Andrzej Dębkowski
Elity z algorytmu. Jak media wyhodowały głupotę i nazwały ją sukcesem
Są w Polsce momenty rzadkie jak cisza w telewizji śniadaniowej: chwile, w których ktoś mówi prawdę bez oglądania się na sponsorów, zasięgi i „czy to się kliknie”. Karolina Korwin-Piotrowska ma ten nieprzyjemny dla systemu nawyk – że gdy widzi bzdurę, nazywa ją bzdurą. Bez pudru, bez uśmiechu, bez tej żenującej medialnej gry w „każdy ma swoją prawdę”. Nie, nie każdy. Jedni mają argumenty, inni tylko mikrofon i pustkę między uszami.
Kiedy więc jakiś młodzieniec z portalu, którego nazwy nie warto pamiętać (bo jutro zmieni ją na inną, równie bezsensowną), próbuje „wyciągać informacje”, dostaje w zamian coś znacznie cenniejszego: diagnozę własnego środowiska. I całej branży, która udaje zdziwienie, że świat wygląda tak, jak wygląda.
I tu zaczyna się właściwy problem.
Lubię Karolinę Korwin-Piotrowską wtedy, gdy mówi rzeczy, o których inni boją się nawet pomyśleć. Gdy nie głaszcze po główkach, nie szepcze półzdań, tylko bierze maczetę i wchodzi w medialną dżunglę bez litości. Ostatnio zaczepił ją jakiś młodzieniec z głupokowatego portalu – jednego z tych, które produkują „newsy” jak kiełbasę z trocin: tanio, szybko i bez wartości odżywczych. Chciał „wyciągnąć informacje”. Wyszło jak zawsze – wyciągnął własną intelektualną pustkę.
Korwin-Piotrowska przypomniała coś, co dla branży medialnej jest dziś bluźnierstwem: celebryci nie spadają z nieba. To nie jest plaga szarańczy zesłana przez los. To wasze dzieci, drogie media. Wasze wychowanki i wychowankowie. Tacy są celebryci, jakich ich media wychowają – i trudno o zdanie bardziej celne. Bo jeśli karmisz publiczność papką złożoną z bełkotu, skandalu i gołego tyłka, nie dziw się, że dostajesz chrumkanie zamiast rozmowy.
Kiedy Korwin-Piotrowska mówi o „debilach i kretynach”, o ludziach niezdolnych do zbudowania poprawnego zdania, o instagramowych prostytutkach udających elity – to nie jest hejt. To jest diagnoza. Brutalna, nieprzyjemna, ale trafna jak młotek neurologiczny w kolano. Dawniej, zanim kamera stała się zabawką, a studio telewizyjne przystankiem między siłownią a salonem tatuażu, przed obiektyw trafiali ludzie, którzy coś umieli. Mieli głos, myśl, talent, warsztat. Dziś wystarczy bezwstyd i algorytm.
Media zrobiły z głupoty towar luksusowy. Im płycej, tym lepiej. Im głośniej, tym szybciej. Im mniej treści, tym większy zasięg. A potem te same media udają zdziwione, że „poziom debaty spada”, że „społeczeństwo się radykalizuje”, że „ludzie nie czytają”. Jak mają czytać, skoro od lat pokazujecie im, że myślenie to obciach, a refleksja źle się klika?
I niestety – tu dochodzimy do sedna – to samo dotyczy polityków. Oni również są dziećmi mediów. Wypchnięci przed kamery nie za kompetencje, lecz za krzykliwość. Za bon mot zamiast programu. Za agresję zamiast argumentu. Polityka stała się kolejną odmianą show-biznesu, a poseł coraz częściej przypomina influencera z immunitetem. Kto głośniej obrazi, ten wygrywa pasek. Kto prostszym zdaniem trafi w najniższy instynkt, ten ma zaproszenie jutro.
Korwin-Piotrowska nie jest problemem. Problemem są media, które wolą produkować idiotów niż ponosić koszt myślenia. Problemem są redakcje, które zamieniły się w fermy zasięgu. I problemem jest publiczność, która daje się karmić tą paszą, a potem narzeka, że śmierdzi.
Ostry język boli? Ma boleć. Bo może tylko tak da się jeszcze obudzić kogoś, kto zasnął przed ekranem, wpatrzony w kolejną pustą twarz, kolejne puste zdanie, kolejną pustą „gwiazdę”. Jeśli to jest elita, to znaczy, że pojęcie elity dawno już zginęło – gdzieś między reklamą suplementów a „ekskluzywnym” wywiadem z nikim.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten mechanizm sam się napędza. Media produkują głupotę, głupota generuje kliknięcia, kliknięcia usprawiedliwiają kolejną głupotę. To nie jest już przypadek ani błąd – to model biznesowy. Model, w którym nie ma miejsca na myśl, bo myśl wymaga czasu, a czas nie sprzedaje reklam tak dobrze jak skandal.
Dlatego takie głosy jak Korwin-Piotrowskiej są niewygodne. Przypominają, że można inaczej. Że kiedyś było inaczej. I że to nie „czasy się zmieniły”, tylko standardy zostały wyrzucone na śmietnik razem z ambicją.
Nie, to nie jest tęsknota za przeszłością. To jest akt oskarżenia wobec teraźniejszości. I jeśli ktoś po tym felietonie czuje się dotknięty – to być może właśnie o to chodzi.
Andrzej Dębkowski
Andrzej Dębkowski
Kończy się rok 2025
Kończy się rok 2025 – rok niezwykle trudny, pełen napięć i wyzwań, a jednocześnie jeszcze bardziej ciekawy, intensywny i niejednoznaczny. Działo się bardzo dużo – momentami aż za dużo – zarówno w świecie, w Polsce, jak i w moim własnym, wewnętrznym doświadczeniu. Był to czas, który nie pozwalał na zatrzymanie się, wymuszał czujność, pracę i nieustanne reagowanie na rzeczywistość. Dla mnie był to rok wyjątkowy, naznaczony wysiłkiem, ale też głębokim poczuciem sensu płynącego z pracy twórczej.
Ukazała się moja nowa książka – esej filozoficzny O naturze słowa, opatrzony wstępem prof. Marii Szyszkowskiej, który stał się dla mnie ważnym dopełnieniem i dialogiem z myśleniem o języku, sensie i odpowiedzialności słowa. Równolegle niemal dobiegają końca cztery kolejne, obszerne projekty książkowe: wspomnienia, książka historyczna, krytycznoliteracka oraz nowy tom poetycki. Każda z nich powstawała w innym rytmie i z innego wewnętrznego impulsu, ale wszystkie łączy wspólne pytanie o pamięć, znaczenie i kondycję współczesnego człowieka.
Już w styczniu, najpóźniej, z drukarni wyjdzie moje nowe „dziecko literackie” – liczące około 450 stron szkice krytyczne i felietony pt. Między snem, jawą a Polską, ze wstępem Krzysztofa Mroziewicza. Książka ta stanowi dalszą część tomu Między metafizyką a odpustem i jest próbą zapisu świata widzianego jednocześnie z perspektywy snu, codziennej jawy oraz polskiej, często trudnej i bolesnej rzeczywistości. To zapis myślenia, niepokoju i uważnego przyglądania się temu, co nas otacza i co nas kształtuje.
Był to więc rok niezwykle pracowity, momentami wyczerpujący, ale zarazem owocny i potrzebny – taki, który zostawia po sobie konkretne ślady, a nie tylko zmęczenie. A to, co znajduje się poniżej, jest tekstem zamykającym książkę Między snem, jawą a Polską.
Na zakończenie tego roku i tej drogi twórczej życzę Wam cudnych, dobrych Świąt Bożego Narodzenia oraz wszystkiego tego, co dla Was naprawdę najważniejsze – spokoju, sensu, bliskości i uważności na słowo.
TAM, GDZIE MALEJE CZŁOWIEK, ROŚNIE SENS
Wracałem rowerem od przyjaciela. Z koncertu. Późny wieczór, może już noc. Droga była pusta, asfalt jeszcze wilgotny po przelotnym deszczu, a powietrze miało w sobie elektryczną lekkość, jaką zostawia po sobie burza. Jechałem powoli, bez pośpiechu, jakby każda chwila tego powrotu miała znaczenie. Nagle znalazłem się w miejscu, które znałem dobrze – ale tej nocy wyglądało inaczej. Miejsce przestrzenne, otwarte aż po horyzont, gdzie łąki i pola rozciągają się jak bezkresna opowieść. Zza ciężkich, ciemnych chmur, które jeszcze chwilę wcześniej nosiły w sobie burzę, wyglądał księżyc – blady, nieśmiały, jakby zagubiony w tym ogromie.
Zatrzymałem się.
To był moment. Taki, który zostaje w człowieku. Obraz, który się nie rozpuszcza w czasie, ale wnika głębiej, zostaje pod powiekami, osadza się w sercu. Pomyślałem wtedy: jak niewyobrażalnie piękny jest nasz świat. Nie tylko ten wielki, monumentalny, z górskimi szczytami i oceanicznymi przepaściami, ale ten świat „na wyciągnięcie ręki”. Ten, który widzimy, kiedy wyjrzymy przez okno, albo kiedy w samotności jedziemy rowerem przez pustkę nocy.
Ten świat jest cudem. Cudem codzienności.
Nie ma w tym nic patetycznego. To nie jest poezja pisana dla ozdoby. To czysta, metafizyczna prawda. Prawda, która dociera do nas właśnie wtedy – nie w chwilach wielkich triumfów, nie w momentach, które zapisują się w podręcznikach historii. Ale w cichych zachwytach nad światłem księżyca, w szumie drzew, w tym, jak pachnie nocna łąka po deszczu. W tym, że żyjemy.
W tej jednej, niepowtarzalnej chwili – istniejemy.
A przecież w skali kosmicznej to absurd. Drobnoustroje na powierzchni pyłu. Gdyby ktoś z galaktyki Andromedy spojrzał w naszym kierunku, zobaczyłby mniej niż nic. Nawet nasze Słońce byłoby ledwie punktem. A my – całe nasze dzieje, wojny, miłości, religie, filozofie, nasze głupstwa i nasze cnoty – to wszystko zmieściłoby się w drgnieniu światła, które blednie po kilku parsekach.
A mimo to ISTNIEJEMY.
I umiemy się zachwycić. Potrafimy dostrzec piękno. To zadziwiające – że istota tak krucha, tak ograniczona, tak przemijająca jak człowiek, potrafi nie tylko pytać, ale i czuć. Że potrafimy kochać. Że potrafimy powiedzieć „dziękuję” ciszy nocy.
To nasza największa siła: „wrażliwość”.
I myślę, że to właśnie ona ładuje nam baterie. Nie pieniądze, nie sukcesy, nie lajki pod zdjęciami. Ale to, że spojrzymy na niebo i poczujemy się małymi, bezradnymi i przez to jeszcze bardziej prawdziwymi. To, że zachwyci nas rosa na trawie, śmiech dziecka, szelest liści.
To wszystko, co jest małe, A PRZEZ TO NIEPODRABIALNE.
Bo dokąd właściwie zmierza człowiek? Patrząc na historię naszej cywilizacji, można mieć wątpliwości. Technologia pędzi, a dusza człowieka? Czy nadąża? Czy człowiek nie gubi po drodze swojej istoty, nie rozmienia jej na nieistotne wartości, na produkty, kliknięcia, wrażenia na kredyt?
Przecież wszystko może zniknąć.
W jednej chwili.
To nie jest katastroficzna wizja. To zwykła, biologiczno-kosmiczna prawda. Ziemia już przeżyła wielkie wymierania. Dinozaury zniknęły. Przed nimi inne formy życia, równie zadomowione, też musiały ustąpić. Świat nie pamięta tego, co minęło – nie ma żalu, nie ma czułości dla tych, co przepadli.
Może i nas kiedyś nie będzie. Zostanie plankton… albo coś jeszcze bardziej podstawowego. Może tylko ŚWIADOMOŚĆ ISTNIENIA, która na nowo będzie musiała nauczyć się oddychać, kochać, patrzeć na księżyc zza chmur.
Dlatego teraz, dziś, warto się zatrzymać.
Warto docenić to, że jesteśmy – właśnie „tu” i właśnie „teraz”. Że możemy wracać z koncertu rowerem przez noc, czuć zmęczenie i jednocześnie wzruszenie. Że możemy zapłakać nad tym, co kruche, i uśmiechnąć się do tego, co wieczne.
Bo może właśnie do tego zostaliśmy stworzeni – nie po to, by podbijać świat, ale żeby go rozumieć. Żeby go czuć. Żeby być świadkami jego piękna – choćby przez sekundę.
I wtedy – naprawdę jesteśmy...
Andrzej Dębkowski
Małgorzata Kulisiewicz
„Matczyzna” i Jung
Powieść „Matczyzna” Małgorzaty Żebrowskiej przyciąga naszą uwagę już samym tytułem. Jednak nie ma on zbyt wiele wspólnego z „synczyzną” Gombrowicza. Dzieło Żebrowskiej oscyluje między realizmem a oniryzmem, blisko uniwersalnej tożsamości bohaterów. Oparte jest na analizie ich uczuć i psyche, źródeł ich traum. Nie nawiązuje do narodowych archetypów, tragicznej polskiej historii, jest uniwersalna.
Jak sugeruje tytuł, główne bohaterki to kobiety, istotny jest tu kobiecy punkt widzenia. Najważniejsza z nich, Basia, dziewczyna blisko trzydziestoletnia, córka i wnuczka dwóch pozostałych protagonistek, której aktualne problemy obserwujemy, snuje współczesną narrację w pierwszej osobie. Nawiązujące do przeszłości opowieści jej matki Marty i babci Krystyny przekazane są w trzeciej osobie, z pozycji obserwatora, który jednak często wczuwa się w ich psyche, uczucia i problemy. Każdy z rozdziałów nazwany jest imieniem kobiety, o której opowiada, co przy przemieszaniu czasów i miejsc pozwala zachować przejrzystość. Światy ukazane w poszczególnych częściach nakładają się na siebie, są spójne, wydarzenia wypływają jedne z drugich, choć są niedopowiedziane, często niechronologiczne, co pozwala czytelnikowi bawić się w detektywa, poszukiwać brakujących części i składać całość.
Kobieca perspektywa nie oznacza, że widzimy tylko zgryzoty żeńskich bohaterek z ich punktu widzenia, obserwujemy również trudne życie mężczyzn i dzieci w otaczającym świecie. Każda z kobiet mogłaby być uniwersalną everymanką swojego pokolenia. Pokazane są od środka cztery rodziny: Krystyna, jej pierwszy mąż Wicek i drugi Ryszard, jej rodzice Ignacy i Regina. I młodsze pokolenia, córka Krysi Marta i jej mąż Adam. Jednak ich życie nie zawsze jest sielankowe, często bywa naznaczone traumami. Dla młodej Basi „dom jest babcią, babcia domem” (słowa pochodzą z powieści „Matczyzna” Małgorzaty Żebrowskiej). Powieść zaczyna się od śmierci babci Krystyny, zdarzenie to wyzwala narrację oniryczną. Barbara traci symboliczny „dom”, musi sobie stworzyć nowy. W warstwie realistycznej dziewczyna także ukształtowała coś nowego. Mieszka w Warszawie w swoim mieszkaniu, wyzwoliła się już od rodziców, pracuje w nowoczesnej korporacji, próbuje zbudować nowy związek, ale ma kłopoty ze znalezieniem stałego partnera. Rodzice Basi mieszkali długo w Bartczewie, miasteczku na północ od Olsztyna, blisko rosyjskiej granicy. Dom babci Krysi mieści się we wsi Drężewo, niedaleko Ostrołęki na Kurpiach. Dzieciństwo dziewczyny związane było z tymi dwoma miejscami i te dwa terytoria, i dwa domy naznaczyły trwale jej osobowość.
Trzeba podziwiać realistyczną warstwę powieści i swobodę, z jaką Małgorzata Żebrowska posługuje się gwarą kurpiowską w dialogach z Drężewa, docenić jak prawdziwie ukazała życie w peerelowskiej wsi. Wspaniale weszła w mentalność ludzi z PRL-u od wczesnych lat pięćdziesiątych, pokazała tamtejsze realia, również z małych miasteczek na Warmii. Tak dobre osadzenie w realiach i przejrzystej rzeczywistości tym bardziej pozwala skupić się na kobiecych traumach, odzwierciedlonych również w warstwie onirycznej. Trzy bohaterki doświadczają podobnych bolesnych przeżyć i trudnego życia, gdzie same dźwigają ciężkie kobiece obowiązki, ale niezwykłe sny i wizje ma tylko młoda Basia. Są to niecodzienne obrazy przypominające kadry z filmu, jak w swojej narracji zauważa dziewczyna. I rzeczywiście tak jest. Czynią one jej świat bardziej tajemniczym, bliskim realizmowi magicznemu. Pojawiają się sceny z babcią i matką sprzed lat, gdzie Basia wciela się w bliskie im osoby. Bezdomna pijaczka, która ratuje dziewczynę przed napaścią ma twarz Krysi. Pojawiają się też senne koszmary, jak ten z wrzeszczącym niemowlęciem. I kluczowe dla całej powieści sceny, gdzie występuje dziewczynka w czerwonej sukience. Jest to mała Basia, wolna i beztroska, nawiązanie do jungowskiego archetypu „puella aeterna”, wieczna dziewczynka, wewnętrzne dziecko. Trzeba ją przywrócić do zdrowia i zaopiekować się nią. To zadanie dorosłej Basi, a pomaga jej w tym terapeutka, której dziewczyna opowiada kolejne epizody życia swojego i najbliższych jej kobiet, Marty i Krysi. Opowieść ta może się słusznie kojarzyć czytelnikowi z narracją „Matczyzny”, która też jest swego rodzaju terapią. Małgorzata Żebrowska, jak możemy przeczytać w jej biogramie na okładce książki, pasjonuje się zgłębianiem tajemnic ludzkiej psychiki w duchu myśli Carla Gustava Junga.
Podświadomość zbiorowa opisywanej przez Żebrowską społeczności pełna jest stereotypów dotyczących życia kobiet, wzorów wychowania, ról społecznych żon i matek. Narzucane wzory niekoniecznie się potem realizują, co jest źródłem wewnętrznego bólu. Pierwiastek kobiecy u Junga uosobiony jest poprzez archetyp „Wielkiej Matki”, który może przybierać formy jasne lub ciemne, dobre lub złe, wzbudzające miłość albo strach. Matka Basi Marta cierpi na depresję i często myśli o śmierci. Źródłem tego jest nie tylko brak uwagi ze strony wiecznie imprezującego męża, jego niewystarczająca miłość, ale także trauma związana z zewnętrzną przemocą i odziedziczone urazy. Krysia niezwykle surowo, wymagająco i bez wystarczającej akceptacji traktowała swoje córki, szczególnie Martę. I również sama doświadczyła zewnętrznej przemocy i życia w trudnych małżeństwach. Od żadnej z nich Basia nie otrzymała jakże potrzebnej miłości. Dorosła Barbara nie może zwierzać się Marcie, spotyka ją obojętność i chłód emocjonalny. Mała Basia również była zostawiana sama sobie i skazana na samotność. Babcia szukała ratunku w alkoholu, matka w długotrwałym śnie i izolacji od ludzi. W życiu Basi również pojawia się zewnętrzna przemoc i są te dwa sposoby na odreagowanie, alkohol i przydługi sen. Aż do chwili zrozumienia, że potrzebuje terapii. Trzeba uzdrowić oprócz „wiecznej dziewczynki” także „Wielką Matkę” , przestawić ten archetyp na dobre i właściwe tory. Czy to się uda? Znajdziecie odpowiedź w powieści.
Póki co jest ból, słowo to pojawia się już w drugim zdaniu „Matczyzny”, a „złość, żal i wstyd” na pierwszej stronie. Z resztą „ból” to wyraz bardzo często używany w książce. Formą odreagowania jest płacz, często długotrwały i niekontrolowany. Powieść po mistrzowsku i subtelnie oddaje stany emocjonalne i pozwala utożsamiać się z bohaterkami. Czy nowa Basia, po terapii pokona ból? Czy ułoży sobie życie? Zakończenie jest najbardziej zaskakujące z możliwych i to jest też wartość tej powieści. Zaskakujący happy end? Czy aby na pewno?
Symbole, talizmany i amulety tworzą też realizm magiczny tej powieści i pozwalają wznieść się ponad psychologię. Krysia w prezencie ślubnym dostaje od matki Reginy bursztynowe korale. Po śmierci babci Basia bierze je ze szkatułki, na pamiątkę. W dzieciństwie bawiła się nimi, tańczyła i śpiewała ku uciesze Krysi: „tańcowała Basiuleńka z krasnalami/ Z krasnalami, z wesołymi, kupili jej koraliki aż do ziemi”. (słowa pochodzą z powieści „Matczyzna” Małgorzaty Żebrowskiej).
Potem korale rozpadają się albo zostają celowo przecięte w momencie traumy. „Wewnętrzne dziecko”, dziewczynka w czerwonej sukience i z naprawionymi skrzydłami w magiczny sposób scala naszyjnik. Coś rozsypanego się zrosło. Bursztynowe paciorki porównywane są do łez, do przemijających dni, działają też jak wehikuł czasu i przestrzeni. Są symbolem scalonej i ocalonej jaźni, odrodzonego człowieka. Przemiany i transformacje osobowości są odwieczne. Znamienne, że motyw bursztynowych korali wprowadzony jest jakby miedzy wierszami, nienachalnie, zatapia się w większej narracji, działa bardziej na podświadomość czytelnika.
Powieść Małgorzaty Żebrowskiej jest jedną z najciekawszych ostatnio pozycji wydawniczych. Wnosi świeżość spojrzenia na motywy etnograficzne, psychologiczne, a także transcendentne. Daje lekkość czytania, płynność opowieści, a jednocześnie czytelnik po tej lekturze może długo rozmyślać i analizować skrupulatnie, układając narracyjne puzzle. I tropić prawdę, bo jak w każdej dobrej narracji, pełno tu niedopowiedzeń i domysłów.
Małgorzata Kulisiewicz
Andrzej Walter
Słowa, słowa, słowa
Kończymy Panie i Panowie ten nieszczęsny 2025, dwudziestopierwszowieczny rok. Rok wojen i postępującej debilozy. Poziom zgłupienia społecznego osiągnął spory procent populacji. Właściwie dotknął każdego czyli w jakimś aspekcie nas wszystkich, bo nie da się przecież uciec czy oderwać od pewnych słów czy narracji, od wizji czy idei, a te mimo wszystko jeszcze istnieją, nie da się odciąć od zwyczajów, rytuałów czy dni w kalendarzu, a swoista całość przesiąkła jest marnym kabaretem i prostackim jarmarkiem, tudzież zgiełkiem, hucpą i pozorami, i grą interesów grup i koterii wszelakich. Pycha kroczy przed upadkiem, rządzi nierząd i nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu oraz byciu każdym, nawet tym małym. Jak tu sobie życzyć w tej rzeczywistości, ba, i czegóż tu życzyć, skoro wszystko już mamy?
Jedną z najważniejszych książek jakie otrzymałem i czytałem tego roku jest maleńki acz wielki esej Andrzeja Dębkowskiego „O naturze słowa”. Książka drobna, doniosła i monumentalna, choć zdaje się niewielką. Jest taka lista książek najważniejszych, książek, w której autor wkroczył idealnie w przestrzeń poruszanego zagadnienia, co więcej, w której idealnie oddał przeróżne aspekty tematu, punkty widzenia, postrzegania i oceny, konteksty oraz metodologię zrozumienia. Tak się właśnie stało w eseju „O naturze słowa”. Lektura to obowiązkowa dla każdego pisarza. Każdy rzemieślnik słowa, jeśli chwilami choćby chciałby być też artystą i unieść się „nad wodami” musi zapoznać się z teoretyzowaniem Dębkowskiego i musi podążyć rozważaniami mistrzów, aby pojąć. Cóż takiego? Ano oczywiste oczywistości z pogranicza słów w wymiarach: filozoficznym, metafizycznym, wspólnotowym czy tożsamościowym. Czytając rozważania Dębkowskiego wkracza się myślami w polemikę, a często w potwierdzenie, nasuwają się komentarze i dopowiedzenia, rodzi się oto na żywo kolejny tekst. Pod tym kątem lektura eseju Dębkowskiego jest dalece zapładniająca, ale i świetnie to napisana rozprawka filozoficzno-egzystencjalna dla nas, dla wszelkiej maści wyrobników słowa, którzy akurat teraz zechcieli i ten tekst przeczytać.
Jaka jest natura słowa?
W dzisiejszym świecie podważona. Poddana w wątpliwość i trwoniona przez szarlatanów, którzy „nie wiedzą co czynią”. W dzisiejszym świecie ufajdana zgiełkiem i nadmiarem, a przecież słowa rodzą się z łaknienia i ciszy. W dzisiejszym świecie natura słowa przestała być czymś ważnym, czymś słyszalnym, czymś świętym. W świecie, w którym w literaturę zaprzęgnięto politykę i światopogląd, słowa znaczą tyle, ile warta jest ta propaganda je wygłaszająca, i to wszelkiej natury i maści. Wreszcie w świecie, w którym nagradza się cwaniactwo, spryt i merkantylizm, słowa i ich głębia podważone zostały przez doraźność i sukces, cokolwiek by znaczył. Bo jest to świat, w którym sukces literacki mierzony jest nie wartością słów, ale wartością kont bankowych, wartością dodaną do literackości, szokiem, zaskoczeniem i potęgą marketingu. Książka – produkt, literat – celebryta, słowo już nie staje się ciałem, ale mamoną. Opowieść odwieczna staje się narracją przykuwającą uwagę, która musi konkurować z megaszybkim światem hiperprędkości. Mój Boże, jakie to żałosne.
Tego jednak w książce Dębkowskiego nie znajdziecie. To moje refleksje stałe, łączę bowiem fascynację esejem „O naturze słowa” z okresem przedświątecznym i noworocznym, który jest czasem zamyśleń i podsumowań, życzeń i planów, serc i sumień, choć te ostatnie sprzedane dziś i załamane. Serc już nie ma, sumień tym bardziej. Liczy się korzyść i znaczenie. Twój image na fejsie oraz wizerunek wobec marionetek. Lubię to klikane bezrefleksyjnie przez stada wyhodowane wśród „znajomych” mniej lub bardziej znajomych. Brrrr… sam to czynię, zatem możecie we mnie rzucić kamieniem.
Człowiek, władca słów, trwoni czas w sieci, wklejając zdjęcia bądź treści mające ulepszyć jego wizerunek... Od tego zależy „jego wizerunek”. Nie od ilości przeczytanych książek, nie od ilości zgłębionej treści i wiedzy, nie od tego jak poradził sobie w realnym życiu i świecie, ale od sztucznej kreacji „na intelektualistę” w sieci, popartej tysiącem obrazków nawet obiadów i śniadań, a wkrótce zapewne i wypróżnień. Jak nisko upadliśmy. Człowiek, władca słów. Człowiek stwórca, czy człowiek narzędzie?
Jak pisze Dębkowski mowa jest łaską... a cóż to jest łaska, zapytam? Czyż nasze istnienie samo w sobie nie jest jakąś łaską Wszechświata? Przecież wygląda na to, że tam, tam daleko, we Wszechświecie może przecież nie być żadnego życia, a warunki tam panujące jak wiemy wszelkie życie uniemożliwiają, a tu jeszcze łaska i … słowa.
Ten esej Dębkowskiego to taki wielki wybuch. Big Bang. Od niego powinna zacząć się entropia rozważań, dyskusji, polemiki, ale się nie zacznie, z przyczyn jak już na wstępie tego tekstu określiłem, zdebilenia społecznego na skalę ekstremalną, próżna rozprzestrzenia się swą kosmicznością. Wracamy do Lema czy tego chcemy czy nie, bo żadnego nowego Lema już nie będzie, będzie mróz, wolna miłość i unia marnych perspektyw, będą góry kiepskiej literatury, z których zsuną się lawiny bezsensownych słów. Marność, wszystko to marność. Słowa upadają głośno. Tak jak i głośny ten świat głośno obwieszcza krzykliwe namowy ku nicości. I tego wam nie życzę.
Życzę wam (Wam) zdrowia, na ciele i duszy, wiary (w coś co nas jeszcze spotka wielkiego, miłego, dobrego), nadziei – bo bez niej nie ma słów, no i miłości, bez której to życie na ma żadnego sensu, ale życzę też zrozumienia czym jest ta miłość i jakie ma wymiary i aspekty, a najlepszym prezentem do tych życzeń na Boże Narodzenie 2025 może być właśnie esej Andrzeja Dębkowskiego „O naturze słowa”. Słowo bowiem według Dębkowskiego jest też dialogiem z milczeniem – rozmową, która nigdy się nie kończy.
W świecie wyjaskrawionego milczenia Boga oto takie Boże Narodzenie jest powodem obchodzenia tych świąt, jest epicentrum naszego zabiegania i tego szalonego pędu końca roku, a kiedy już złapiemy oddech przy choince oraz tradycyjnej potrawie, wśród bliskich, bliższych i dalszych podzielmy się słowem i niech zamieszka szczęśliwie między nami. Taka jest bowiem natura... życia.
Andrzej Walter
_______________
Andrzej Dębkowski. O naturze słowa. Esej. Redakcja, projekt okładki i zdjęcie na I stronie okładki: Andrzej Dębkowski. Słowo wstępne: prof. Maria Szyszkowska. Zdjęcie na IV stronie okładki: Andrzej Walter. Wydawnictwo Autorskie Andrzej Dębkowski, Zelów 2025, s. 64.
















































































































































































































































































































