomieja Gruca.
Fot. autorki: https://www.facebook.com/anna.buchalska
Anna Buchalska
umiłowanie poezji
rozkładam ramiona łaknąc
skrzydlatej poezji
Wiecznie zakochana stoję w nędznych szatach
Rozkładam ramiona wydychając
Poezję o złamanym skrzydle
Wiecznie zakochana stoję w nędzy nagości
istnienie
kiedy wena budzi pragnienie dłoni
korona spada z głowy
staję się ćmą
co szamocze się za białą firanką w nocnym tle
przy oknie ubogim w klamki
rodzi się istnienie
Kiedy wena przestaje majaczyć pod kopułą pomyślunku
staję na koronie górskiego grzbietu
staję się szaleńcem rozkładającym ramiona
wolność syta w okna pełne klamek
umiera istnienie
Bronek z Obidzy Kozieński
Urodził się w 1963 roku w Obidzy, pracuje w budownictwie, z zamiłowania – poeta. Pierwsze wiersze powstały w 2007 roku. Publikowane są w prasie lokalnej i ogólnopolskiej oraz na poetyckich portalach internetowych. Laureat konkursów poetyckich. Jego twórczość obejmuje głównie tematykę górską, ale nie brak w niej również rozważań na temat życia i człowieka.
Fot. autora: https://www.facebook.com/bronek.kozienski
Bronek z Obidzy Kozieński
„Wesele” 2020
Choć miałeś kiedyś złoty róg.
Powoli ci go zabierają,
bo sam sprzedajesz go za sznur
i maskę, co ci zakładają.
Po ustach przyjdzie czas na resztę.
Taki niewinni psi kaganiec,
bo w końcu jesteś czyimś pieskiem
i sam się na to godzisz chamie.
Co pozostawisz synom córkom.
Marny poddańczy niewolniku,
gdy kiedyś ujrzą cię ze sznurkiem
pod historyczną szubienicą.
Pod nią, bo nie ty będziesz wisiał,
lecz ciągle klęczał u stóp pana,
co czapkę z piór ci przyobiecał,
aby dopełnić obraz chama.
Na połoninie palą się trawy
Wiesz jak podpalić, by nie zgasło?
Nie zapalniczką. Karabinem.
Grzmotnąć, tak jakby piorun trzasnął.
Tak masz podpalić połoninę.
By się przebudził Anioł Pański.
Kudłaty niedźwiedź nad Wetliną.
Przewrócił w grobie duch pohańca.
Tak ma się palić połonina.
Powtórz mi teraz, co gadałem.
Zaczekaj trawa to nie zając.
Polej mi brachu pełną szklanę.
Polej, bo karczmę zamykają.
Nazywam się Wuhan
Wierzę, że kiedyś mi wybaczą.
Lepszą wystawią ocenę,
wszyscy, co dzisiaj w rozpaczy,
że ocaliłem im ziemię.
Wiem, że ci trudno uwierzyć,
lecz może gdybym nie przyszedł,
już jutro wybuchłaby wojna.
Ludzie przestaliby słyszeć.
Tak! Jestem krzykiem tej ziemi,
jej oceanów powietrza
proszącym o przebaczenie:
Gdy nazywacie mnie śmiercią.
Stefan Michał Żarów
Poeta, animator kultury, publicysta, eseista i krytyk literacki, współtwórca i wiceprezes Mieleckiego Towarzystwa Literackiego, były długoletni wiceprezes Regionalnego Stowarzyszenia Twórców Kultury w Rzeszowie. W dniu 17 września 2019 r. decyzją Prezydium Zarządu Głównego ZLP przyjęty w poczet członków Związku.
Wiersze i artykuły publikuje w prasie krajowej i zagranicznej, na portalach poetyckich, wydawnictwach zwartych, rocznikach historycznych i uniwersyteckich, wydawnictwach elektronicznych, w tym: Poezja dzisiaj, Akant, Własnym Głosem, Biały Orzeł, Semper Fidelis, Podkarpacka Historia, Nasz Dom Rzeszów, Zeszyty Wiejskie UŁ, Rocznik Historyczny MRL, Kamerton, Barbizon Wiśniowski, Nadwisłocze.
Debiut prasowy wierszem Nokturn w 1984 roku. Wcześniejsze publikacje bezdebitowe.
Autor zbiorów poezji: Spotkania w rejsie (2001), Na krawędziach rozciągłości (2005), na Styku cieni (2016), Itaka Odyseusza (2016), na Skraju podróży (2017), Inez (2018), Kurtyna kolorowych szkieł (2018) oraz książki Podkarpackie Ślady Pegaza – eseje, recenzje i omówienia, z kart historii (2019).
Brał udział w ponad 50. antologiach, almanachach i albumach.
Stefan Michał Żarów
wypadki wczesnowiosenne roku 2020
rozmawiam z doktorem Bernardem Rieux
wspominamy pierwsze oznaki
tego co miało przyjść później
To co się zdarzyło
polemika skraca czas
płynne przekracza Rubikon
wzrastają liście
wiosnę pokrywa przebudzenie kosa
Oran był miastem bez podejrzeń
na wskroś nowoczesnym
takim jak nasze miasta
obydwaj wystrzegamy się drobiazgowości
szczury a nietoperze
wyjątek stanowił brak szerokopasmowego internetu
taki szczegół
obecnie istotny w okresie pandemii
Rzeszów 2020
mostek w Giverny
zachód słońca
kładzie purpurę na nenufarach
płonie wodna tafla
bieli
różu
kremu
dojrzałe ginkgo i owoce japońskich drzewek
pokrywają nieboskłon
irysy
tuberozy
róże
pomieszkują na blejtramach paletą barw
wędrują strzeliste topole
okalające dotąd nurt rzeki Epte
lato kładzie cienie nadchodzącej jesieni
Monet odsłoniwszy świat wodnych dywanów
kreuje mistrzowskie impresje
Normandia - Giverny 2019
Strona 1 z 2














































































































































































































































































































