Nowości książkowe

 

 

Plakat

Nasz patronat

 

II Ogólnopolski Konkurs Poetycki „O Laur Adama – 2024”

 

I Organizatorami II Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Laur Adama – 2024 są: Adam Jarubas – Poseł do Parlamentu Europejskiego oraz Stowarzyszenie Kulturalno-Historyczne „Beldonek” w Pińczowie.

II Celem konkursu jest inspirowanie do aktywności twórczej, promowanie talentów literackich oraz popularyzacja twórczości poetyckiej.

III Warunkiem uczestnictwa w Konkursie jest nadesłanie zestawu trzech wierszy. Utwory nie mogą być wcześniej publikowane, ani nagradzane w innych konkursach. Jury oceni jeden z nadesłanych wierszy.

IV Tematyka i forma utworów jest dowolna.

V Prace konkursowe powinny być opatrzone godłem słownym (pseudonimem), a do nich dołączona koperta z tym samym godłem w adresie, zawierająca w zaklejonej kopercie kartkę z danymi autora (imię i nazwisko, adres do korespondencji, e-mail, ewentualnie numer telefonu ). Prace należy przesyłać w 4 egzemplarzach.

Warunkiem uczestnictwa w Konkursie jest dołączenie podpisanego przez autora oświadczenia o następującej treści: „Oświadczam, że zapoznałem się z treścią i akceptuję w całości regulamin II Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Laur Adama - 2024”. Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych autora pracy konkursowej w zakresie i celach wskazanych w regulaminie”.

VI Jury powołane przez organizatora w składzie: Adam Gwara, Adam Ochwanowski, Adam Ziemianin oceni nadesłane utwory oraz przyzna następujące nagrody i wyróżnienia: I – 1000 zł; II – 700 zł; III – 500 zł oraz trzy wyróżnienia po 300 zł.

Nagrodzone i wyróżnione prace będą opublikowane na plakacie poetyckim i na portalach literackich.

VII Lista zwycięzców zostanie opublikowana na stronie: www.jarubasadam.pl i na portalach kulturalnych.

VIII Prace konkursowe należy przesłać do dnia 15 marca 2024 roku (decyduje data stempla pocztowego) na adres: Biuro Poselskie Adama Jarubasa 25-363 Kielce, ul. Wesoła 47/49, z dopiskiem „O Laur Adama” lub dostarczyć do siedziby organizatora.

IX Patronem medialnym Konkursu jest „Gazeta Kulturalna” i Radio z Qlturą, a patronem honorowym – Warszawski Klub Przyjaciół Ziemi Kieleckiej.

X Laureaci Konkursu zostaną powiadomieni o miejscu i terminie wręczenia nagród drogą mailową, bądź telefoniczną. Organizatorzy nie refundują kosztów dojazdu na uroczystość wręczenia nagród.

XI Pytania dotyczące konkursu należy kierować na adres: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. lub do Adama Ochwanowskiego – tel. 660 271 154.

XII Organizatorzy nie zwracają nadesłanych tekstów zastrzegając sobie prawo do publikowania i cytowania w mediach nagrodzonych i wyróżnionych wierszy bez dodatkowej zgody autorów i bez honorarium autorskiego.

XIII Ochrona danych osobowych:

  1. Administratorem danych osobowych przetwarzanych w ramach konkursu jest Stowarzyszenie Kulturalno-Historyczne Beldonek w Pińczowie.
  2. W ramach konkursu Administrator danych przetwarzał będzie imiona, nazwiska, email oraz adres do korespondencji uczestników.
  3. Dane wymienione w ust. 2. przetwarzane są na podstawie zgody. Zgoda ta jest dobrowolna i możliwa do wycofania w każdym czasie. Wycofanie zgody nie wpływa na zgodność z prawem przetwarzania przed jej wycofaniem.
  4. Celem przetwarzania danych jest identyfikacja uczestników turnieju oraz umożliwienie powiadomienia laureatów o przyznanych nagrodach.
  5. Dane uczestników konkursu będą przetwarzane przez czas trwania konkursu i usunięte nie później niż po upływie 3 miesięcy od dnia jego zakończenia.
  6. Autor ma prawo dostępu do treści danych, prawo ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo wniesienia sprzeciwu przeciwko ich przetwarzaniu.

 

 

Plakat

Andrzej Walter

 

O Zbigniewie Milewskim raz jeszcze

 

Poznaliśmy się bodaj w 2012 roku, w Warszawie, w ministerstwie wódki i śledzia. Trwała akurat Warszawska Jesień Literacka i spędzaliśmy ten czas między innymi z Grażynką i Andrzejem Gnarowskimi, a Zbyszek chyba chciał sobie mnie obejrzeć – kim jest ów śląsko-krakowski rewolucjonista literacki. Padło na pierwszy z brzegu lokal na Krakowskim Przedmieściu i nie wiem do dziś co się wydarzyło, ale pamiętam to nasze pierwsze spotkanie. Okazało się chyba, że niejako jesteśmy na siebie skazani jako nieuleczalni miłośnicy i pasjonaci najstarszej i nobliwej Organizacji Literackiej w Polsce z ponad stuletnią już tradycją, a mianowicie Związku Literatów Polskich – łódź, którą nadal płyniemy po wzburzonych falach oceanu i którą chcemy jednak gdzieś obaj dopłynąć.

Kiedy czytam Zbyszkowe: – w poezji nie lubię ograniczeń, albo gdzie indziej – im więcej drogi tym mniej mnie, to czuję pewnego rodzaju jedność myśli, tożsamość spojrzenia na otaczającą nas tu i teraz rzeczywistość, choć z pewnością bardzo wiele nas różni, choćby wizja przyszłości Związku, wizje drogi literackiej, zaprzyjaźnione redakcje i style publikacji. Wiemy jednak obaj, że aby płynąć, i aby dopłynąć, aby ta odyseja miała w ogóle znaczenie i sens potrzeba swojego rodzaju dyplomacji, swojego rodzaju elastyczności uczestnictwa w sztormach życia literackiego, w zalewie szmiry i tandety, w donośności wołania o emocje i wartości. Trzeba wiedzieć kiedy i w jakim momencie ugiąć kark, a kiedy donośnie zaprotestować, choć i w tej materii różnią nas metody i koncepcje. Łódź będzie płynąć tylko wtedy, gdy pierwszorzędne znaczenie będzie miał mechanizm jej utrzymania na wodzie, a nie poszczególne rozdanie stopni, tytułów, posad czy kompetencji. I jestem pewien, że obaj wiemy i uważamy to właśnie za najważniejsze i priorytetowe w naszej wędrówce po ścieżkach literatury.

W twórczości nie lubimy ograniczeń

Zbigniew Milewski jest poetą manifestu i poetą tej ziemi. Można go też określić mianem nowoczesnego poety przyrody, ale tej która już była, jakby jej wspomnieniem i społecznym wymiarem, który zaciera się niejako w świetle naszych metropolii, ulic, miast i zgiełku codzienności. Zatem o tyle jest poetą nowoczesnym, że łączy stary świat z nowym cyberświatem i światem zubożałego języka. Spotkałem się ze zdaniem, że Jego najlepszym tomem są właśnie „Zagrabki” z roku 2012? To faktycznie tom trudny do rozpoznania. Tom tajemnych znaczeń, kodów i wizji wręcz, ze śmiałą metaforą, brawurowym wierszem współczesnej polskiej poezji i niesłychanym nowatorskim wyrazem. „Zagrabki” to był nowy głos poezji. Wielka szkoda, że ten tom jakoś tak przeminął zbyt mało doceniony przez publiczność i krytykę.

I mamy teraz „Konstelacje”. Jakby łagodniejsze już słowa, stonowane, wyciszone, bardziej poukładane i śmiem twierdzi zgaszone – im więcej drogi ty mniej mnie. Czy mniej? Z perspektywy stateczniejącego buntu i inflacji idealizmu to zapewne nas mniej, ale też więcej w nas rozwagi, konkluzji, wyważenia sądów, słowem tego bagażu doświadczenia życiowego pozwalającego stwierdzić – krew poety rozpostarła skrzydła w cudzych wersach (...)

Jakże to pięknie powiedziane... Krew poety rozpostarła skrzydła w cudzych wersach. Jesteśmy ulepieni z cudzych wersów. Chłoniemy je i przetwarzamy we własnych poszukiwaniach poezji, aby pisać i pisać swoje widzenie świata, swoje emocje, lęki, frustracje, zachwyty i wizje. Z nostalgią i smutkiem spoglądamy na rangę i rolę literatury we współczesnym nam świecie, pozycję pisarza, jego szacunek społeczny, jego wpływ na ten świat i jego nędzę na drodze ku wieczności. Wieczność nas wszystkich rozsądzi, pogodzi, zrówna. Wieczność pokryje nas patyną kurzu i być może, zapomnienia. Na razie jeszcze żyjemy. Takie to konstelacje, w których być może poezja opisuje świat jak dawniej proza. Zaczęła bowiem być może mieć takie powołanie, takie zadanie, może wyzwanie, skoro proza oddała swą szlachetność w ramiona sensacji, akcji i kryminału, to aby wyrazić uczucia, emocje i piękno ostała nam się li tylko poezja? Pytanie zasadnicze – jaka poezja? Jak napisana? Z jaką metaforą, w jakiej formie i jak... skrytykowana, czy niezrozumiale – akademicko, językiem totalnie oderwanym od rzeczywistości? Czy też może uczciwie, szczerze, prostolinijnie skrytykowana jakbyś pisał list do przyjaciela?

W tej optyce „Konstelacje” Zbigniewa Milewskiego coś znaczą, o coś ważnego pytają, zarysowują nam pewne myśli, orzeźwienia i koncepcje, przerywają ciszę wokół tej relacji prozy z poezją, materii z duchem i metafory z jazgotem współczesnej nowomowy skrótu i uprymitywnienia kolosalnego języka i komunikacji. Poeta celowo miesza szyki, formy i przekazy, prowokuje i sypie piasek słowa w tryby życia i percepcji. Pyta, odpowiada, szafuje słowem i tworzy równania z wieloma niewiadomymi, abyśmy nie zginęli w pustosłowiu i chaosie. Choć do chaosu musimy się przyzwyczaić niemal jak do Hadesu. Takie, ot determinanty stoją wyzwaniem przed naszym losem. Odwieczne zadanie i terapia z poezji. Konstelacje czyli kształty Twoich gwiazd, kształty Twoich marzeń, przechodzące w kształty rzeczy i codzienności. To my odpowiedzialni jesteśmy za ten kształt rzeczy. To my, zdamy sprawę na Sądzie Ostatecznym. Kto nas osądzi? Oby Ktoś zechciał...

(Kraków, 16 stycznia 2024)

Andrzej Walter

 

 

Plakat

 

 

Plakat

 

 

Plakat

Mirosław G. Majewski

 

Non Omnis Moriar

 

– Jak się pan czuje, panie Januszu?

Zwykle tym pytaniem rozpoczynałem nasze telefoniczne rozmowy z Januszem Majewskim. Niestety, nie zadam już więcej tego pytania. Nasze nocne rozmowy (obydwu nam dokuczała bezsenność) dobiegły swego kresu.

Ten znakomity artysta opuścił nasz ziemski wymiar, udając się w nieznane. Kiedy zapytałem pana Janusza, czy wierzy w egzystencję po śmierci, po chwili zastanowienia odpowiedział, że tego wykluczyć nie może. Tylko tyle, i aż tyle.

Odszedł 10 stycznia, w dniu urodzin swojego ulubionego aktora Wiktora Zborowskiego, który notabene kilkanaście lat wcześniej dał mi telefon do pana Janusza, polecając mnie jako... no właśnie, może jako dobrego słuchacza.

Przy pierwszej naszej rozmowie nie omieszkałem zapytać pana Janusza, czy to czasem nie nasze wspólne nazwisko zaważyło na udzieleniu zgody na wywiad. Pan Janusz odpowiedział, że bardziej referencje Wiktora, ale nazwisko też miało swoje znaczenie. Dziś mogę powiedzieć, że od samego początku poczuliśmy dobre fluidy, do tego stopnia, że pan Janusz Majewski wręcz zachęcił mnie, abym do niego dzwonił, o ile tylko będę miał ochotę, a on czas – tak zwyczajnie, na pogaduchy. Nie ukrywam, że z dziką rozkoszą skorzystałem z tej oferty. Pierwszy nasz wywiad „Bez nadziei, życie jest beznadziejne” ukazał się na łamach „Gazety Kulturalnej”. Wziął swoją nazwę z ostatniej odpowiedzi osiemdziesięciodwuletniego wówczas reżysera w związku z moim pytaniem, czy możemy mieć nadzieję na kolejne jego filmy (w co zupełnie nie wierzyłem, biorąc pod uwagę wiek pana Janusza). Zakładałem że film „Mała matura” jest łabędzim śpiewem tego wspaniałego artysty. Jakże się myliłem.

Pan Janusz zaskoczył widzów filmem „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy” (2015), dokumentem „Ostatni klezmer” (2017), kryminałem „Czarny mercedes” (2019) oraz dokumentem „Jazz Outsider” (2022), czym pokazał, że jest tytanem pracy. Rok wcześniej, będąc dziewięćdziesięciolatkiem, wydał swoją kolejną książkę „Maleńka”.

To tyle, jeżeli chodzi o sprawy kronikarskie, ale wróćmy do naszych rozmów, chociaż z tym jest wielki problem, biorąc pod uwagę pojemność „Gazety Kulturalnej”. Rozmawialiśmy jak Majewski z Majewskim, a dokładniej jak artysta z klasy okręgowej z artystą z superligi (przynajmniej ja to tak odbierałem). W tym miejscu mogę przytoczyć słowa pana Janusza:

Panie Mirku, nie ma sprawy! Będziemy rozmawiali, ile Pan chce. Od pierwszej rozmowy mam zaufanie do Pana, dlatego przystaję na to bez przymusu, w odróżnieniu od rozmaitych nudziarzy lub idiotek, którzy mnie wkurwiają. Więc bez obaw, zawsze po 23.00 jest OK, a gdyby coś kiedyś przeszkadzało, od razu powiem. Dobrej nocy!

To było dla mnie dobre otwarcie, byłem świadomy różnicy wagi naszych nazwisk, o osiągnięciach nie wspominając, tym bardziej czułem się wyróżniony taką przychylnością pana Janusza, której do dzisiaj nie jestem w stanie zrozumieć. Niejednokrotnie byłem zaskakiwany telefonami od pana Janusza, który ot tak, zwyczajnie, w biegu postanowił ze mną pogadać.

I gadaliśmy…

Z każdym dniem (a raczej nocą) dało się odczuć coraz większy wysiłek w głosie pana Janusza, który puszczał mimo uszu moje sugestie, aby może zakończyć nasze nocne rozmowy, twierdząc, że i tak nie zaśnie wcześniej niż o 3.00.

I gadaliśmy…

Nasze nocne rozmowy opublikowałem w trzech wywiadach, które ukazały się w trzech literackich periodykach. Materiału mam na sporą książkę, ale nie wiem, czy zrobię z tego użytek.

A teraz ostatni sms, który otrzymałem od Janusza Majewskiego na niespełna dwa miesiące przed jego odejściem:

Siedzę, bo chodzić coraz trudniej, a właśnie siedzenie to pogłębia błędne koło! Co do psyche: wypróbowałem wszystkie remedia, najlepsza jest terapia pracą i tym się zawsze ratowałem. Na drugim miejscu jest pies, miałem psy od zawsze, dopiero teraz już mieć nie mogę (VIII piętro, mamy skwerek, wybieg w odległości samochodowej), a już 12. rok mieszkam sam. Doszło do tego, że najbliżsi dwaj przyjaciele już odeszli na zawsze, cała moja generacja już odeszła, my dwaj z RP i jeszcze jeden (St. S.) naprawdę jesteśmy ostatni. Teraz seniorzy środowiska to moi uczniowie – Bajon, Falk, Barański, Machulski już prawie wszyscy w okolicach 80-tki. Stop! To zamienia się w lament, czego nie znoszę. Trzeba odczekać złe dni, w końcu przyjdą lepsze i tego Panu (i sobie) życzę! JM.

Kilkunastoletni okres mojej znajomości z panem Januszem Majewskim skończył się definitywnie. Już więcej nie zadam pytania: Jak się pan czuje, panie Januszu?

Nie będzie już więcej nocnych rozmów jak Majewski z Majewskim.

Ale czy na pewno?

W tym miejscu aż się prosi, aby zacytować Horacego:

Nie wszystek umrę, wiem, że uniknie pogrzebu cząstka nie byle jaka i rosnący w sławę...

Mirosław G. Majewski

 

 

 

Plakat

 

 

Plakat

Z Markiem Wawrzkiewiczem rozmawia Adam Lewandowski, poeta i burmistrz Śremu

 

Warto przypomnieć

 

Marek Wawrzkiewicz – ceniony poeta, dziennikarz, prezes Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, bywalec corocznego Międzynarodowego Festiwalu Poetyckiego. 

 

Adam Lewandowski: – Marku, pozwolisz, że tak się do Ciebie zwrócę: nie mogłem zliczyć książek Twojego autorstwa?

 

Marek Wawrzkiewicz: – Ja też nie liczę. Ale gdyby uwzględnić antologie autorskie (tzn. mój wybór, wstępy i posłowia (ewentualnie przekłady w przypadku antologii poezji obcej) oraz moje książki wydane w Macedonii, Serbii, Rosji, Ukrainie i w Chinach – ta ostatnia w nakładzie 110 tysięcy egzemplarzy – to pewnie uzbiera się tego 50.

 

– Kiedy debiutowałeś?

 

W połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Nietypowo, bo nie w prasie, a w radiu. Debiut litościwie przykrył kurz zapomnienia, pamiętam, że wiersze były upiorne.

 

– A kiedy ukazała się pierwsza oficjalna książka?

 

– W roku 1960 Wydawnictwo Łódzkie wydało moje „Malowanie na piasku”. Redaktor, poeta, Tadzio Chróścielewski, z którym potem wiele lat się przyjaźniłem, bezbłędnie wybrał wiersze najgorsze. Stanisław Czernik nazwał ten tomik „neostaffizmem”, co pewnie nie było pochlebne. A wiersze odrzucone wyszły w tomiku „Orzech i nimfa”. W „Czytelniku”, a to była poetycka nobilitacja.

 

– Masz wiele nagród literackich, orderów, wyróżnień – które cenisz najbardziej?

 

– W ostatnich latach często zasiadam w różnych jury przyznającej różne nagrody literackie. Powoduje mną nie tylko niska żądza pieniędzy, ale przede wszystkim nadzieja, że dokonam jakiegoś odkrycia, że coś mnie olśni. Rzadko, bo rzadko, ale to jednak się zdarza. A moje nagrody? Jestem laureatem nagród im. Reymonta, Norwida, Słowackiego, Nagrody Miasta Stołecznego Warszawy. Są ważne, ale z perspektywy czasu często wspominam szczególnie dwie. W roku 1958 wygrałem turniej jednego wiersza w czasie Festiwalu Młodej Poezji Polskiej w Poznaniu, pokonując prawie 70 poetów ze ścisłej czołówki polskiej. Trzecią nagrodę otrzymał wówczas wspaniały poeta, Krzysztof Gąsiorowski, z którym przyjaźniłem się przeszło pół wieku, aż do jego śmierci. A w połowie lat sześćdziesiątych wraz z kompozytorem Czesławem Majewskim wygraliśmy ogólnopolski konkurs na piosenkę patriotyczną. Honorarium było ważne, ale ważniejsze było to, że tę nagrodę wręczał nam Jerzy Wasowski.

 

– Wiele o Twojej twórczości, polskim literackim świecie można się dowiedzieć z książki Nie minęło... Moim zdaniem jedna z najlepszych książek, które ukazały się w 2023 roku. Rozumiem, że to tylko opis niewielkiej części Twoich doświadczeń?

 

– Rzeczywiście, spotykam się z bardzo pochlebnymi opiniami na temat tej książki – ponad oczekiwania. Ona wpisuje się w nurt moich książek wspomnieniowych – przedtem wyszły dwie takie. Piszę w nich o zdarzeniach, których byłem świadkiem i uczestnikiem. Piszę o ludziach, z którymi los mnie zetknął (za co losowi jestem wdzięczny), a którzy są ważni dla polskiej literatury i kultury. Niestety, dla młodszych pokoleń ich nazwiska i dzieła są nieznane. Uważam za swój obowiązek przypominanie o nich. Ci młodsi, dzisiejsi, często nie zdają sobie sprawy, nie są świadomi, że ich twórczość wyrosła na glebie, którą tamci użyźnili. Okazuje się, że nie wszystko napisałem, ciągle wracam pamięcią do przeszłości, więc niewykluczone, że jeszcze nie skończyłem...

 

– Uwielbiam Twoje opowieści dotyczące życia literackiego świata z lat sześćdziesiątych, czy siedemdziesiątych. Które doświadczenia, z którym literatem tego okresu, uważasz za najważniejsze, za najbardziej ilustrujące tamten okres?

 

– Jestem warszawiakiem, ale powojenne losy rzuciły moją rodzinę na Ziemię Łódzką. W Łodzi mieszkałem 17 lat, studiowałem, pracowałem jako dziennikarz, w Łodzi publikowałem wiersze. To miasto w tych czasach było ważnym ośrodkiem literackim. Poznałem się, kolegowałem, przyjaźniłem z wieloma prozaikami i poetami, od nich uczyłem się literatury. Ale jednocześnie, ponieważ publikowałem już w pismach ogólnopolskich, coraz częściej bywałem w Warszawie. To był czas pokolenia Współczesności i mojej znajomości z Grochowiakiem, Śliwonikiem, Drozdowskim i innymi. A kiedy wypączkowała Orientacja Poetycka HYBRYDY, wsiąkłem w nią, zaprzyjaźniłem się z Gąsiorowskim, Górzańskim, Jerzyną, Żernickim, Waśkiewiczem, Stachurą. Rozmawialiśmy godzinami o poezji, co było zapładniające, kształcące i pomagające w szukaniu własnej drogi poetyckiej. Myślę jednak, że bardziej na mnie wpłynęli dwaj wielcy poeci – Jastrun i Iwaszkiewicz. Ten drugi do dziś jest dla mnie olbrzymem: wielkim poetą i największym polskim nowelistą. I co najważniejsze: w początku lat sześćdziesiątych ukazał się tom wierszy wybranych T.S. Eliota. Jestem przekonany, że to jeden z największych poetów świata, a przynajmniej ten, który miał decydujący wpływ na współczesną poezję Europy, jeśli nie świata.

 

– W Śremie wspominamy super udane spotkanie w Śremskim Wirydarzu, podczas którego – wspólnie z Andrzejem Walterem i Andrzejem Dębkowskim – podaliście słuchaczom niesamowity komponent literacki. To było piękne spotkanie – sporo historii, faktów literackich, ale i sporo humoru. Takie spotkania pomagają przybliżyć społeczeństwu literaturę?

 

– Młodym poetom mówię: każdy z was jest równy Mickiewiczowi. Bo „Ballady i romanse” wielkiego Adama ukazały się w nakładzie 300 egzemplarzy, tak, jak książki, które wy wydajecie. Taki tomik ma może około 1000 czytelników, na jego poczytność nie wpływa krytyka towarzysząca, której praktycznie nie ma. Tak więc współczesny maniak tworzący literaturę, ma obowiązek nie tylko pisania dobrych książek, ale powinien być czymś w rodzaju domokrążcy – musi starać się dotrzeć do czytelnika, propagować literaturę. A jeśli pytasz mnie o śremskie spotkanie: z Andrzejami Dębkowskim i Walterem pozostaję w bliskiej przyjaźni, mamy podobny stosunek do literatury, często razem występujemy i w jakiś sposób się uzupełniamy. A ponieważ nie lubimy wzniosłości i celebry, to sobie żartujemy, starając się, aby te żarty były niegłupie i żeby przemycić w nich słuchaczom trochę wiedzy o poezji i o tym czym ona, naszym zdaniem, być powinna. Jeśli uważasz, że w Śremie nam się to udało, to bardzo się cieszę.

 

– Międzynarodowy Listopad Poetycki daje naszemu miastu sporo literackich emocji. Gościliśmy Ciebie na kilku spotkaniach – jaka jest śremska publiczność literacka?

 

– Chyba jednak jest coś takiego: genius loci. Są takie przyjazne, życzliwe miejsca. Jestem ciekawy publiczności, z którą się spotykam. A jeśli ona jest ciekawa mnie i tego, co mówię i czytam, to z tej obopólnej ciekawości rodzi się zrozumienie, co powoduje, że spotkanie jest udane i wszyscy są zadowoleni – choćbyśmy pozornie byli z innych planet. W Śremie byłem parę razy, odwiedzałem jedną z najpiękniejszych bibliotek, jakie widziałem. Wyniosłem z tych odwiedzin jak najlepsze wrażenia, polubiłem tę publiczność. Może to jest tak, że jeśli władze miasta są zainteresowane kulturą, to to zainteresowanie staje się zaraźliwe. Może to i Twoja zasługa? Przecież jesteś najlepszym poetą wśród burmistrzów, i najlepszym burmistrzem wśród poetów... Wbrew mniemaniu, że poeta to jest ktoś bujający w obłokach, uważam, że poeci są ludźmi najbardziej zorganizowani. Na czele większości oddziałów ZLP stoją poeci. I dobrze sobie radzą.

 

– Jaka jest kondycja Związku Literatów Polskich pod Twoim kierownictwem?

 

– To jest przeszło 1000 osób zgromadzonych w 18 oddziałach. To są ludzie, którzy chcą być razem, wspólnie działać, spotykać się, rozmawiać o literaturze. Są przekonani – niekiedy słusznie – że mają ludziom, społeczeństwu, coś ważnego do powiedzenia. To ich łączy. I niewiele więcej. No, nie – jeszcze sytuacja finansowa. Jesteśmy biednym środowiskiem, wydawcy nie płacą honorariów, bo system rozpowszechnienia ambitnej, wartościowej książki nie istnieje. Przestała ona być dokumentem kulturowym, stała się towarem. Jedynym sukcesem książki jest sukces komercyjny, a ten jest udziałem może 40-50 współczesnych pisarzy, w tym ani jednego poety, krytyka, czy eseisty.

Pochodną tej sytuacji jest sytuacja organizacji pisarskich. Mają się utrzymywać ze składek członkowskich. Dotacje na akcje promujące literaturę – konkursy, festiwale, seminaria – przyznawane są nadzwyczaj niechętnie i według niepojętych kryteriów. A mimo to próbujemy coś robić i często – sądząc po reakcji odbiorców – postępujemy słusznie. Zapaleni naiwniacy.

Związek Literatów Polskich liczy sobie 104 lata. Przewodzili nim Żeromski, Strug, Iwaszkiewicz, Przyboś, Kruczkowski, Słonimski, Żukrowski, Kuncewicz. Ta tradycja zobowiązuje.

 

– Czy twórczość poetycka ma szanse na przebicie się pośród literatury fantastyki, powieści kryminalnych, biografii?

 

– Poezja zawsze była sztuką elitarną, intymną rozmową między twórcą a niewielką grupą czytelników. Nie ma szans równania się popularnością z kryminałem, fantazy, powieścią obyczajową itd. Ale też zawsze stawiała przed swoim pokoleniem, a także następnymi, ważne pytania, niekiedy nawet formułowała diagnozy. Tak jest i dzisiaj i tak pewnie będzie. Czy to jednak nie zastanawiające? W każdym niemal mieście jest ulica Żeromskiego, Prusa, może jeszcze kilku prozaików. A zobaczmy, policzmy ulice Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Kasprowicza, Przybyszewskiego, Broniewskiego...

 

– Jesteś dziennikarzem, radiowcem, dyplomatą. Kim jeszcze jest Marek Wawrzkiewicz?

 

– Pytasz mnie o przeszłość. Byłem, byłem... Teraz wydaje mi się, że jestem pisarzem, poetą, gawędziarzem opowiadającym o minionych latach, krytykiem, publicystą, działaczem kultury. I przeszło dwadzieścia lat prezesem ZLP. I jeszcze jedno: przyjacielem. Z dystansu lat widzę, że obok miłości, przyjaźń jest najważniejszym ludzkim uczuciem. Lubię przyjaźń, dobrze się w niej czuję. Chciałbym, żeby ludzie się przyjaźnili. A jeśli to niemożliwe, to chociaż, żeby byli wobec siebie tolerancyjni.

 

– Czy dostrzegasz plejadę młodych, polskich, utalentowanych poetów?

 

– Od dawna twierdzę, że polska poezja należy do najwybitniejszych poezji świata. W ciągu mojego długiego życia aż trzech polskich autorów – piszących przecież w peryferyjnym, niepopularnym języku – otrzymało nagrody Nobla. Pokaż mi drugą taką nację! Ale nie tylko nazwiska noblistów stanowią o randze polskiej literatury. Jest nią różnorodność, wielorakość, mnogość stylów i trendów. Czytam stale polską współczesną poezję i podziwiam ją. Nie będę wymieniał nazwisk, jest ich wiele. Młodzi? No, pewnie, wszyscy są młodsi ode mnie.

 

– Na koniec poproszę o treść najnowszego wiersza Twojego autorstwa. Bardzo dziękuję za rozmowę – no i zapraszam na kolejne spotkania do Śremu, który uwielbia literaturę, a szczególnie poezję. 

 

– Dziękuję za Twoje zaproszenie, z radością z niego skorzystam. A może zamiast streszczenia wiersza, przytoczę w całości jeden z dwóch ostatnich. Dobry, bo rymowany i krótki.

                                        

Oczy

 

Postarzały się ręce moim byłym dziewczynom,

Ich głosy niegdyś dźwięczne stały się chropawe.

Czas bujnych włosów już dawno przeminął,

Jest jak stara moneta uroniona w trawie.

 

Jest ich wiele bogaciej i w talii i w biodrach,

A i poniżej bioder rozrosły się znacznie.

Poszarzały źrenice, kiedyś takie modre.

Są niby takie same, ale są inaczej.

 

Nie owijają ich teraz ciepłym światłem zorze,

A blask od nich bijący zmniejszył się i zmroczył.

Tak dzisiaj wyglądają, takie są. Lecz może

Prosto w oczy mi kłamią moje stare oczy.

 

Na zdjęciu od lewej: Andrzej Walter, Adam Lewandowski, Marek Wawrzkiewicz i Andrzej Dębkowski