Nowości książkowe

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Maj, który nigdy się nie skończył

 

12 maja jest jedną z tych dat, które w polskiej historii brzmią jak ostrzeżenie. I nie chodzi wyłącznie o symboliczny zbieg rocznic: śmierć Józefa Piłsudskiego w 1935 roku oraz rozpoczęcie przewrotu majowego dziewięć lat wcześniej. Chodzi o coś znacznie głębszego. O pęknięcie, które wtedy nie tylko przecięło II Rzeczpospolitą, ale do dziś biegnie przez polską wyobraźnię polityczną niczym niewidzialna granica. Oczywiście, jednym felietonem trudno opisać wszystkie historyczne, społeczne i psychologiczne konsekwencje tamtych wydarzeń. Felieton nie jest przecież rozprawą naukową. Ale czasami właśnie felieton ma obowiązek nazwać atmosferę czasu, zanim zrobią to podręczniki.

Bo przewrót majowy nie był wyłącznie konfliktem o władzę. To był spór o samą definicję państwa. Piłsudski, człowiek ogromnego formatu historycznego, bohater walki o niepodległość, człowiek-symbol dla milionów Polaków, uwierzył jednocześnie, że demokracja nie nadąża za jego wizją Polski. Uznał, że parlamentaryzm jest słaby, skorumpowany, rozgadany i niezdolny do budowania silnego państwa. I właśnie tu zaczyna się dramat historii, który wraca do nas także dzisiaj. Bo niemal każdy polityczny zamach na reguły zaczyna się od bardzo podobnego zdania: „to wszystko dla dobra państwa”.

Tak rodzi się pokusa sanacji. Najpierw pojawia się zmęczenie chaosem. Potem pogarda wobec procedur. Następnie przekonanie, że prawo przeszkadza „naprawdę działać”. Wreszcie pojawia się człowiek albo środowisko polityczne, które mówi: „my zrobimy porządek”. Tłum zazwyczaj bije brawo. Demokracja bowiem rzadko wygląda efektownie. Demokracja jest nudna, powolna, pełna sporów, kompromisów i irytujących ograniczeń. Nie daje poczucia wielkiej historycznej przygody. Silna władza przeciwnie — zawsze oferuje emocję, tempo, poczucie siły i prostotę przekazu. Dlatego tak łatwo społeczeństwa zakochują się w politycznych zbawcach.

A jednak historia niemal zawsze wystawia za to rachunek.

Po drugiej stronie tamtego maja stał Wincenty Witos. Dzisiaj dla wielu zaskakująco mniej obecny w społecznej pamięci niż Piłsudski, choć być może właśnie jego postawa okazuje się bardziej nowoczesna politycznie. Witos nie miał legendy legionowej, wojskowego mitu ani romantycznej aury wodza. Miał coś mniej widowiskowego, ale być może znacznie ważniejszego: przywiązanie do reguł państwa. Rozumiał, że demokracja nie istnieje po to, by spełniać marzenia politycznych gigantów, lecz po to, by chronić obywateli przed nadmiarem cudzej ambicji. Wiedział, że jeśli raz uzna się, iż można ominąć procedury „dla wyższego dobra”, to wcześniej czy później każdy będzie próbował definiować owo „wyższe dobro” według własnego interesu.

I może właśnie dlatego współczesna Polska tak bardzo przypomina atmosferę tamtych dni. Oczywiście nie ma wojska na ulicach Warszawy. Nie słychać strzałów na mostach. Nie widać otwartego zamachu stanu. Ale najgroźniejsze przewroty zaczynają się znacznie wcześniej — w języku, emocjach i sposobie myślenia obywateli. Zaczynają się wtedy, gdy polityka przestaje być sporem, a staje się wojną moralną, gdy przeciwnik nie jest już człowiekiem o innych poglądach, ale „zagrożeniem dla Polski”. Kiedy każda strona ogłasza siebie ostatnim bastionem demokracji, jednocześnie coraz chętniej podważając demokratyczne zasady, kiedy akurat przeszkadzają w osiągnięciu celu.

To jest właśnie najbardziej niepokojące dziedzictwo maja 1926 roku — przekonanie, że można zawiesić reguły, jeśli uważa się siebie za moralnie lepszego od przeciwnika. A przecież niemal każda autorytarna pokusa w historii rodziła się nie z deklarowanej nienawiści do państwa, lecz z przekonania, że państwo trzeba „uratować”. Historia uczy jednak brutalnie, że politycy, którzy zaczynają od ratowania demokracji przed samą sobą, bardzo często kończą na ograniczaniu wolności.

Polska od lat żyje w stanie politycznej gorączki. Jedni widzą dyktaturę tam, gdzie inni widzą reformę. Drudzy widzą zdradę tam, gdzie pierwsi widzą normalny demokratyczny spór. Emocjonalna temperatura debaty publicznej jest tak wysoka, że coraz mniej miejsca pozostaje dla zwykłej państwowej rozwagi. Wszystko staje się ostateczne. Każde wybory są „najważniejsze w historii”. Każdy przeciwnik jest „śmiertelnym zagrożeniem”. Każda polityczna porażka urasta do rangi narodowej katastrofy. W takim klimacie bardzo łatwo tęsknić za własnym Piłsudskim. Znacznie trudniej szukać własnego Witosa.

Bo Witos nie dawał emocjonalnego spektaklu. Nie obiecywał politycznego cudu. Nie budował kultu własnej osoby. Reprezentował coś, co współczesna polityka uważa za niemodne: cierpliwość państwa. A przecież państwa rozpadają się nie tylko od biedy czy wojen. Rozpadają się także od nadmiaru politycznej egzaltacji, od przekonania, że jedna strona ma monopol na patriotyzm, moralność i prawdę.

Przewrót majowy pozostaje więc do dziś wydarzeniem niezwykle niewygodnym. Bo nie daje prostych odpowiedzi. Piłsudski nie był przecież zwykłym ambitnym politykiem. Był człowiekiem, któremu Polska zawdzięczała odzyskanie niepodległości. I właśnie dlatego historia staje się tak dramatyczna — ponieważ nawet wielki autorytet może uznać, że stoi ponad mechanizmami demokracji. To być może jedna z najważniejszych lekcji tamtego maja. Także dlatego, że demokrację najłatwiej osłabić nie przy pomocy jawnych wrogów państwa, ale przy pomocy ludzi szczerze przekonanych, iż działają dla jego dobra.

Współczesny świat pełen jest podobnych napięć. W wielu krajach rośnie zmęczenie demokracją liberalną, kompromisem, pluralizmem i instytucjami ograniczającymi władzę. Coraz częściej słychać westchnienia za „silnym przywódcą”, który „wreszcie zrobi porządek”. Problem polega na tym, że porządek bardzo często okazuje się jedynie inną nazwą politycznej dominacji. A państwo, które oddaje zbyt wiele jednej stronie, wcześniej czy później zaczyna tracić zdolność do pokojowego współistnienia obywateli o różnych poglądach.

Dlatego maj 1926 roku nie jest martwą lekcją historii. On trwa. W języku polityki, w emocjach społecznych, w pogardzie wobec przeciwników czy wreszcie w przekonaniu, że „naszym wolno więcej”, bo „tamci są gorsi”. Trwa wszędzie tam, gdzie zwycięstwo polityczne staje się ważniejsze od wspólnoty państwa.

Demokracja nigdy nie umiera nagle. Najpierw umiera szacunek dla reguł. Potem umiera zdolność rozmowy. Następnie znika przekonanie, że przeciwnik także ma prawo istnieć w przestrzeni publicznej. A kiedy społeczeństwo uzna, że procedury są zbędnym balastem, wtedy zawsze pojawia się ktoś, kto chętnie zaoferuje prostszy model świata. Za cenę wolności.

I być może właśnie dlatego 12 maja powinien być w Polsce dniem szczególnej refleksji, a nie wyłącznie historycznej rekonstrukcji sporów sprzed wieku. Bo pytanie postawione wtedy pozostaje aktualne również dziś: czy państwo prawa ma obowiązywać zawsze, nawet wtedy, gdy przeszkadza naszym politycznym marzeniom? Od odpowiedzi na to pytanie zależy znacznie więcej, niż chcieliby przyznać zarówno wyznawcy silnej ręki, jak i ci, którzy naiwnie wierzą, że demokracja obroni się sama.

Andrzej Dębkowski

Fot. Andrzej Walter

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Potop, który miał nas zalać, a tylko ochlapał – czyli jak Teatr Telewizji sam się utopił 

 

Bardzo często zdarza się, że człowiek przestaje się złościć, a zaczyna się śmiać. I to nie jest śmiech zdrowy, tylko taki, który pojawia się wtedy, gdy coś, co miało być poważne, zamienia się w karykaturę samego siebie. Ostatnia inscenizacja „Potopu” w Teatrze Telewizji jest właśnie takim momentem – spektaklem, który nie tyle reinterpretował Sienkiewicza, ile zrobił z niego widowisko przypominające imprezę tematyczną, na której nikt już nie pamięta, po co właściwie się spotkano. Bo jeśli ktoś jeszcze łudził się, że Teatr Telewizji jest miejscem, gdzie klasyka traktowana jest z jakimkolwiek respektem, to teraz powinien już porzucić te złudzenia raz na zawsze. Oto bowiem dostaliśmy „Potop”, który nie jest ani „Potopem”, ani teatrem, ani nawet sensowną prowokacją. To raczej zlepek pomysłów, które ktoś wrzucił do jednego worka, potrząsnął i wysypał na scenę, licząc, że chaos zostanie pomylony z odwagą artystyczną.

Kmicic? Owszem, jest. Ale bardziej przypomina figurę z mema niż bohatera tragicznego. Oleńka? Gdzieś się przewija, jakby przypadkiem, jak statystka we własnej historii. XVII wiek? Oczywiście – pod warunkiem, że nie przeszkadza w tym, by za chwilę wjechała współczesność z całym swoim popkulturowym bałaganem. Muzyka, która równie dobrze mogłaby lecieć w klubie o trzeciej nad ranem, sceny balansujące między kabaretem a groteską, i to wszystko podane z miną śmiertelnie poważną, jakbyśmy mieli do czynienia z czymś przełomowym...

Nie, nie mamy. Mamy za to przykład dość rozpaczliwej próby udowodnienia, że klasykę trzeba „odświeżyć”, bo inaczej widz ucieknie. Tylko że w tej pogoni za widzem zgubiono wszystko to, co miało jakąkolwiek wartość. Zamiast opowieści o zdradzie, winie, odkupieniu i lojalności dostaliśmy festiwal efektów, który z tymi pojęciami nie ma już wiele wspólnego. Zamiast emocji – fajerwerki. Zamiast sensu – hałas. Najzabawniejsze jest jednak to, że ten cały spektakl zdaje się być przekonany o własnej wielkości. To nie jest ironia, która wie, że jest ironią. To jest ironia, która uważa się za nową formę powagi. A to już jest poziom samoświadomości godny raczej kabaretu niż teatru aspirującego do miana instytucji kultury. Bo tu nie chodzi o to, że nie wolno reinterpretować klasyki. Oczywiście, że wolno. Problem zaczyna się wtedy, gdy reinterpretacja staje się pretekstem do jej rozmontowania i zastąpienia czymś, co nie ma ani ciężaru, ani znaczenia, ani nawet konsekwencji. To już nie jest dialog z tradycją. To jest jej zagłuszanie.

Teatr Telewizji przez lata był miejscem, gdzie słowo miało wagę, a aktor był kimś więcej niż elementem scenicznej układanki. Dziś coraz częściej przypomina laboratorium, w którym testuje się, ile jeszcze można rozcieńczyć sens, zanim widz przestanie go w ogóle dostrzegać. I wygląda na to, że granica została właśnie przekroczona. „Potop” miał kiedyś zalewać serca, poruszać sumienia i budować wyobraźnię. Ten „Potop” co najwyżej ochlapuje widza przypadkowymi pomysłami, po czym zostawia go z poczuciem, że uczestniczył w czymś jednocześnie głośnym i pustym. To nie jest nowoczesność. To jest bezradność przebrana za odwagę. I jeśli to ma być kierunek, w którym zmierza Teatr Telewizji, to nie potrzebujemy już żadnych potopów. Wystarczy to, co mamy – powolne, ale konsekwentne zalewanie bylejakością, która udaje sztukę i jeszcze domaga się za to oklasków. To nie pierwszy raz, kiedy Teatr Telewizji wkracza na drogę, z której w przyszłości będzie bardzo trudno zejść... 

Andrzej Dębkowski

Rys. ©Sławomir Łuczyński

 

 

Plakat