Nowości książkowe

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Paweł M. Wiśniewski

 

Pozwól, że cię oprowadzę 

 

Życie przemija. Nie obejrzymy się, a już mamy czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat. Świat porusza się w zwolnionym tempie, by dramatycznie przyśpieszyć. My natomiast obserwujemy to wszystko i się starzejemy. Proces ten jest powolny, lecz w obliczu dziejów wszechświata, szybki i nieistotny. Nasza osobowość trwa mimo to, obejmując swym zasięgiem kolejne partie istnienia. Gdyż ludzkość musi mieć cel, cel, który przyniesie jej ukojenie i przeciwstawi się nieubłaganej linii czasu.

Ale przy tych wszelako dostępnych nieścisłościach jakie dręczą ludzkość, występuję, jakby obok nich, poezja. Ta powoduje niemalże natychmiastowe szybsze bicie serca, przypływ melancholii, lub w niektórych przypadkach, odrzucenie. A jednym z poetów wskazujących niniejsze odczucia jest Jacek Gutorow. Urodzony w 1970 roku w Grotkowie, poeta, tłumacz, krytyk literacki, badacz literatury i eseista w niebywały sposób przybliża czytelnikowi piękno lirycznego „ja” jako dzieła poznania człowieka.

Gutorow w najnowszym tomiku Oczy szeroko otwarte rozważa sens istnienia, sens egzystencji jako podstawową próbę przetrwania ludzkości. Czym jest egzystencja, badana przez wielu przeszłych jak i ówczesnych filozofów? Czy nie jest ona może niczym dziewiąty miesiąc roku tym, co czyni, że: „Wszystko wraca na miejsce, przywrócona równowaga / w głowie i w sercu” (MAAT). A może tym, co czyni ten proces lepszym, bardziej przystępnym i zapamiętanym przez pokolenia, które łączą wspomnienia i gesty w jeden wspólny węzeł. Węzeł wymagający wielu prób rozwiązania, lecz nie dającym się rozsupłać byle komu i czekającym na właściwą osobę.

W tomiku poetyckim Jacka Gutorowa pierwszą pozycję zajmuje jednak, pomimo całej rzetelności i kruchości ludzkiego losu, poezja. Ta niezrozumiała, ukryta w meandrach porównań i zapożyczeń wyrasta ponad je promieniejąc niczym najpiękniejsza z gwiazd nocnego nieba. Poezja nie znika, ale otacza nas ze wszech stron powodując trwałe zauroczenie. Gdy w ciemności nocy: „Nagle wyrwana ze snu zjeżdża / powoli na dół strony jak cicha / winda sunąca za rastrem siatki”. (POEZJA), jest niczym poranna rosa unosząca się na powierzchni płatków róż. Poezja nie pozostawia po sobie pustki, rozwija się i pomimo swej uległości, utożsamia swą niezwykłość.

Czytając poezję Gutorowa nieodzownie nasuwa się wniosek, że jest ona adresowana do każdego, kto potrafi kontemplować liryczne „ja”. Poszukiwanie odległych powiązań jakie na kartach tomiku poetyckiego się przewijają są niczym archeologiczne odkrywanie przeszłości. Odnalezione artefakty promienieją swym blaskiem, tajemniczością i niesamowitym wręcz magnetyzmem. Poezja wyrasta ponad wszelkie dotychczasowe ujęcie znanej literatury. Gutorow „na nowo” stwarza świat, który wybiega znacznie dalej niż ten, jaki występował w niezliczonych podobnych publikacjach pozbawionych jakiegokolwiek sensu i znaczenia.

Oczy szeroko otwarte to niezwykły zbiór wierszy jakich dzisiaj niewiele możemy przeczytać. Autor drobiazgowo przedstawia czytelnikowi piękno opisywanego świata, który poprzez utwory poetyckie, rozkwita niczym rzadki kwiat. Objawiająca się w wierszach rzeczywistość jest obszernym przypomnieniem czym jest poezja, jakie są jej podstawowe powinności. W utworach Gutorowa nie znajdziemy zbędnych niedopowiedzeń, stylistycznych fajerwerków czy innych tego typu udogodnień. Poezja jest czystym przekazem, pięknym w swej prostocie i nieskazitelnie swojskim odbiorze.

Jacek Gutorow prowadzi obserwacje świata jaki go otacza. Zainicjowane w ten sposób myśli, rozważania, notuje w formie wierszy, będących krytycznym a zarazem analitycznym kontemplowaniem realizmu. Z każdym kolejnym utworem wchodzimy w osobiste ciche miejsce odosobnienia autora, gdzie samotnie prowadzi pamiętnik przemijania. Razem z poetą możemy koegzystować w niełatwym dramatycznym pejzażu. Pejzaż ten malowany słowami a nie farbami powstaje w powolnym tempie, lecz jest tworzony z nieubłaganą cierpliwością. Gdy zostanie ukończony, efekt nas oszołomi.

Paweł M. Wiśniewski

____________ 

Jacek Gutorow, Oczy szeroko otwarte. Redakcja: Jacek Bierut. Korekta: Aleksandra Zoń. Opracowanie graficzne, ilustracje, skład: Artur Skowroński. Wydawnictwo j, Wrocław 2025, s. 72.

 

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Strażnik rozproszonego skarbca 

 

W historii polskiej kultury XX wieku są postacie, które działają jak cichy fundament pod wielkimi gmachami pamięci narodowej. Nie przemawiają z trybun, nie szukają politycznej sławy, nie budują własnych pomników. Ich nazwiska bywają znane jedynie muzealnikom, archiwistom, historykom sztuki i tym, którzy wiedzą, jak dramatyczne były powojenne losy polskiego dziedzictwa. Do takich ludzi należał bez wątpienia Julian Godlewski – człowiek, który przez dziesięciolecia ratował polskie dziedzictwo rozproszone po świecie, wykupywał je z antykwariatów i prywatnych kolekcji, a następnie oddawał Polsce. Nie kolekcjoner dla własnej próżności, lecz strażnik pamięci narodowej.

Urodzony we Lwowie w 1903 roku wyrastał w środowisku, gdzie kultura, prawo i służba publiczna były naturalnym obowiązkiem inteligencji. Jego ojciec był prezesem Izby Adwokackiej we Lwowie, a dziadek, Julian Zachariewicz, należał do najwybitniejszych architektów epoki, rektorem Politechniki Lwowskiej i twórcą wielu budowli, które do dziś określają pejzaż dawnego miasta. Godlewski od początku wyrastał więc w przekonaniu, że polskość nie jest abstrakcją, lecz konkretnym obowiązkiem wobec kultury, państwa i historii.
Już jako siedemnastoletni chłopak zgłosił się ochotniczo do wojska podczas wojny polsko-bolszewickiej. Wstąpił do 8. Pułku Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego, a więc formacji symbolicznej dla tradycji II Rzeczypospolitej. Ten młodzieńczy gest był czymś więcej niż romantycznym uniesieniem. W całym późniejszym życiu Godlewskiego powracał bowiem ten sam rys charakteru: poczucie, że Polska wymaga konkretnego działania, a nie jedynie deklaracji.
Po ukończeniu prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza rozpoczął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Wojna ponownie rzuciła go jednak do walki. Służył w 1 Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka, jednej z najbardziej legendarnych polskich formacji na Zachodzie. W bitwie pod Falaise został ciężko ranny. Dla wielu ludzi wojna byłaby wystarczającym doświadczeniem, by zamknąć się we własnym życiu. Dla niego była początkiem jeszcze większej misji.

Po wojnie pozostał na emigracji. Najpierw Stany Zjednoczone, później Argentyna, wreszcie Europa Zachodnia i Szwajcaria. Mieszkał przez lata w Lugano, w hotelu „Splendide Royal”, człowiek zamożny, wpływowy, związany z koncernem Thyssena. Mógł prowadzić życie spokojnego milionera, odciętego od problemów kraju pozostającego za żelazną kurtyną. Tymczasem właśnie wtedy rozpoczęła się jego największa działalność.

Godlewski doskonale rozumiał, że po II wojnie światowej Polska została nie tylko zniszczona fizycznie, ale również ograbiona duchowo. Spłonęły biblioteki, rozkradziono kolekcje arystokratyczne, zaginęły obrazy, militaria, arrasy, rękopisy. Wiele polskich dzieł sztuki znalazło się na zachodnich aukcjach, w prywatnych kolekcjach, w antykwariatach Londynu, Paryża czy Zurychu. I właśnie wtedy Julian Godlewski zaczął działać jak prywatne ministerstwo odzyskiwania pamięci narodowej.

Nie kupował sztuki dla prestiżu. Kupował ją po to, by wróciła do Polski albo służyła polskiej kulturze na emigracji. To zasadnicza różnica. W praktyce oznaczało to ogromne wydatki finansowe, prowadzone często dyskretnie, bez rozgłosu i bez oczekiwania wdzięczności. W czasach, gdy państwo komunistyczne nie było w stanie odzyskiwać wielu obiektów, on robił to prywatnie.

Najbardziej spektakularnym przykładem pozostaje jego działalność wobec Muzeum Polskiego w Rapperswilu. Ta placówka była czymś więcej niż muzeum. Była symbolicznym depozytem polskiej pamięci narodowej na emigracji. Godlewski stał się jej najważniejszym dobroczyńcą i właściwie współtwórcą jej nowoczesnej potęgi. Przekazał około 100 tysięcy franków szwajcarskich na podstawy materialne funkcjonowania muzeum – gigantyczną sumę jak na owe czasy – a ponadto finansował jego działalność przez całe lata. Współtworzył Fundację „Libertas”, która miała zapewnić placówce stabilność finansową.

Jednak prawdziwe znaczenie miały nie tyle pieniądze, ile dzieła sztuki. To dzięki niemu do Rapperswilu trafiły obrazy takich mistrzów jak Józef Brandt, Józef Chełmoński, Jacek Malczewski, Leon Wyczółkowski, Piotr Michałowski czy Alfred Wierusz-Kowalski. Nie były to przypadkowe zakupy. Godlewski budował kolekcję strategicznie, świadomie tworząc reprezentację polskiej sztuki narodowej poza granicami kraju. W praktyce stworzył rdzeń zbiorów muzeum.

Warto zrozumieć skalę tego wysiłku. Dziesiątki, a prawdopodobnie setki dzieł sztuki były przez niego wyszukiwane na rynku europejskim, kupowane za prywatne pieniądze, konserwowane, przewożone i przekazywane instytucjom. To była działalność niemal państwowa, prowadzona przez jednego człowieka.

Szczególne miejsce w jego działalności zajmował Wawel. Powojenny Wawel wymagał odbudowy nie tylko murów, ale także dawnej świetności zbiorów. Godlewski stał się jednym z najważniejszych prywatnych mecenasów zamku w całym XX wieku. Kupował na Zachodzie dzieła związane z historią Rzeczypospolitej i przekazywał je wawelskiej kolekcji. Wśród nich znalazły się portrety polskich monarchów, zabytki złotnictwa, tkaniny, dzieła rzemiosła artystycznego i militaria.

Jednym z najważniejszych darów był słynny arras z herbami Dymitra Chaleckiego. Ten wyjątkowy zabytek wcześniej należał do Edwarda Raczyńskiego, po wojnie znalazł się w Londynie, a w 1962 roku został wykupiony przez Godlewskiego. Nie zatrzymał go jednak dla siebie. Przekazał go na Wawel. Gest ten miał wymiar niemal symboliczny: oto polski emigrant odzyskuje fragment dawnej Rzeczypospolitej i przywraca go narodowej wspólnocie.
Podobne znaczenie miał kielich Kazimierza Wielkiego z 1351 roku, również podarowany Wawelowi. Były to obiekty bezcenne, nie tylko materialnie, ale historycznie. W czasach, gdy wiele państw Europy Zachodniej budowało własne kolekcje narodowe poprzez wykupywanie zabytków z całego świata, Godlewski działał odwrotnie – odzyskiwał dla Polski to, co z niej wypłynęło.

Nie ograniczał się jednak do jednej instytucji. Wspierał również Zamek Królewski w Warszawie, uczestnicząc pośrednio w odbudowie jego kolekcji po wojennym zniszczeniu. Przekazywał Muzeum Narodowemu obrazy i obiekty artystyczne, wspomagał kolekcje militarne, wykupywał polską broń historyczną i pamiątki wojskowe.

Był przy tym człowiekiem niezwykle dyskretnym. Współczesny świat przyzwyczaił się do filantropii ostentacyjnej, medialnej, budowanej wokół nazwisk sponsorów. Godlewski działał odwrotnie. Nie potrzebował kampanii reklamowych ani konferencji prasowych. W wielu muzealnych katalogach pojawia się jedynie lakoniczny dopisek: „dar Juliana Godlewskiego”. Za tym krótkim zdaniem kryją się jednak lata poszukiwań, negocjacji i wydawania ogromnych pieniędzy.

Równie imponująca była jego działalność społeczna. Przez wiele lat wspierał Zakład dla Niewidomych w Laskach, finansował Centrum Zdrowia Dziecka, pomagał seminariom duchownym, fundował stypendia. Niektóre z tych działań pozostają niemal nieudokumentowane, bo sam nie zabiegał o ich nagłaśnianie.

Szczególnym rozdziałem była pomoc dla polskiej emigracji intelektualnej. Fundując Nagrodę im. Anny Godlewskiej – nazwaną na cześć matki – stworzył jedno z najważniejszych wyróżnień dla polskiej kultury emigracyjnej. Laureatami zostawali ludzie tej miary co Józef Mackiewicz, Jerzy Giedroyć, Józef Czapski, Marian Hemar czy Mieczysław Grydzewski. Było to nie tylko wsparcie finansowe, ale także akt symboliczny: potwierdzenie, że polska kultura istnieje ponad granicami i ponad systemami politycznymi.

Warto przypomnieć także jego rolę w sukcesach polskiego himalaizmu. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wspierał finansowo wyprawy wysokogórskie, w tym ekspedycje himalajskie i zimowe wejście na Mount Everest kierowane przez Andrzej Zawada. To niezwykle charakterystyczne: Godlewski rozumiał kulturę szeroko. Nie jako zbiór muzealnych eksponatów, ale jako energię narodu – obejmującą sztukę, naukę, sport, edukację i pamięć historyczną.

Jednym z najbardziej wzruszających świadectw jego działalności są wspomnienia beneficjentów stypendiów. Dzięki jego pomocy wielu młodych Polaków mogło studiować za granicą, rozwijać kariery naukowe i artystyczne. Nie inwestował więc wyłącznie w przedmioty. Inwestował w ludzi.

W istocie Julian Godlewski należał do wymierającego dziś typu polskiego inteligenta-patrioty, który uważał majątek za narzędzie służby publicznej. Nie był politykiem, a jednak zrobił dla polskiej kultury więcej niż niejeden minister. Nie był dyrektorem muzeum, a jednak odbudowywał kolekcje narodowe. Nie był profesorem historii sztuki, a jednak ratował dziedzictwo artystyczne całych epok.

Dzisiaj, gdy mówi się o odbudowie pamięci narodowej, o ochronie dziedzictwa i mecenacie kultury, nazwisko Juliana Godlewskiego powinno pojawiać się znacznie częściej. Bo jego działalność pokazuje, że kultura nie utrzymuje się sama. Potrzebuje ludzi gotowych poświęcić czas, pieniądze i energię dla czegoś większego od siebie.

Był człowiekiem, który zrozumiał dramat rozproszonego polskiego skarbca po II wojnie światowej. I próbował ten skarbiec mozolnie scalać. Obraz po obrazie. Arras po arrasie. Kielich po kielichu. Stypendium po stypendium.

To właśnie dlatego jego biografia jest czymś więcej niż historią bogatego filantropa. To opowieść o człowieku, który całe życie prowadził prywatną akcję odzyskiwania polskiej pamięci.

Andrzej Dębkowski

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Między ciszą herbaty a rytmem współczesności

Piotrków Trybunalski zachwycił festiwalem sztuki japońskiej 

 

Piotrków Trybunalski na kilka majowych dni stał się miejscem niezwykłym. Miastem, w którym codzienność ustąpiła miejsca subtelności gestu, skupieniu nad detalem, kontemplacji piękna i fascynującej podróży przez kulturę Kraju Kwitnącej Wiśni. Festiwal Sztuki Japońskiej nie był jedynie serią wydarzeń artystycznych. Był spotkaniem ludzi zafascynowanych Japonią, dialogiem kultur, ale przede wszystkim wielkim świętem wrażliwości, które połączyło sztukę, filozofię, podróż i ludzką pasję.

 

Od pierwszych chwil czuło się, że nie jest to przedsięwzięcie stworzone „urzędowo” ani chłodno wyreżyserowane. Festiwal miał duszę. A duszą tego wydarzenia był bez wątpienia Witold Stawski – pomysłodawca, dyrektor i spiritus movens całego przedsięwzięcia. Człowiek, który od lat udowadnia, że kultura może być przestrzenią autentycznego spotkania, otwartości i inspiracji. Jego fascynacja Japonią nie zatrzymała się na poziomie turystycznej ciekawostki. Stała się impulsem do stworzenia wydarzenia niezwykle ambitnego, a jednocześnie przystępnego, pełnego emocji i prawdziwej pasji poznawania świata.

Witold Stawski potrafił zgromadzić wokół siebie ludzi wyjątkowych – artystów, wykładowców, kolekcjonerów, podróżników i animatorów kultury. Dzięki temu Festiwal Sztuki Japońskiej w Piotrkowie Trybunalskim nie przypominał akademickiego seminarium, lecz żywą opowieść o Japonii widzianej oczami ludzi zakochanych w jej tradycji, sztuce i duchowości. Właśnie ta różnorodność okazała się największym atutem wydarzenia. Już pierwsze prelekcje w Liceum Sztuk Plastycznych VillaArte pokazały, że organizatorzy postawili na jakość i autentyczność. Spotkanie poświęcone elementom japońskiej kultury młodzieżowej prowadzone przez Witolda Stawskiego przyciągnęło uwagę młodych odbiorców, którzy mogli zobaczyć Japonię nie tylko jako kraj dawnych ceremonii i samurajów, ale także jako przestrzeń niezwykle nowoczesnej i dynamicznej kultury współczesnej. Z kolei Marta Bilecka wprowadziła uczestników w świat sztuki japońskiej na przestrzeni dziejów, pokazując niezwykłą ciągłość estetyki, harmonii i szacunku wobec natury.

Ogromnym zainteresowaniem cieszyły się warsztaty artystyczne. Możliwość własnoręcznego poznania symboliki darumy, tajemnicy lalek kokeshi czy technik związanych z japońskim rzemiosłem sprawiała, że uczestnicy nie byli jedynie widzami, lecz stawali się częścią opowieści. W tych działaniach było coś więcej niż edukacja – była próba zrozumienia filozofii ukrytej w prostocie przedmiotów i gestów.

Szczególne wrażenie zrobiła uroczysta inauguracja w Mediatece 800-lecia. Wystawy przygotowane przez zaproszonych artystów i kolekcjonerów stworzyły niezwykłą przestrzeń pełną skupienia i zachwytu. Drzeworyty Tomasza Kawełczyka zachwycały precyzją oraz niezwykłym połączeniem tradycji z autorską interpretacją formy. Kolekcja lalek kokeshi Jerzego Arsoby miała w sobie coś intymnego i wzruszającego – była opowieścią o podróżach, cierpliwości i fascynacji kulturą Japonii. Fotografie Aleksandry Fidziańskiej ukazywały Japonię nie jako egzotyczną pocztówkę, ale jako miejsce emocji, światła i codziennych chwil. Zwoje kakemono prezentowane przez Dariusza Szpakowskiego budziły podziw swoją symboliką i duchowym wymiarem.

Jednym z najmocniejszych punktów festiwalu była prelekcja Witolda Stawskiego „W poszukiwaniu kokeshi”. Nie była to zwykła opowieść podróżnicza. Było w niej doświadczenie człowieka, który naprawdę zanurzył się w kulturze Japonii i potrafił przekazać słuchaczom własne emocje, zachwyt i refleksję. Publiczność słuchała z ogromnym skupieniem, bo opowieść Stawskiego miała w sobie autentyczność, której nie da się wyreżyserować. Widać było wyraźnie, że festiwal wyrósł z osobistego doświadczenia i potrzeby dzielenia się pięknem. Ważnym elementem wydarzenia były również projekcje filmowe Radosława Tyszkiewicza, prezesa Fundacji Polska-Japonia. Dokumenty poświęcone Polakom żyjącym w Japonii pokazywały niezwykłe relacje między naszymi narodami i przypominały, że kultura jest najtrwalszym mostem między ludźmi.

Kolejne dni festiwalu przynosiły następne odkrycia. Ceremonia herbaty prowadzona przez Urszulę Mach-Bryson była czymś więcej niż pokazem tradycji. Stała się lekcją uważności i skupienia, próbą zatrzymania świata choćby na chwilę. Spotkania z Wacławem Nowackim, Jerzym Arsobą czy Izumi Yoshidą otwierały przed uczestnikami kolejne przestrzenie japońskiej estetyki – od poezji haiku i haiga, przez filozofię obrazu, aż po współczesny film animowany.

Ogromną wartością festiwalu było to, że nie ograniczał się on wyłącznie do biernego oglądania. Warsztaty ceramiki raku, sztuki furoshiki czy techniki suminagashi pozwalały uczestnikom dosłownie dotknąć kultury Japonii. W tych działaniach nie chodziło wyłącznie o efekt artystyczny, ale o doświadczenie procesu, cierpliwości i harmonii.

Festiwal Sztuki Japońskiej w Piotrkowie Trybunalskim udowodnił, że nawet dalekie kultury mogą stać się bliskie, jeśli opowiada się o nich z pasją, szacunkiem i autentycznością. Było to wydarzenie piękne, mądre i potrzebne – szczególnie dziś, w świecie pełnym pośpiechu i powierzchowności. Japonia pokazana w Piotrkowie nie była egzotycznym spektaklem. Była opowieścią o człowieku, o ciszy, skupieniu, sztuce codzienności i potrzebie odnajdywania harmonii. I właśnie dlatego tak ważna pozostaje rola Witolda Stawskiego. Bez jego energii, doświadczenia, wrażliwości i odwagi ten festiwal nigdy by nie powstał. To on połączył ludzi, idee i instytucje. To on potrafił przekuć osobistą fascynację w wydarzenie o ogromnym znaczeniu kulturalnym dla miasta i regionu. Festiwal Sztuki Japońskiej stał się czymś więcej niż jednorazową imprezą – stał się dowodem, że prawdziwa kultura rodzi się z pasji jednego człowieka, który potrafi zaprosić innych do wspólnej podróży.

Andrzej Dębkowski