Nowości książkowe

  

Plakat

Konkurs literacki „O Laur Jabłoni 2026” w Grójcu 

 

Rozstrzygnięto XLVI Konkurs Literacki „O Laur Jabłoni 2026” w Grójcu. Jury w składzie: Andrzej Dębkowski – przewodniczący, Paweł Łęczuk i Zbigniew Milewski – członkowie, na posiedzeniu on-line w dniu 26 czerwca 2026 roku postanowiła przyznać następujące nagrody i wyróżnienia:

 W konkursie głównym „O Laur Jabłoni 2026”:

I nagroda (900 zł) – godło Chipsy – Agata Campr z Warszawy;

II nagroda  (700 zł) – godło Śmierciarka – Mirosław Gabryś z Cieszyna;

III nagroda (500 zł) – godło Niezapominajka – Katarzyna Wiktoria Polak z Krakowa.

 

Jury postanowiło także przyznać trzy równorzędne wyróżnienia po 300 złotych:

godło Penelopa – Anna Piliszewska z Wieliczki;

godło Plastik – Alicja Dydyna z Wrocławia;

godło Przeszłość nadchodzi – Piotr Zemanek z Bielsko-Białej.

 

Przyznano również Nagrodę specjalną w wysokości 500 zł za wiersze „O tematyce Grójeckiej”, którą otrzymał: godło MINOS – Wojciech Bober z Wodzisławia Śląskiego.

Jury stwierdza także, że XLVI Ogólnopolski Konkurs Poetycki „O Laur Jabłoni 2026”, organizowany przez Miejsko-Gminną Bibliotekę Publiczną im. W.S. Laskowskiego w Grójcu, jest wydarzeniem o ugruntowanej renomie i znaczącej pozycji na mapie ogólnopolskich konkursów literackich.

Czterdziesta szósta edycja potwierdza trwałość tej cennej inicjatywy, która od 1980 roku służy promocji poezji, odkrywaniu nowych talentów oraz upowszechnianiu kultury słowa. Jury z uznaniem podkreśla również rolę konkursu w popularyzowaniu dziedzictwa Ziemi Grójeckiej oraz inspirowaniu twórców do podejmowania tematów związanych z jej historią, tradycją i wyjątkowym krajobrazem.

 

I miejsce Agata Campr (godło:Chipsy)

neuroPunk

 

Ma w tej dopaminie coś jeszcze, rozpuszczony

jakiś olej, bo jej gęstość przekracza normę.

Dogmat ciężaru pływa. Ile witamin w marzeniach? Za mało

wapnia, Tym marzeniom kości

nie wyrosną. Poprawić.

 

W układzie kary zagnieżdżona zwrotnica wyprodukowana

przez „bic”a”. Pośród długopisów i maszynek do golenia

przekorny typ, który kocha nagrody im. Zdarzeń Losowych.

Real crime zapchany chipsem paprykowym, co cebulowemu

życie złamał. Chrupały zębatki. Zdrowie się

rozpuszcza w ustach.

 

Serotonina wraca. Ona nie będzie się ciągle

oddawać obcym synapsom. Ona się czuje dobrze

 w stałym chemicznym związku. Samica alfa

 ciągnie za kąciki ust. Powaga nie pasuje

 do twarzy

 

Nerwowe oczy. Nic w człowieku

nie jest połączone

spokojem. Chcą by dobrać buty

pod kolor skóry

 

 

Miniamen

 

gdy zasłabliśmy wszyscy kradnąc z naprzeciwka bluescreen,

kiedy w biegu do nieprzytomności uprzytomniliśmy sobie,

że czasem to jedyny sposób; gdy nas zawiesiło na miniamen,

rozgrzewkę godziny – wtedy nie umieliśmy inaczej

 

ciało samo hibernuje od czasu do czasu, ale nie wskutek

prośby. tylko, kiedy ciągnie się za dźwignie zębów mądrości.

na trytytkę się z człowiekiem zespaja ranę. przeszczep

z zaświatów.

nie wszystko pod powiekami powinno

zostawiać

 

niektóre vulnusy tak się rozrastają, że z nich trzeba

uciekać, nie oglądać się, bo inaczej

będziesz słupem soli

na tę ranę

 

nie patrz, nie patrz. szkoda marnować

na to pamięci

w oczach.

 

 

Gojenie

 

kiedy się zabliźniam i lecą ze mnie bandaże

to w moich liniach demarkacyjnych jest

przedświąteczny ruch

ciało jest szybciej niż zwykle kiedy musi

coś poprawić ciało leży żwawiej

kiedy w trakcie snu poleruje

i oblizuje kostki

 

przeżyłam już natarcie bloków

operacyjnych i impulsy nerwowe które

zbyt szybko rozłączały dialogi

słowa zbyt pojemne choć

format standardowy

miałam na pieńku z myślami

po których zostały

wyłącznie pnie

 

zabliźniam się starannie bez

pośpiechów wpisanych w czekanie

te kule mogłyby zamiast mnie

chmury podziurawić żeby modlitwy

miały jak przejść

 

 

Nerw

 

w bardziej nerwowych

układach nerwowych jest więcej maści

wszelakiej. czas przychodzi do nich przypadkiem

i wywala całą donicę. kwiat, by

wyrosnąć z tej ziemi, potrzebowałby

 

żurawia. w drugich policzkach przedłużona

rozgrzewka, pół pośladka wypięte do końca.

jesteśmy gotowe na pełne

 

tętno. przywidzenia w niektórych układach

mają drzwi obrotowe

i z półobrotu wchodzą.

czasem bola nas stawy, w których

pływają kości

prawdziwych ludzi

 

 

Studia

 

Byłam studentką znakomitą, a z laurem z saszetki;

psychologia jawy mi się śniła po nocach, potem

jej szukałam w skryptach. wycinek mojego stypendium

do histopatologii nosiłam, żeby sprawdzić

jak przelew wpłynął na

stan

 

Te kolosy nie były jakieś straszne. Kwantowa fizyka

pytań dowodzi, że każde ma odpowiedź do pary.

Trzeba je umieć odpowiednio połączyć.

Znam pępowiny

 

Lustro mi się zawieszało czasem

przed wyjściem, a na wyjścia musiałam

uważać, bo miałam limitowany przydział

przepustek do zwykłego realu.

 

Byłam studentką znakomitą, odsiedziałam ni to zawiasy

ni to areszt śledczy. Świat mnie nie szukał. Teraz może

da się pomacać nie przez

szkło

 

 

II miejsce Mirosław Gabryś (godło: ŚMIERCIARKA)

Leżę

 

Jak będziesz tak leżeć całymi dniami

to  życie przeminie ci bez wspomnień

i nic cię nie zaboli,

chyba że palec w drodze do łazienki

napotka coś twardego,

lecz taki ból przechodzi na jednej nodze,

szybciej niż ty,

tymczasem mowa o bólu z gumy do żucia

i flaków z olejem,

a zarazem o bólu tak dobrym, że rozwija

tego, który się zwija,

więc zostaw łóżko z serialem,

zrób coś, rusz się, leć

na złamanie karku,

niech kark też coś ma z życia.

 

 

Guma

 

Wyszliśmy, nie płacąc,

a potem w nogi na pietach z gumy,

bo pięty już nie te, a i reszta ciała

jakby się obraziła, zmarszczona niemiło,

więc gdy kelner biegł za nami,

to choć myśleliśmy, że za nami się kurzy,

on deptał nam po piętach i deptał,

jakbyśmy nie byli już dość zdeptani

i przyklejeni do asfaltu jak gumy.

Gdzie jesteś, chłopcze, radośnie odklejony

i otwarty na żucie takie, jakie jest?

 

 

Piach

 

Mam piachu po pachy

i ciągle się sypie.

Myślałem, że go wywiozłem,

medytując i afirmując.

Nawet oddychałem

według podręcznika,

a piach mieszałem z błotem

zgodnie ze wskazówkami.

Myślałem, że go wybrałem,

a to on wybrał mnie

i po mnie się wspina.

Już sięga dziurek w nosie,

już jest powyżej uszu

i poniżej pasa,

już przechodzi ludzkie pojęcie

i zasypuje nadzieję,

lecz ta ostatnia resztkami sił

sięga po komplet do piaskownicy.

 

 

Pieskie życie, mówi coach

 

Oddech to życie, więc żyj głęboko,

nie taplaj się w brodziku,

płyń po morzach i oceanach,

bądź wodołazem, nie yorkiem.

Czego się trzęsiesz na słabych nóżkach?

Czemu się dusisz, czemu toniesz

na smyczy i z kością w gardle?

Weź głęboki wdech, przytrzymaj

i wypuść z wydechem wszystko,

co ci nie służy. Spuść ze smyczy

lęk i smutek, niech zginą pod kołami,

rzuć się na radość i szczęście.

 

 

Stacja

 

Jedni patrzą na rozkład, inni tylko siedzą,

nie szukają połączenia, nie liczą na przesiadkę,

choć nigdy nie wiesz, kiedy się trafi pociąg

w pociągu. Na chwilę zaśniesz i tracisz rozum,

portfel lub jedno i drugie. Chwila nieuwagi

i siedzisz pod charczącym megafonem

z kredytem i dziećmi, a labirynt szyn układa się

w pętlę.

Będziesz błądzić na rozjazdach,

bo błądzić jest rzeczą ludzką. Będziesz tkwić

na bocznicy, samotny i nierozumiany.

Będziesz czekać na cud odjazdu, dokądkolwiek,

byle dalej stąd.

Podobno najlepiej jechać z prądem

i zaufać rozkładowi.

 

 

III miejsce Katarzyna Wiktoria Polak (godło: NIEZAPOMINAJKA)

 

parabola o dziadkowym kamieniu

 

najbardziej lubił siadać na wygrzanym kamieniu,

za skrzypiącą kotarą rozrośniętych zarośli, których nie ma

od wczoraj. wolał patrzeć z ukrycia na snujących się ludzi,

albo wawelskie wzgórze. czasem nas straszył

smokiem – jednak nikt się go nie bał.

 

jeśli z sobą miał wędkę i woreczek z zanętą, na tym

płaskim kamieniu tężał i trwał w bezruchu. łapał: zwykle

oddawał Wiśle wszyściutkie złowione leszcze – wskakiwały

ochoczo. lubiliśmy ten plusk. plotkowano na Plantach,

że nasz dziadek to dziwak.

 

aż raz hejnał mariacki zabrzmiał nieco płaczliwiej, wiatr

na Błoniach zaszlochał, wprawiając rośliny w drżenia.

w czapce z piórami pawia i w najlepszej koszuli dziadek

wspiął się po gruszy, by pokłonić się Bogu. wstęga wody w

przyblakła, pociemniały zakola, skurcz boleśnie przeniknął

serce jego kamienia.

 

 

parabola o chmurze nad Bronowicami

 

gdy letni skwar i drzewa nie nadążają

owijać w pieluszki cienia rodzące się

pąki malw, na płocie, którego nie ma,

pieje kogut i budzi

 

metafizyczną porę. światło stroi Rydlówkę

w blask i w zapach liryki. pyłki roślin

w powietrzu kręcą się jak zapaski.

 

z sekretnego wymiaru wysnuwa się

nitką dymu kształt poety, co nagle

schyla nad kartką głowę.

 

zgiełk go płoszy – więc czmycha.

dryfuje po siwym niebie

niedokończony wiersz.

 

 

parabola o drzewach na Rynku

 

drzewa szumią dorożkom i koniom w uprzężach

deszczu. lubią rzucać gołębiom i przechodniom

swój cień, czasem sennym kwiaciarkom liść

jak list cisnąć w barwne, przyklapnięte bukiety,

 

mawiał dziadek i patrzył w wielki plaster betonu

wokół wieszcza Adama i skurzonych Sukiennic.

one wrócą – zapewniał. choć kręciliśmy głowa –

przyciągnie je żal – jak magnes.

 

drzewa wrócą na Rynek – napisano w gazecie.

nie zgadnę, czy dziadek wie, skoro odszedł

za chmurę. nie ma komu ogłosić, że nim

przyjdą kasztany i przycupną

 

jak dawniej, cień rzucając kościołom, Bóg

obmyślił już korę, kształt i liści spadanie

w jesień pełną szelestów, z zielonym

rumieńcem wieków.

 

 

Grójec. jabłkowy ekspress

 

w sadach skrzypią drabiny, jabłkiem turlika

światło. w palcach kruszy się susz pierwszych

liści, pomiętych jak banknoty w kieszeniach.

 

skrzynia na skrzyni – zapach spakowany na

drogę. spakowane ogonki, miąższe, skórki,

kolory, magnetyczna zamszowość. u wozu

 

koń strzyże uchem, żuje słodycz owocu. i

naraz świśnięcia bata, trzeszczenia drewnianych

kół, histeryczne podskoki fur po ośki tonących w

 

błocku. byle do pierwszej rampy. postękuje jak

stary, zniedołężniały niedźwiedź zgnuśniała

lokomotywa, nim się zerwie, potoczy, zostawiając

 

dym żalu, ze to ostatni kurs, ze to koniec

epoki zaczarowanych sadów. czar wagonów i skrzynek

stężeje jabłkową łezką – bąbelkiem

 

kwaśnego soku.

 

 

Nagroda specjalna Wojciech Bober (godło: Minos)

Dzwonnica, Grójec

 

Dzwonnica soi z boku placu.

Nie trzeba być w środku,

żeby wszystko słyszeć.

 

Deski ściemniały od słońca.

Przy kamieniu trzyma się chłód.

Jasna droga skręca lekko

między cień i otwarty kurz.

Po sumie wychodzą ludzie,

kobiety poprawiają chustki,

mężczyzna strzepuje pył z rękawa,

dziecko przystaje przy murze.

 

Drzewa stoją wysoko.

Dalej sad bierze światło

aż po ostatni rząd.

 

Ten sam mężczyzna schodzi z placu

powoli, jakby nic nie nagliło,

ale zaraz skręci między jabłonie.

W kieszeni ma scyzoryk,

na butach cienką warstwę pyłu,

w głowie noc sprzed dwóch tygodni,

po której na ziemi leżały płatki.

Nie ogląda się na kościół.

Idzie w stronę drzew.

Przy pierwszym zatrzymuje dłoń na gałęzi,

jakby sprawdzał gorączkę.

Nic nie mówi.

Z daleka dochodzi dzwon

i zaraz cichnie w liściach.

 

 

Przymrozek

 

Nad ranem sad jest niżej niż zwykle,

jakby noc przycisnęła go do ziemi

i kazała milczeć.

 

Między rzędami jabłoni stoi ojciec,

sprawdza powietrze dłonią,

jakby można było wyczuć nieszczęście

zanim wejdzie w pąk.

 

Kwiaty jeszcze wczoraj stały otwarte,

białe, cienkie, wystawione na wszystko.

Dzisiaj każdy z nich trzyma chłód

w samym środku.

 

Od strony rowu sunie dym,

niski, ciężki, posłuszny ziemi.

W beczkach tlą się stare deski,

mokre gałęzie, trochę słomy.

Nie pali się ogień,

pali się czas kupiony do świtu.

 

Potem rusza woda.

Na gałęziach osiada lód,

przez chwilę wygląda to jak klęska,

jakby nic nie miało puścić,

ale pod cienką skórą szkła

jeszcze trzyma ciepło,

jeszcze trwa zielone.

 

Tylko wąż, pompa, kroki, para z ust.

Bo jabłko nie zaczyna się jesienią,

kiedy jest rumiane i ciężkie w dłoni,

tylko teraz,

gdy mróz chce wejść w kwiat

i zostać w nim.

 

Ten sad rodzi się z nocy bez snu,

z dymu, wody i ludzi,

którzy stoją między drzewami

aż zrobi się jasno.

 

 

Po odtajaniu

 

Rano jabłka były twarde jak śruby.

Leżały w krzynce pod ścianą obory,

każde osobno, jakby noc odjęła je od drzewa

i od tego, do czego rosły całe lato.

 

Ojciec nie naciskał palcem.

Powiedział, żeby zostawić je w spokoju,

bo od pośpiechu skórka pęka

i wychodzą ciemne plamy.

 

W kuchni kaloryfer syczał jak stara pompa.

Na parapecie odmarzał ligol, idared,

jeszcze brzmiały porządnie, handlowo,

ale pod skórą coś już puszczało.

 

Z wierzchu nic jeszcze nie pękło.

Jabłko trzymało kształt, kolor, połysk.

Dopiero kiedy matka przekroiła jedno nad zlewem,

miąższ zapadł się cicho.

 

Nie na stół, nie do skrzynki, nie na przechowanie.

Co najwyżej do tłoczni,

na sok, an przecier.

 

Ma dworze sad stał nieruchomo,

gałęzie cienkie, czarne, bez winy.

Mróz nie zrobi hałasu,

tylko zabiera rzeczom ich środek.

 

Podniosłem jedno z ziemi.

Było zimne, ciężkie, prawie piękne.

Na dłoni puściło sok

ciemniejszy niż trzeba.

 

 

Sucha droga

 

Na skraju sadu stała jabłoń.

Pod nią leżał płaski kamień,

gładki od deszczu i butów.

Czasem spadało na niego jedno jabłko.

Tylko jedno.

Nie z samego rana.

Dopiero kiedy słońce obeszło rzędy

i blaszany kubek przy studni

nagrzał się tak, że parzył w palce.

 

Ktoś wcześniej podwiązał złamany pęd,

sznurkiem zdjętym z worka po nawozie.

Przy pniu ziemia była ciemniejsza,

jak po wodzie.

 

Dziecko stałi chwilę w cieniu,

oparte o korę.

Potem wzięło owoc z kamienia,

otarło o koszulkę

i zniknęło między drzewami.

 

Za siatką droga bielała od kurzu.

Tylko liść nad kamieniem

obracał się jeszcze chwilę.

 

 

Wyróżnienia

Anna Piliszewska (godło: PENELOPA)

 

KOŁYSANKI DLA MĘŻA

ŻOŁNA

oko wody przymruża pomarszczoną powiekę. wiatr jest

gniewnym pilotem, powypłaszał z powietrza dymówki

i motolotnie. to chwila

 

niepocałunków i rozplatania rąk. słowa gasną, skulone

od nachalnych podmuchów. w wirze kurzu i liści

ślepniemy, ugięci w pół. naraz cisza

 

przed burzą. nie ocali nikogo grab obrany przez bobry

z kory sztywnych kożuchów: biały, upadły kikut śni

sam siebie – z koroną. martwy, strzeże

 

żeremi jak wieża z kości słoniowej. ozon, kłęby ozonu.

wysoko żelazny boa gryzie supeł przestrzeni. tu woda

jest architektem, spadnie na nas jak jastrząb;

rozpuści – i wypłukani z drapieżnego pejzażu, szklistą,

okrutną falą o zapachu hyzopu odpłyniemy do mórz.

módl się za nami żołno mała i przemoknięta!-

 

jeśli się rozpłyniemy, już się nie odnajdziemy.

 

 

BRZYTWA

nie opuszczaj mnie nigdy, bo rozkraczy się próżnia, bo utraci świetlistość

lamus chromych przedmiotów, bo przyjdą i zaprowadzą niedorzeczny

porządek – przestrzeń stanie się pętlą.

 

nie opuszczaj mnie nigdy, bo wylezie z otchłani wszystko, czego się boję,

bo zamarznę w podmuchach lodowego powietrza. dla ciebie zapalam

lampy i skacze nad przepaściami, zasadzam w ziemi z marketu

 

petunie i pelargonie, dla ciebie wyrywam ciernie z czającego się cienia,

powtarzam, że nie ma wojen, okrucieństwa i śmierci. chwyciłąm się

twojej ręki jak rozbitek na morzu

 

kołyszącej się brzytwy – ostrzem świat się kołysze, wzdyma sadza i sól.

nie opuszczaj mnie nigdy, bo ubędzie łagodność, pęknie laska, o której

idę, umiem się podnieść. zostaną mi tylko koty. i wiersze…

 

 

TRZY BAŚNIE

 

idzie noc; zachrobotał zakrzywionym pazurem w okna

księżyc – kołodziej, wóz zostawił

przed sadem, a na wozie ma baśnie w przepastnym,

łatanym worze. nikt mnie wcale nie pytał, czy zgadzam się

na twój sen – a ty oczy przymrużasz, kołem turla się

ciemność – tylko mi nie zasypiaj!, to je dla ciebie skradnę

i ci szeptem opowiem.

 

baśń pierwsza jest o zajączku: już wyskoczył z lusterka – i kica.

patrz!, bo to jest ten moment: w szmaragdami usianym,

łopianowym parowie, w gumo filcach do kolan stąpa młody

twój ojciec, dźwiga dwa ciężkie kosze prawdziwków albo

maślaków, a ty czekasz na łące i się bawisz lusterkiem.

żółtonogie szerszenie spełniają twoje życzenie, wystarczy że je

wypowiesz. jakie?- sam siebie pytaj, bo mnie przecież tam

nie ma. w skrawku szkła

 

widzisz dziecko, trawy sytą zieloność, a ojciec właśnie się

zbliża i weźmie cię na barana – zaniesie do drugiej baśni,

a ta baśń o miłościach. a pierwsza miłość jak koncha –

skradnie ci ją twój brat, kolejna szumi jak rzeka o przeróżnych

kolorach – niech cię, niosąc, kołysze, zanim połkną ją morza.

a ta ostatnia – z wierszy papierowym wachlarzem i zwierząt

kudłatą świtą; ona będzie cię karmić i przebierać – jak chłopca,

ona pójdzie do Boga się targować o ciebie,

ale On

- absconditus, a jej głos – mysi pisk.

 

ta trzecia baśń jest o suce, którą okrutny człowiek sznurem

przypnie do drzewa, a inny ją odwiąże; poprowadzi do

ciebie – odtąd będziesz przystanią, firmamentem i sensem,

będziesz światem – jak cyrklem mierzonym łapą i stopą… nie!,

nie opuszczaj powiek, podźwignę ich senny ciężar, niech baśń

się toczy i toczy. wiesz, dnieje – i kogut wypiał światłoczułą

godzinę – przecież na sen nie pora. chcesz?, będę Semiramidą:

jeszcze tobie na ucho tysiąc baśni opowiem. tylko mi

 

nie zasypiaj! nie…

 

 

PIES

 

ta obroża i szelki są zrobione jak trzeba: z powietrza, z mgielnego

dymu – weź, bo macha rytmicznie krótki kikut ogona. popod sierści

calunem czy słyszysz

tykanie serca?

 

zmieniłam dobre godziny w świetlisty dywan z kaszmiru – po nim

pójdzie się łatwiej. nie bój się

-z psem jest raźniej i się droga

nie dłuży.

 

wiedziałam, pies jest cierpliwy i w nadchmurzu zaczeka. teraz gdy

nie porafię dłużej zatrzymać ciebie,

przyklęknij, by zapiąć

smycz…

 

 

IS VITALIS

 

widziałam jak się wymknąłeś

z opowieści wiewiórek: kiełkowałeś orzeszkiem

w pulsowaniach przestrzeni. w leszczynowym

zagaju mgła zadarła sukienkę i trzęsły się

łydki situ

 

parowały jeziora. Bóg rozwijał rulony

trawy świętej, nieściętej. pochwalił pożogę

chmur – radłem zorzy orany rudozłoty

widno kres, rdzawe pręgi

powietrza.

 

chwytaj, chwytaj garściami!, coś krzyczało z

 jaworu. co chwytać? miliardy nasion rozhulanych

podmuchem? rześkość, co jest zdziwieniem,

jeśli dopada płuc? echa skrzypień

i dudnień?

 

zostań, zostań!, wołam do chwiejącej się

trzciny, do szerszeni, do wody ubranej w

odbite skrzydło. chcę być ważką i ostrzem

liścia, skrzekiem, ławicą. nieprawda, że szpon

krogulca pruje

 

nitki pejzażu, rozsypał się jasny puch i

pogasły latarki błyskające na bagnach. kłusownik

szablami nożyc wycina, pilnie wycina

geometryczne ściegi w jaskrawości powietrza,

rozkłada zabawki śmierci.

 

jeszcze się szkli szmaragdem oko stawu. wysoko

podniebnym, białym tramwajem bezcielesny

skowronek przemyka; dzwonkiem z powietrza

macha, macha

do snów.

 

 

Alicja Dydyna (godło: PLASTIK)

 

nie wytrzymam chwili dłużej bez tynku który się ze mnie sypie

 

kiedy mogę mieć kotka pieska chomika węża tarantulę przeginkę

kiedy mogę bozię bozię bozię

chciałbym się wiecznie zajmować

 

nie chcę czapeczki którą się składa wkłada rozkłada odkłada

chcę ubrać się w beret na główkę utonąć w szaliku no kiedy dorosnę by tonąć

kiedy mogę mieć antenkę nie chcę już tego oglądać chcę widzieć przez telewizor

przez tatę bo w środku jest św mikołaj on tylko się przebrał

jak gdyby nigdy nic małego

 takiego chcę zobaczyć!

 

z takich górek widokowych że nie trzeba być spokojnym

z takich zajęć dodatkowych że rozciąga się horyzont i wolno przychodzić w przydługim

calutkim pod jego wrażeniem, pod twoim, brevisie, my Vita

 

 

langue de chat, śniadanie kontynentalne

 

podaję się słodko jak zawsze, dzisiaj dżemy jedzą dżemy, tj. bardzo wiele siły

wziętej znikąd, kiedy podaje jak słodko znajdować na sobie koronki, jak

po schodkach z Kinder bueno same schodzą z ciepłych krajów i tak jakoś się splatają, pompony bon bony i oczka, a każde gdzie indziej zagląda, bo

różna rozpiętość zupełnie, no i kolor oczywiście, to też pewnie robi swoje,

on jeszcze gdzieś indziej, bo idąc tzw. siku zdobywa kolejne pomosty, które

zbierają się wokół strumienia, tj. bardzo wiele miejsc

 

pokoje na światach są fajne, kosmosy też spoko, zakątki

i koty w zakątkach, przedziwna statyka

przeciwko pieprzonej animizacji, o której mruczy się z tylu rzetelnych źródeł, odjazd

 

pakuję walizkę na Dżersej

fru fru j’adore, w końcu

można wygrzać tyłek

zamyka uchwyty na kołdrze, na misiu, na jednym spojrzeniu, o którym

nie słychać już nic od miesięcy, więc kołdra we wzorki zostaje

 w plamki, w ciapki, miś na kółkach,

                                                               łaty

powinno wystarczyć długości rękawa

kiedy modystki zaproszą na futro

konieczne pójść trzeba na futro

 

 

by moje wyjście myślało że wyglądam do ludzi

będę chodzić do fryzjera

codziennie zasiadać tuz przed nim

mówić proszę nic nie ruszać

zostawiać pieniądze

 na farby do drewna

 na szczotki do kibli

suszarki do naczyń

nożyczki do paznokci

 

niech myśli że nie mam grzywki

 

 

poruszam się, żeby zużyć wiatr

 

mówię na głos, wybacz, nie wiedziałam, że jestem sama

 

myślałam, że to jakiś rodzaj tańca, którego nie rozumiem,

dlatego tak skupiam się na szczegółach, bardzo się ich uczę,

właściwie to mogę być w ciągu, bo zawsze mam dziury w pamięci i tylko wymyślam

       coś jeszcze i jeszcze i jeszcze

tak jakby tu było, gdzieś blisko

 

kiedyś spróbuje opisać to bardziej ogólnie, żeby nadawało się do słuchania

na razie coś wiecznie przerywa, żyję na wdechu, przecinek,

a potem wydechu, zależy

nie patrzę, nie chcę wiedzieć, jak to brzmi

kiedyś opowiem wszystko wyraźnie, kiedy nie będę już taka zmęczona,

bo płuca odpadną, gdy sama zostanę powietrzem

 

przestanie mną targać i wtedy opiszę przecinek na jednym oddechu, nie zdąży mi przerwać,

poczekaj,

 

postawię go tutaj, pośrodku

bo znowu domagam się tlenu, a potem mam dosyć dwutlenku, zależy

 

na razie nie wyrażę tego inaczej, jak tylko przechodząc przez drogę

 

 

Pod palmą nikt nie jest zieloną

 

wysepką zalana przez morze

nikt nie jest niebieską i chciałby

odetchnąć od wody być sinym

wychodzić na ręcznik

podchodzić do lamy

mówić palmie jestem sama

 

 

Piotr Zemanek (godło: PRZESZŁOŚĆ NADCHODZI)

 

Agonia gołąbka pokoju

 

Biały gołąbek pokoju właśnie  umiera. Leży na stole operacyjnym,

ale to jest operacja wojskowa. Agencje donoszą o rozległej zapaści,

choć powinny o napaści. Literówki ciągle się im jeszcze zdarzają.

 

Na nic zdały się wieloletnie próby utrzymywania go przy życiu;

dokarmianie, pojenie, założenie złotej obrączki, przytulne gniazdko.

Nie pomogła również reanimacja za pomocą  zastrzyku gotówki,

elektryzujący masaż ptasiego serca metoda Eko-wstrząsów,

ani budzenie do aktywności mózgu wywoływaniem eksplozji

przez nieposiadające serca humanoidy z ptasim móżdżkiem.

Najczęściej były to eksplozje nienawiści, chorej zawiści i pogardy

zamienione później na drony, amunicję krążącą i pociski hipersoniczne

 

Brak nalotów do gołębnika spowodował osłabienie gołębich cech.

Wobec nalotów dronowych, nie był w stanie z nimi konkurować.

Oliwna gałązka, którą trzymał w dziobie, wypadła właśnie na bruk.

 

 

Moja Niniwa

 

Przepraszam, że zabieram ci czas,

sam nie mam go już zbyt wiele, więc

pozwól mi zapytać o tę jedną rzecz, która

zamiast przy życiu, trzyma w niepewności.

Gdybyś znalazł u mnie tylko dziesięć dobrych wierszy,

czy nie potępisz wszystkich i nie wrzucisz w ogień?

 

To byłoby dla mnie piekło, gorsze niż Dantego.

Wybacz, że się ośmielę i jeszcze raz zapytam;

gdyby do tych dziesięciu zabrakło mi pięciu,

pięć nie do końca było usprawiedliwionych,

czy pozwolisz im żyć w ich ziemi obiecanej?

 

Nie gniewaj się, proszę, gdy jeszcze raz

będę cię niepokoił i zawracał głowę.

Gdybyś dostrzegł u mnie choćby jeden dobry wiersz,

czy go uniesiesz, nie dasz spłonąć z innymi?

Gdyby to była jedna fraza, jedno słowo prawdziwe,

czy wyciągniesz rękę, nachylisz ucho?

 

 

Elegia o starym człowieku

 

Kiedyś potrafił zatrzymać światło, którym opowiadał historie

klatka po klatce, niczym w kalejdoskopie z dzieciństwa.

Umiał patrzeć w lustro jak w wodę, odbijała światło i cienie.

Wysyłał to światło do ludzi, zarzucał wędkę. Podchodzili blisko.

Kiedyś zaklinał powietrze, budząc się do życia vibratem trąbki

a muzyka wlewała się między ludzi, ponad domy i miasta,

budując mosty, oświetlając drogi, ogrzewając wnętrza.

 

Dziś gołębi puch przysiadł na głowie. Pożegnał połowę siebie,

tę, z którą był zrośnięty od pierwszego krzyku i tę, z którą

przeżył wszystkie wiosny i jesienne w swingowym rytmie.

To  o czym marzyli, tęsknąc, przyszło jakieś niewydarzone.

Nauczyli się kochać je jak swoje, ale dar nieba stał się udręką.

Kiedy zimny wiatr przebiegł przez dom i zabrał wszystkie głosy,

zgasły w nim światła. Izby wypełniła cisza, ciało zdrewniało

 

teraz dłonie niezgrabnie dotykają instrumentu, z trudem

dzielą oddech. Mógłby go już zatrzymać, ale wie, zostały

czyjeś pisklęta, które muszą dorosnąć, więc szykuje śniadania,

wyprawia je do szkoły. Wieczorami opowiada świat, ten który

powinny zapamiętać, zabrać w drogę, żeby z niej nie zeszły

i żeby umiały trafić do niego, gdy trzeba będzie zapalić znicz.

 

 

 

Brama

 

przyszedłem z pusta miską jak żebrak, po to nic, które ci zostało

i teraz jestem twoim królem, z całym moim ubóstwem.

otworzyłaś swoje pałace, ograbione ze złota i marmurów,

położyłaś pod nogi niebo, w którym spłowiał błękit

a mimo to, stoję z miską pod bramą zachwytu i czekam

wierząc, że stanie się cud przemienienia i umrze czas

 

 

  

Plakat

Jolanta Hildebrandt Mazurek 

Urodziła się w Polsce, jednak większość życia spędziła w Australii. Ukończyła studia na Wydziale Archeologii na The Sydney University, następnie podjęła studia magisterskie na Wydziale Szkolnictwa i Edukacji. 

W  twórczości poetka łączy doświadczenia obu kultur, polskiej i australijskiej, a jej poezja zyskała uznanie krytyków za subtelną grę językową i głęboką refleksję nad naturą człowieka, jego miejscem w świecie, samotnością oraz przemijaniem.

Jej twórczość jest w przygotowaniu do publikacji na Wydziale Filologii Uniwersytetu w Łodzi. Poetka jest też aktywną członkinią australijskiego klubu poetyckiego Poetralia, w ramach którego prezentowała swoje wiersze na spotkaniach literackich, programach radia SBS i festiwalach poetyckich, zdobywając sympatię słuchaczy i publiczności.

 

Emigracja

 

na szarym warszawskim peronie

dworca kolejowego

 

już drżąca z tęsknoty

wstydliwie ocierasz łzy

w nich cały mój strach

myśl niepojęta że to nie sen

 

z turkotem kół

kłębuszek matczynej miłości

coraz mniejszy

już nie możesz usłyszeć

moich słów

 

będę pisała

mamo

nie wiedziałam

że umiesz płakać

 

 

Christmas Jazz albo bożonarodzeniowa kantyczka

 

Ocieram pot z czoła

nad makowcem lata pszczoła

wigilijne zapachy w nieznośnym upale

przed domami

plastikowe krasnale

 

To jest bez sensu

gdzie jest Australia

gdzie Polska

matka święta

ojczyzna boska

 

Po co to wszystko

tradycja niepokoi

topiąc się od upału

plastikowa choinka

w tym upale stoi

 

Za oknem

drzewa kwiatem oprószone

śpiewem cykad roztańczone

eukaliptus tereticornis

jakby zaklęcie

w świąteczno-nowoczesnym

australijskim zamęcie

 

Eukaliptusowe płatki udają śnieg

wirują w dół drzewa

nucę polskie kolędy 

tu gdzie zielone liście

trącają nabrzmiałe od słońca

gum–nutowe kiście

to tu jest śmieszne

 

Świat do góry nogami księżyca

wsłuchana w serc bicia

czy to nostalgia

pociąga smyczkiem

nie to cykad muzykowanie

świąteczny koncert

Christmas jazz

pod Krzyżem Południa

w upalną noc

w ten niezwykły czas

 

 

Uliczka

 

niebiesko-zielona

paruje olejkiem eukaliptusowego bezładu

na jej końcu dom

mój dom

skąpany w cykaniu ośmielonych gorącem owadów

cyt tak cyt cyt tak tak cyt

 

taniec godowy leśnych istot

szelest złotych skrzydeł na niby

miliony iskier w zachodzącym słońcu

czas nieprawdziwy

 

podniebne białe latawce kakadu

łapią resztki brzoskwiniowego światła

wrzeszcząc układają na niebie pasjanse

 

jeżeli ktoś kiedyś przyjedzie do mnie z Warszawy

chociaż koła tu pod oknem nie turkoczą

spróbuję go przekonać uliczką z eukaliptusową mocą

 

i tymi ptakami

i tymi owadami

 

  

Babcia mi mówiła

 

Polak rodzi się patriotą

dlatego tęsknię

smutno tęsknię

zamykam się w sobie

wiem że cierpimy obie

 

Tęsknotą gdzie wiatr mieszka

nieznane drzewa trawy niebo i starość

obce ptaki i tylko polskie słowa

nadają im tożsamość

 

Obrazy zamazane troską

kim teraz jestem

czym jesteś dla mnie Polsko

 

Tu słońce praży tęsknota boli

bycie Polką to ponad siły

ciężar noszenia symboli

 

Bronię się

nowego słuchaniem

nowego patrzeniem

 

Na górze mapy

na północ wolno palcem

piętnaście tysięcy kilometrów

obok pies w koszyku chrapie

a tam już Polska

 

 

Pantomima na Antypodach

 

Tańczące witraże cieni

wino na stole szept

jeszcze niemiłosny żart

nie slogan

 

Ogłupiała z tej miłości

jednym oddechem

pochłaniam twoje słowa

a one jak chleb jak woda

bo kocham takim właśnie kochaniem

 

Tu i teraz na Antypodach

kielich wina ci podam

we wrzaskliwie upalną noc

z cykadami w buszu

 

w samotności

w obcości

w ciszy

 

Czy wiesz że nic nas już

nie może wytłumaczyć

nawet wirująca na wietrze firanka

czy księżycowa upalna noc

wiatr który miał tę świecę zgasić

 

Zasyczał złowieszczo knot

z nadmiaru łez i trosk

pantomima cieni na ścianie

nasz ostatni taniec

 

 

Podróżniczka

 

Stoję

a nadal idę dumnie

po moc z kamienia

gdzie dusza mieszka

gdzie nie ma nadmiaru

i samotności w tłumie

 

Idę już jestem

podróżniczką każdego dnia

z pięknem w tajemniczości

doświadczeniem schowanym

w snach

 

Dotykam już dotknięte

przestrzeń zablokowana

więc oduczam się siebie

kontroli świata

i boga w niebie

 

Wzięte

a jednak sięgam

groteskowe męstwo           

nadmiar rodzi deficyt

po co szukać

i ciągle sięgać po nowe

 

  

Plakat

Elżbieta (Ela) Chylewska 

Szczecinianka. Od wielu lat zamieszkała w Sydney/Australia. Bibliotekarka, poetka, propagatorka kultury polskiej na antypodach.

Członkini Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie w Londynie oraz grupy poetyckiej Poetralia w Sydney.

Autorka trzech tomów poetyckich: „Apetyt na raj”, „Za bramą raju” i „Pod skrzydłami”. Swoje wiersze publikuje w czasopismach, antologiach oraz na portalach internetowych.

Od ponad 20 lat jest aktorką Teatru Fantazja w Sydney. Współpracuje z polską sekcją radia SBS (Special Broadcasting Service) w Sydney i z radio Express, The Australian-Polish Magazine.

 

 

australia

 

cień kangura

powolny

jak oddech ziemi

 

liść eukaliptusa odbija

promienie

światło wpada

między skały

między pióra

ptaka

aż po horyzont

 

 

* * *

 

podziwiam cień kangura

powolny jak oddech ziemi

 

podziwiam

liście eukaliptusa

ich medyczną moc

 

podziwiam

drganie promieni światła

 

między skałami

między piórami wołoszka

 

 

podziwiam

ciebie Australio

aż po horyzont

moich myśli

 

  

aborygeni

 

w nadziei

na pojednanie

aborygeni palili

liście eukaliptusa

 

rytualne słowa

wyrywali

z rozpalonych

do czerwoności serc

 

popiołem zasypywali

czarne blizny

historii

 

 

Cape York

 

na dalekiej północy

dzikiego kontynentu

nie strzyka w kościach

zawroty głowy

pojawiają się jedynie

na widok spektakularnych

krajobrazów

niedogodności namiotu

zmieniają się w

w codzienną gimnastykę

ciało wita

pierwsze promienie dnia

w pozycji czworonożnego

ssaka

i wyje z zachwytu

 

 

modlitwa

 

w leśnym kościele

modlą się ptaki

o wolność

o soczyste dżdżownice

o to by nie wyrąbali drzew

żeby nie natknąć się na

człowieka

 

 

bumerang

 

łatwo rzucać słowa na wiatr

puszczać jak bumerang

nie czekać powrotu

większość i tak

nie wraca

wraca

ból

któremu

bezmyślnie

rzucone słowa

ostro przecinają

niewinne powietrze

zmieszane do utraty tchu

 

 

wielkanoc

 

w dalekiej Australii

wnuki malują pisanki

biedronka w czerwonej sukience

dwie tęcze

gałązki zielonych liści

kwiaty

tyle życzeń w owalnych obrazkach

nadzieja

pokój

szczęście

moc dobra baranka

 

 

piąta rano

 

stoję w oknie

szare komórki

nabierają kolorów

kwitnącej jakarandy

jej kwiat

spadający na głowę

to szczęście

 

idę na spacer

 

drzewo

 

unosisz wysoko gałęzie

nie chcesz ranić

kwiatów

każdej wiosny

rozkwitają bezpiecznie

u twoich stóp

 

 

  

Plakat

Eliza A. Falkiewicz 

Poetka, pieśniarka, autorka tekstów, melodii, programów poetycko-muzycznych oraz recenzji teatralnych.

Emigrantka okresu Solidarności. Pisze „od zawsze”, a wydaje od 2018 roku. Pomysłodawczyni i współzałożycielka klubu poetów POETRALIA. Członkini Stowarzyszenia Autorów Polskich O/ II Warszawa.

Aktorka Teatru Fantazja. Absolwentka Uniwersytetów Warszawskiego i Sydnejskiego. Zbiory poezji: Lekcje Miłości (WFW), Jestem kobietą i Kołysanka dla Mamy (Anagram). W przygotowaniu polsko–angielski zbiór Między światami w tłumaczeniu autorki.

W Australii publikowała w „Expressie”, „Tygodniku Polskim” i „Pulsie Polonii”. W Polsce w Antologiach: Metafora Współczesności; Granica, Pamięć (SAP); Wędrujące Pióra (Literary Waves Publishing); Peron Literacki. Jej esej  o poezji ukazał się w książce „Poezja to Nomadka” (Anagram, 2022).

Od 2013 współpracownik literacki waszyngtońskiego Ambassador Theater ICC. W latach 2014-2016 autorka recenzji teatralnych dla DCMetroTheatreArts.

 

Eliza A. Falkiewicz

 

Dwie ojczyzny

 

Wędruję

z półkuli na półkulę

rok w rok nieustannie

pod butem tęsknoty.

Gdziekolwiek podążam

przenoszę was w sobie

choć to wy matkami

a ja waszym dzieckiem.

 

Słyszę

szum Bałtyku

tasmańskiego morza

brodząc w wodzie

spoglądam pod nogi.

Odbicie stóp na brzegu

tak samo zanika

z drobnego piasku

Złotych plaż

 

Czuję

zapach bukietu

ze bzu i frangipani

jak wiosna i jesień

jednocześnie dane.

Splecione ze sobą

jak dwie wasze mowy

które jednym językiem

stały się po latach.

 

Widzę

burego zająca na ziemi

mych dziadków,

który jak kangur zastyga

i unosi głowę.

Brzuchate kukabury

w pościgu za myszą

niczym kot Filemon

z mojej pierwszej bajki.

 

Myślę o Was z wdzięcznością

i tak pozostanie

jedną stałyście się

ojczystą przystanią.

 

Tylko groby przodków

w pierwszej mojej ziemi

na zawsze zostaną.

 

 

Między światami

 

dzika pora życia

omija zimy

i przedłuża lata

 

o wiosnę nie dba

martwiąc się na zapas

czy zdąży zobaczyć

złotą polską jesień

 

jedną nogą w deszczu

drugą w piasku plaży

o dziwnych godzinach

śniąca w samolotach

 

czasami przysiada

na bezpańskiej chmurze

skarżąc się wiatrowi

na cygański żywot

 

  

Krzesła po Babci

 

Na dwóch kontynentach przyszło mi żyć

Przy dwóch stołach jeść na dwóch łóżkach śnić

 

Tam gdzie mnie nie ma i zamknięte drzwi

Życie trwa dalej tylko sąsiad śpi

 

W warszawskiej szafie plotkują ubrania 

Marząc o ciałach i zapachu prania

 

Szczotki do zębów pogodzone z losem

Dziwią się paście zbuntowanej w proszek

 

A mydło bez przerwy ze złości się pieni

Tyłem odwrócone do smutnych grzebieni

 

Jedynie krzesła po babci szczęśliwe

Od trzech pokoleń w tej samej rodzinie

 

Inne w tułaczce po antykwariatach

A one wdzięczne czekają do lata

 

  

Powrót

 

Bzy moje, gdzie wasze kwiaty?

 

Spóźniłaś się kochana

pękając od soków

mdlejąc od swej woni

płatki z nas opadły              

spalone przez słońce

 

Choć suche – jesteśmy

by powiedzieć witaj

jak w dzień twych narodzin

gdy kwilenie z okna

każdy listek słyszał

 

Wiesz przecież jak bardzo

czekamy na ciebie

modląc się by granic

nie zamknięto nagle

udało się! jesteś!

 

Znów tańczą firanki

w uśmiechniętych oknach

czajnik w kuchni śpiewa

w rytm piosenki z radia

kurz wiruje w kątach

 

A ty znowu w oknie

napawasz się wonią

swojego dzieciństwa

 

 

Piąta pora roku

 

jak ja nie do pary

ciągle pomiędzy z naturą na bakier

gości się we mnie nie bacząc na aurę

mrozi w pełnym słońcu w deszczu ogniem pali

 

lżej mi z nią teraz kiedy świat zwariował

i ziemia powoli poddaje się w bólach

tęskniąc razem ze mną za prawdziwym latem

za wiosenną wiosną za dzieciństwa rajem

  

 

Wojna 

 

Wojnę znam – z rodzinnych opowieści

z historii, cmentarzy wojennych

muzeów, filmów, wierszy Baczyńskiego

Wojnę znam – była na mej ziemi

 

Przeklęta ciągle gdzieś zabija

wpisana w życie wybucha na nowo

jak łzy bezradności

 

stary wróg się zbliża

śmierć i strach na ziemi sąsiada

wojnę czuję  w każdej tkance ciała

 

 

Oaza nie-pokoju

 

w cieniu drzewa jak kot się rozciągam 

powoli ospale  z szacunkiem dla chwili

oczami sennymi zamykam przestworza

życia śmierci szczęścia rozpaczy

pokoju i wojny

 

muszę udawać że uszy nie słyszą

oczy nie widzą pamięć nie pamięta

że ziemia obok mojej wyje głosem matek

płacze głosem dzieci świszczy głosem kul

pali ogniem wstydu

 

  

Po mojej stronie

 

Podszyte głodem haftowane strachem

zabarwione krwią i utkane z kul

Zielone granice żelazne kurtyny

trzymają porządek i zadają ból

 

Po mojej stronie spokojnie i cicho

ciasto i pachnący bez

W gardle ściska między kęsami

kiedy w oczy wchodzą twarze pełne łez

 

 

Poeci

 

między nocą a dniem

duszą i ciałem

niebem i ziemią

piekłem i rajem

 

między myślą a słowem

głową i sercem

kłamstwem i prawdą

śmiercią i życiem

między wierszami

ukryci

 

 

Rzadko piszę o radości

 

nie powala mnie z nóg

nie przykuwa do krzesła

nie zalewa ciszą

 

przylatuje z furkotem

daje mi skrzydła

i porywa chichocząc

 

i jak tu skoncentrować się na słowach

gdy mnie tarmosi i łaskocze

 

  

Czas na odpoczynek

 

Poezjo duszo moja czas na odpoczynek

pierwsza gwiazda sama poemat napisze

lampki na  choince chórem z kukaburą      

wyśpiewają stare świąteczne kantyczki

 

nadejdzie tęsknota za zimą dzieciństwa 

czułością spojrzeń przy rodzinnym stole

przywoła wspomnienia zamilknie wraz z nocą

by wysłuchać wierszy spisanych przed laty

 

  

Plakat

Anna Buchalska

Urodziła się 1985 roku w Kutnie, gdzie nadal mieszka. Z wykształcenia jest dyplomowaną masażystką.

W roku 2008 wydała debiutancki tomik poezji „Ścieżką przez szarość” recenzowany m. in. przez Redakcję Kwartalnika „Kozirynek”. W roku 2011 wydała tomik poezji „Klucz”, zaś w roku 2013 wydała tomik poezji „Łzy. Łezki. Arabeski”, a w roku 2016 czwarty tomik poetycki: „Szeptem”. Jej utwory były publikowane w albumach poetyckich: „Bezsenność nocy czerwcowych”, „W kadrach poezji... myśli zebrane”, „Wigilijne pojednanie”, „Szeptem o miłości”.

Miesięcznikach: „Nasz Dom Rzeszów”, „Gazeta Kulturalna”, „Libertas”.

Kwartalnikach: „Kozirynek”, „Nadwisłocze”, „Kwartalnik”, „Nestor”, „Variart”, „Mole” w almanachach poetyckich Stowarzyszenia Literackiego „Witryna” – „Spojrzenia 4”, „Spojrzenia 5”, „Spojrzenia 6”, almanachach pokonkursowych „Wrzeciono 2009”, „Wrzeciono 2010” „Wrzeciono 2012”, „Wrzeciono 2014” i „Wrzeciono 2016”, a także w antologii „Poetyckie Powidoki” i „Metafory Współczesności”.

Jej wiersze były również tłumaczone na język słowacki i publikowane w słowackim magazynie dla młodzieży „Dotyky”. W roku 2009, 2012, 2014 i 2016 otrzymała wyróżnienie, a w roku 2010 I nagrodę w Międzynarodowych Spotkaniach Poetów w Nowej Sarzynie. W 2016 roku w Kutnie w ramach XII Złotego Środka Poezji, zdobyła wyróżnienie w X Otwartym Konkursie Jednego Wiersza im. Pawła Bartłomieja Gruca.

Fot. autorki: https://www.facebook.com/anna.buchalska

 

  

Anna Buchalska

umiłowanie poezji

 

rozkładam ramiona łaknąc

skrzydlatej poezji

Wiecznie zakochana stoję w nędznych szatach

Rozkładam ramiona wydychając

Poezję o złamanym skrzydle

Wiecznie zakochana stoję w nędzy nagości

 

istnienie

 

kiedy wena budzi pragnienie dłoni

korona spada z głowy

staję się ćmą

co szamocze się za białą firanką w nocnym tle

przy oknie ubogim w klamki

rodzi się istnienie

Kiedy wena przestaje majaczyć pod kopułą pomyślunku

staję na koronie górskiego grzbietu

staję się szaleńcem rozkładającym ramiona

wolność syta w okna pełne klamek

umiera istnienie

 

  

Plakat

Bronek z Obidzy Kozieński

Urodził się w 1963 roku w Obidzy, pracuje w budownictwie, z zamiłowania – poeta. Pierwsze wiersze powstały w 2007 roku. Publikowane są w prasie lokalnej i ogólnopolskiej oraz na poetyckich portalach internetowych. Laureat konkursów poetyckich. Jego twórczość obejmuje głównie tematykę górską, ale nie brak w niej również rozważań na temat życia i człowieka. 

 

Fot. autora: https://www.facebook.com/bronek.kozienski

 

  

Bronek z Obidzy Kozieński

„Wesele” 2020

 

Choć miałeś kiedyś złoty róg.

Powoli ci go zabierają,

bo sam sprzedajesz go za sznur

i maskę, co ci zakładają.

 

Po ustach przyjdzie czas na resztę.

Taki niewinni psi kaganiec,

bo w końcu jesteś czyimś pieskiem

i sam się na to godzisz chamie.

 

Co pozostawisz synom córkom.

Marny poddańczy niewolniku,

gdy kiedyś ujrzą cię ze sznurkiem

pod historyczną szubienicą.

 

Pod nią, bo nie ty będziesz wisiał,

lecz ciągle klęczał u stóp pana,

co czapkę z piór ci przyobiecał,

aby dopełnić obraz chama.

 

Na połoninie palą się trawy

 

Wiesz jak podpalić, by nie zgasło?

Nie zapalniczką. Karabinem.

Grzmotnąć, tak jakby piorun trzasnął.

Tak masz podpalić połoninę.

 

By się przebudził Anioł Pański.

Kudłaty niedźwiedź nad Wetliną.

Przewrócił w grobie duch pohańca.

Tak ma się palić połonina.

 

Powtórz mi teraz, co gadałem.

Zaczekaj trawa to nie zając.

Polej mi brachu pełną szklanę.

Polej, bo karczmę zamykają.

 

Nazywam się Wuhan

 

Wierzę, że kiedyś mi wybaczą.

Lepszą wystawią ocenę,

wszyscy, co dzisiaj w rozpaczy,

że ocaliłem im ziemię.

 

Wiem, że ci trudno uwierzyć,

lecz może gdybym nie przyszedł,

już jutro wybuchłaby wojna.

Ludzie przestaliby słyszeć.

 

Tak! Jestem krzykiem tej ziemi,

jej oceanów powietrza

proszącym o przebaczenie:

Gdy nazywacie mnie śmiercią.

 

  

Plakat

Stefan Michał Żarów

Poeta, animator kultury, publicysta, eseista i krytyk literacki, współtwórca i wiceprezes Mieleckiego Towarzystwa Literackiego, były długoletni wiceprezes Regionalnego Stowarzyszenia Twórców Kultury w Rzeszowie. W dniu 17 września 2019 r. decyzją Prezydium Zarządu Głównego ZLP przyjęty w poczet członków Związku.

Wiersze i artykuły publikuje w prasie krajowej i zagranicznej, na portalach poetyckich, wydawnictwach zwartych, rocznikach historycznych i uniwersyteckich, wydawnictwach elektronicznych, w tym: Poezja dzisiaj, Akant, Własnym Głosem, Biały Orzeł, Semper Fidelis, Podkarpacka Historia, Nasz Dom Rzeszów, Zeszyty Wiejskie UŁ, Rocznik Historyczny MRL, Kamerton, Barbizon Wiśniowski, Nadwisłocze.

Debiut prasowy wierszem Nokturn w 1984 roku. Wcześniejsze publikacje bezdebitowe.

Autor zbiorów poezji: Spotkania w rejsie (2001), Na krawędziach rozciągłości (2005), na Styku cieni (2016), Itaka Odyseusza (2016), na Skraju podróży (2017), Inez (2018), Kurtyna kolorowych szkieł (2018) oraz książki Podkarpackie Ślady Pegaza – eseje, recenzje i omówienia, z kart historii (2019).

Brał udział w ponad 50. antologiach, almanachach i albumach.

 

 

Stefan Michał Żarów

wypadki wczesnowiosenne roku 2020

 

rozmawiam z doktorem Bernardem Rieux

wspominamy pierwsze oznaki

tego co miało przyjść później

To co się zdarzyło

 

polemika skraca czas

płynne przekracza Rubikon

 

wzrastają liście

wiosnę pokrywa przebudzenie kosa

 

Oran był miastem bez podejrzeń

na wskroś nowoczesnym

takim jak nasze miasta

 

obydwaj wystrzegamy się drobiazgowości

szczury a nietoperze

wyjątek stanowił brak szerokopasmowego internetu

taki szczegół

obecnie istotny w okresie pandemii

 

Rzeszów 2020 

 

mostek w Giverny

 

zachód słońca
kładzie purpurę na nenufarach
płonie wodna tafla
bieli
różu 
kremu

dojrzałe ginkgo i owoce japońskich drzewek

pokrywają nieboskłon

irysy
tuberozy
róże 

pomieszkują na blejtramach paletą barw

wędrują strzeliste topole

okalające dotąd nurt rzeki Epte

lato kładzie cienie nadchodzącej jesieni

Monet odsłoniwszy świat wodnych dywanów 
kreuje mistrzowskie impresje

 

Normandia - Giverny 2019