Nowości książkowe

 

Plakat
Andrzej Dębkowski 

 

Ludzie, po których zostają góry

 

Są takie telefony, których człowiek nigdy nie chciałby odebrać. Są takie wiadomości, które w jednej chwili zatrzymują czas, odbierają mowę i każą długo patrzeć w milczeniu przed siebie. Tak było i tym razem. Kiedy dotarła do mnie wiadomość o Andrzeju Krzysztofie Torbusie, przez dłuższą chwilę nie potrafiłem uwierzyć. Przecież jeszcze tak niedawno rozmawialiśmy. Jeszcze tak niedawno wymienialiśmy maile. Jeszcze tak niedawno wspominaliśmy ludzi, których już z nami nie ma, jakbyśmy naiwnie wierzyli, że nam samym dano jeszcze wiele wspólnych lat.
Nie było. Andrzej zmarł 27 lipca 2026 roku... w Krakowie... Miał 76 lat.

Odchodzą poeci. Odchodzą przyjaciele. Odchodzą ludzie, którzy przez dziesięciolecia tworzyli krajobraz naszego życia. A wraz z nimi odchodzą miejsca, rozmowy, śmiech, wspomnienia i ten szczególny rodzaj ciepła, którego nie da się już odnaleźć w nikim innym.

Z Andrzejem znaliśmy się ponad trzydzieści pięć lat. To nie była znajomość z literackiego salonu ani przypadkowa relacja z kilku festiwali. To była przyjaźń budowana przez dziesiątki spotkań, setki rozmów telefonicznych, niezliczone wiadomości, wspólne biesiady, także przy wódce, dyskusje o poezji, o Polsce, o górach, o ludziach. Przyjaźń, która dojrzewała powoli, bez deklaracji, za to z ogromnym zaufaniem.

Poznaliśmy się w Ciężkowicach. Jakże odległy wydaje się dziś tamten czas. Byliśmy młodsi, pełni literackich marzeń, przekonani, że poezja może jeszcze zmieniać świat. Wokół kręcili się poeci z całej Polski. Wśród nich Henio Cyganik, Staś Franczak i Andrzej Torbus. Już po kilku godzinach rozmów wiedziałem, że spotkałem człowieka niezwykłego. Nie dlatego, że imponował erudycją. Nie dlatego, że miał za sobą sukcesy, których przecież nie brakowało. Urzekł mnie czymś znacznie cenniejszym – swoją prostotą. Był jednym z tych ludzi, którzy nie noszą masek.
Nie udawał wielkiego poety, choć nim był. Nie budował dystansu, choć mógł. Nie otaczał się murem własnej legendy. Siadał obok człowieka i rozmawiał tak, jakby znali się od dzieciństwa.
Już wtedy pomyślałem, że to ktoś, z kim warto iść przez życie. Nie pomyliłem się.

Przez następne dziesięciolecia nasze drogi przecinały się nieustannie. Spotykaliśmy się na festiwalach, konkursach poetyckich, promocjach książek, wieczorach autorskich i zjazdach Związku Literatów Polskich. Czas płynął, zmieniały się miejsca, zmieniali się ludzie, ale Andrzej pozostawał taki sam. Pogodny. Dowcipny. Serdeczny. I niewiarygodnie dobry. Do dziś nie potrafię przypomnieć sobie sytuacji, w której odmówiłby komuś pomocy. Nigdy nie słyszałem z jego ust pogardy wobec młodych poetów. Nie wyśmiewał debiutantów. Nie zazdrościł sukcesów kolegom. Umiał cieszyć się cudzym szczęściem, a to przecież jedna z najrzadszych cech ludzi naprawdę wielkich. Kiedy dzwonił telefon i na wyświetlaczu pojawiało się jego nazwisko, wiedziałem, że czeka mnie dobra rozmowa. Nigdy krótka i zawsze pełna humoru, często rubasznego...

Rozmowy z Andrzejem miały własny rytm. Zaczynały się od zwyczajnego: „Co słychać?”, a po kilku minutach byliśmy już w Beskidzie lub pod bieszczadzkim niebem, przy Harasymowiczu, przy starych poetach, przy nowych książkach, przy sprawach Związku Literatów Polskich, przy polityce, przy codzienności, przy rodzinie. Potrafiliśmy rozmawiać godzinami. Takich rozmów nie zapisuje żadna historia literatury. One istnieją tylko w pamięci przyjaciół. I dlatego są bezcenne.

Jeszcze więcej było maili. Czasem krótkich. Czasem długich jak eseje. Wysyłaliśmy sobie wiersze. Czytaliśmy wzajemnie swoje teksty. Komentowaliśmy książki. Dyskutowaliśmy o autorach. Bywało, że nie zgadzaliśmy się ze sobą, ale nigdy nie przestawaliśmy się słuchać. To była rozmowa ludzi, którzy naprawdę kochali literaturę. Kiedy przyjeżdżałem do Krakowa, niemal zawsze znajdowaliśmy czas, żeby spotkać się w „Pod Jaszczurami”. Dzisiaj wielu młodych ludzi nie rozumie już, czym były takie miejsca. To nie był zwykły klub. To był fragment historii polskiej kultury. Siadaliśmy przy piwie. Czasem było nas kilku, czasem tylko we dwóch. Rozmowy trwały długo, czasami za długo... Nie spieszyliśmy się. Każda anegdota prowadziła do następnej. Każde wspomnienie otwierało kolejne drzwi pamięci.

Andrzej miał niezwykły dar opowiadania. Potrafił zwyczajną historię zamienić w małą balladę. Nie wiadomo było, gdzie kończy się fakt, a zaczyna poezja. Ale właśnie taki był. Nawet w codzienności widział coś więcej niż inni. Miał duszę bajarza, wyobraźnię dziecka, serce człowieka, który nigdy nie przestał się zachwycać światem. Pamiętam nasze rozmowy o Jerzym Harasymowiczu. Dla obu był kimś więcej niż tylko poetą. Był punktem odniesienia, był mistrzem. Po jego odejściu długo zastanawiałem się, kto potrafi przejąć ten niezwykły sposób patrzenia na krajobraz. Kto umie słuchać drzew, gór, rzek i wiatru, kto potrafi pisać o przyrodzie tak, żeby nie była dekoracją, ale bohaterem. Zawsze wracałem do jednego nazwiska –
Andrzej Krzysztof Torbus. Dla mnie właśnie on stał się najwybitniejszym polskim poetą pejzażu po śmierci Jerzego Harasymowicza. Nie dlatego, że próbował go naśladować. Nigdy tego nie robił. Był zbyt mądrym poetą. On po prostu odnalazł własną ścieżkę prowadzącą przez te same góry. Szedł nią spokojnie. Bez hałasu, bez literackiej reklamy, bez potrzeby udowadniania komukolwiek swojej wielkości. A przecież był wielki. Naprawdę wielki.

 

Był poetą osobnym. W czasach, kiedy wielu autorów za wszelką cenę próbowało zaskoczyć czytelnika formalnym eksperymentem, epatowało intelektualnymi łamigłówkami albo zamykało poezję w hermetycznych konstrukcjach zrozumiałych wyłącznie dla wąskiego grona wtajemniczonych, Andrzej szedł własną drogą. Nie oglądał się na mody. Nie interesowały go literackie sezonowe zachwyty ani środowiskowe układy. Wiedział, że poezja ma przede wszystkim mówić do człowieka. I mówiła. Mówiła językiem prostym, ale nigdy prostackim. Pełnym metafor, lecz nigdy wydumanych. Pięknym, lecz pozbawionym sztucznej ozdobności. W jego wierszach wszystko miało swoje miejsce. Każde słowo było przemyślane, każde porównanie wyrastało z doświadczenia, a każda metafora zdawała się rodzić z krajobrazu, który nosił w sobie od zawsze. Był prawdziwym sztukmistrzem metafory. Niewielu poetów potrafiło tak żonglować obrazami, nie popadając przy tym w przesadę. U Andrzeja metafora nigdy nie była popisem. Była naturalnym oddechem poezji. Czytając jego wiersze, miałem wrażenie, że świat naprawdę wygląda właśnie tak, jak go opisał. Jakby drzewa mówiły jego językiem, jakby potoki znały jego rytm, jakby góry od wieków czekały właśnie na niego, aby ktoś wreszcie oddał im głos.

Po śmierci Jerzego Harasymowicza wielu próbowało wejść w przestrzeń poezji pejzażowej. Jedni kopiowali jego sposób obrazowania, inni zachwycali się powierzchownym podobieństwem. Andrzej nie zrobił ani jednego, ani drugiego. On nie szedł śladami Harasymowicza. On odnalazł własną ścieżkę prowadzącą przez Beskidy, Bieszczady, połoniny i doliny, których piękno nosił w sercu. Nie dlatego, że pisał o górach. Wielu pisze. On sprawiał, że góry same zaczynały pisać. W jego balladach wiatr miał twarz starego wędrowca, mgła stawała się pamięcią minionych pokoleń, kamienie przechowywały ludzkie sekrety, a drzewa pamiętały imiona tych, którzy dawno odeszli. To była poezja zakorzeniona w naturze, ale jednocześnie głęboko humanistyczna. Człowiek nigdy nie dominował w niej nad światem. Był tylko jego częścią. Dlatego jego utwory tak pięknie odnajdywały się również w piosence.

Nie dziwiło mnie nigdy, że po jego teksty sięgali wykonawcy, że zdobywały nagrody na Studenckiej Giełdzie Piosenki Turystycznej, że rozbrzmiewały w Opolu i na niezliczonych festiwalach. W jego słowach od początku była muzyka. Nie ta zapisana w nutach, lecz ukryta w rytmie zdań, w oddechu wersów, w pulsowaniu języka. A przecież obok poezji pisał także prozę, książki dla dzieci, teksty piosenek. Był twórcą wszechstronnym, ale nigdy nie odnosiłem wrażenia, że chce cokolwiek komukolwiek udowodnić. Tworzył, bo nie potrafił nie tworzyć. Tak właśnie rozumiał literaturę. Nie jako zawód, nie jako drogę do sławy, lecz jako sposób życia. Bardzo często wracam myślami do naszych spotkań w Krakowie. Ileż razy umawialiśmy się właściwie bez planu. „Jestem w mieście” – pisałem albo dzwoniłem. „To chodźmy do Jaszczurów” – odpowiadał niemal natychmiast. I szliśmy. Nie pamiętam już nawet, ile piw wspólnie wypiliśmy. Nie pamiętam wszystkich tematów rozmów, ale pamiętam atmosferę. Pamiętam ten niezwykły spokój, który od niego emanował. Pamiętam śmiech. Pamiętam błysk w oczach, kiedy opowiadał kolejną historię. Pamiętam jego serdeczność wobec kelnerów, przypadkowo spotkanych ludzi, młodych poetów, którzy z nieśmiałością podchodzili się przywitać.

Nigdy nikogo nie zbywał, nie dawał odczuć, że jest od kogokolwiek ważniejszy. Właśnie dlatego był ważny. Był człowiekiem, który nie nosił w sobie cienia pychy. To dziś cecha niemal wymarła. Im bardziej ktoś staje się rozpoznawalny, tym częściej zaczyna wierzyć we własną wyjątkowość. Andrzej zachował niezwykłą pokorę. Może dlatego, że wiedział, iż wobec gór wszyscy jesteśmy mali. Może dlatego, że literatura nauczyła go słuchać bardziej niż mówić.

Ostatni raz spotkaliśmy się podczas mojego wieczoru autorskiego w Klubie Dziennikarza „Pod Gruszką”. Dzisiaj wracam do tamtego spotkania z ogromnym wzruszeniem. Wtedy wydawało się jednym z wielu. Dziś wiem, że każde wspólne spotkanie jest darem, którego wartości człowiek najczęściej uświadamia sobie dopiero po czasie. Rozmawialiśmy jak zawsze. Bez pośpiechu, bez wielkich słów. Śmialiśmy się. Planowaliśmy kolejne spotkanie, bo przecież zawsze wydaje się nam, że czasu będzie jeszcze dużo, że zdążymy, że jeszcze nie raz usiądziemy przy tym samym stoliku, że może jeszcze zadzwoni telefon, jeszcze przyjdzie mail z nowym wierszem. Życie jednak nie pyta nas o zgodę. Pisze własne zakończenia. I właśnie z tego powodu tak bardzo boli świadomość, że pewnych rozmów już nigdy nie dokończymy.

 

Coraz częściej łapię się na tym, że zamiast mówić o teraźniejszości, opowiadam o ludziach, których już nie ma. Jakby moja pamięć stawała się coraz obszerniejszą biblioteką, a półki z napisem „obecni” kurczyły się z roku na rok. Otwieram kolejne tomy wspomnień i widzę twarze. Słyszę głosy. Wracają miejsca, zapachy, gesty. Wśród nich zawsze jest Andrzej. Nie jako pomnik,
nie jako nazwisko z encyklopedii, nie jako laureat konkursów, autor tomików, twórca piosenek czy współzałożyciel legendarnej Grupy Poetyckiej „Tylicz”. Widzę przede wszystkim człowieka.
To właśnie człowiek jest największym dziełem swojego życia. Można napisać setki wierszy. Można zdobyć najważniejsze nagrody. Można przejść do historii literatury. A jednak po latach najczęściej pamięta się nie książki, lecz dobroć. Nie recenzje, lecz uśmiech, nie tytuły, lecz serdeczność. Takiego Andrzeja zapamiętam. Człowieka, który nigdy nie odmawiał rozmowy, który miał czas dla ludzi, który nie pytał, co zyska, ale co może ofiarować, który potrafił słuchać z taką samą uwagą debiutanta, jak słuchał uznanego poety, który nigdy nie zamknął się we własnej legendzie.

Dzisiaj takich ludzi jest coraz mniej. Świat stał się głośniejszy, bardziej nerwowy, bardziej zachłanny. W literaturze także coraz częściej zwycięża krzyk zamiast skupienia, autopromocja zamiast pokory, efekt zamiast prawdy. Andrzej należał do innego pokolenia. Do ludzi, którzy wierzyli, że najpierw trzeba być przyzwoitym człowiekiem, a dopiero później poetą. I może właśnie dlatego jego poezja nigdy się nie zestarzeje, bo była prawdziwa, nie powstała z mody, nie próbowała nikomu przypodobać się za wszelką cenę. Była wierna sobie. Tak jak wierny sobie był jej autor. Nie zapomnę jego uporu w podkreślaniu, że urodził się w Sosnowcu i że jest z Zagłębia, a nie ze Śląska. Mówił o tym z charakterystycznym uśmiechem, ale i z przekonaniem człowieka mocno zakorzenionego w swojej małej ojczyźnie. Potem przyszły studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, Kraków, środowisko literackie, Grupa „Tylicz”, kolejne książki, kolejne spotkania z czytelnikami. A jednak nigdy nie odciął się od swoich korzeni. Nosił je w sobie z dumą i z czułością. Zawsze podziwiałem tę wierność. Może dlatego jego wiersze miały w sobie tyle autentyzmu. Nie pisał o świecie wyobrażonym. Pisał o świecie przeżytym. I właśnie dlatego potrafił poruszać. Wiem, że jeszcze nieraz będę odruchowo chciał do niego zadzwonić, że kiedy zobaczę piękną połoninę, beskidzki las, mgłę osiadającą na dolinie albo jesienne buki płonące czerwienią, pomyślę: „To jest pejzaż dla Andrzeja”. Będę chciał wysłać mu zdjęcie, dopisać kilka zdań, zapytać, co właśnie pisze, a potem przypomnę sobie, że nie każda rozmowa może mieć ciąg dalszy, że nie każda przyjaźń kończy się kolejnym spotkaniem. Niektóre kończą się pamięcią, ale pamięć także potrafi być formą obecności. Dopóki wspominamy ludzi, którzy byli dla nas ważni, dopóty oni naprawdę nie odchodzą. Zostają w naszych gestach, w naszych słowach, w sposobie patrzenia na świat. Ile razy dziś zatrzymuję się nad wierszem o górach, tyle razy słyszę gdzieś w tle głos Andrzeja. Nie dlatego, że go naśladuję. Dlatego, że nauczył mnie patrzeć uważniej. Patrzeć nie tylko na krajobraz, ale patrzeć na człowieka.

Myślę dzisiaj również o całym naszym pokoleniu. O poetach, z którymi przemierzałem Polskę od festiwalu do festiwalu, od domu kultury do domu kultury, od biblioteki do biblioteki. Jak wiele twarzy zniknęło już z tej drogi – to już idzie w dziesiątki...  Każde odejście pozostawia pustkę, której niczym nie można wypełnić. Literatura trwa. Książki zostają. Ale przyjaźni nie da się dodrukować. Nie można wznowić wspólnej rozmowy,  można dopisać kolejnego wieczoru przy piwie w „Pod Jaszczurami”, nie można cofnąć czasu. Można tylko dziękować.

Dziękuję Ci więc, Andrzeju, za te wszystkie lata. Za rozmowy, które często były ważniejsze niż niejedna konferencja literacka, za telefony, które poprawiały humor, za maile, które przychodziły zawsze w odpowiednim momencie, za spotkania w Krakowie, za Ciężkowice, za Zelów, za wspólne wieczory autorskie, za śmiech, za anegdoty, za Twoją dobroć, za życzliwość, za skromność, za niepowtarzalne poczucie humoru. Dziękuję za to, że nigdy nie musiałem się zastanawiać, czy mogę do Ciebie zadzwonić. Wiedziałem, że po drugiej stronie zawsze będzie przyjaciel.

Dziękuję również za Twoją poezję. Za to, że nauczyłeś mnie jeszcze mocniej kochać krajobraz, za to, że pokazałeś, iż metafora nie jest ozdobą, lecz sposobem widzenia świata, za to, że przypomniałeś wszystkim, iż prawdziwa poezja nie potrzebuje krzyku. Wystarczy szept, wiatr, jedno dobrze zapisane zdanie. Jestem przekonany, że polska literatura zapamięta Andrzeja Krzysztofa Torbusa jako wybitnego poetę. Takiego, który nie szukał rozgłosu, ale prawdy. Takiego, który potrafił z kilku słów zbudować cały świat. Takiego, którego wiersze pachną lasem, mokrą ziemią, dymem z ogniska, jesiennym liściem i beskidzkim wiatrem.

Ja jednak zapamiętam go przede wszystkim inaczej.

Jako człowieka.

Jako przyjaciela.

Jako brata-łatę wszystkich poetów.

 

Kiedyś powiedziałem, że po śmierci Jerzego Harasymowicza to właśnie Andrzej Krzysztof Torbus stał się najwybitniejszym polskim poetą pejzażu. Dzisiaj powtarzam te słowa z jeszcze większym przekonaniem. Nie dlatego, że odszedł. Nigdy nie wierzyłem w zwyczaj wynoszenia ludzi na piedestał dopiero po ich odejściu. Mówiłem to od lat i nadal tak uważam. Bo jego poezja nie była opisem gór. Ona sama była górami.

Nie była opowieścią o wietrze.

Ona sama była wiatrem.

Nie była pejzażem.

Była jego duszą.

Dlatego jestem spokojny.

Poeci naprawdę nie umierają.

Odchodzą tylko ci, którzy ich znali.

Oni sami zostają.

W swoich książkach.

W pieśniach.

W pamięci przyjaciół.

W szelestach bukowych lasów.

W zapachu połonin.

W ciszy beskidzkich dolin.

Ilekroć ktoś otworzy tomik Andrzeja Krzysztofa Torbusa, gdzieś nad górami znowu powieje ten sam wiatr, który prowadził go przez całe życie.

Do zobaczenia, Przyjacielu!

Tam, gdzie wszystkie ścieżki w końcu prowadzą na jedną, najwyższą połoninę.

Andrzej Dębkowski

Fot. ©Andrzej Dębkowski

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat
Przedruk z dwumiesięcznika „Res Humana”, numer 4/2026

 

Piórkiem i piórem

Z Szymonem Koprowskim rozmawia Karol Czejarek

 

Karol Czejarek: Ostatnia Twoja powieść – „Śmierć rysownika” (dodatkowo wzbogacona Twoimi rysunkami) – jest swego rodzaju rozprawą o tym, co się aktualnie dzieje w Polsce, tak bardzo dziś podzielonej politycznie. Zapytam więc o kolejną Twoją powieść, którą masz w planie: o czym ona będzie?

 Szymon Koprowski: Książka, którą mam w tej chwili na warsztacie, powstaje za namową mojego wydawcy, redaktora Witolda Podedwornego z wrocławskiego Wydawnictwa ATUT. „Szymonie – ciągle powtarzał – wychowywałeś się w środowisku twórców: pisarzy, poetów, dziennikarzy, na pewno masz wiele ciekawych wspomnień. Byłoby dobrze, gdybyś przekazał potomnym spostrzeżenia, ciekawostki i anegdoty związane z ludźmi, którzy jeden po drugim odchodzą tam, skąd nie docierają już żadne wiadomości”. Na liście osób, którym poświęcam strony nowej książki, znajdzie się wiele znanych postaci ze świata kultury. W tej chwili, ze względu na trwający proces redagowania wspomnień, wymienię tylko kilku ważnych twórców, znajdujących się w kręgu mego zainteresowania. Są to: Jan Koprowski (mój śp. Ojciec), Jan Izydor Sztaudynger, Wlastimil Hofman, Barbara Kwiatkowska, Kazimierz Dejmek czy Simon Wiesenthal, choć ci wszyscy wymienieni przeze mnie twórcy są już od w innym świecie. Ukazanie wartości tych ludzi – widziane z poziomu codzienności – nie będzie zadaniem łatwym.

Karol Czejarek: Dlatego uważam za bardzo cenne, że będą mogli jeszcze raz być wśród nas, a ich nazwiska staną się zachętą do zdobycia książki już po jej wydaniu. Zresztą na pewno znajdzie się w niej wiele innych ważnych osób, zwłaszcza ze świata literatury. W pełni popieram inicjatywę Twego Wydawcy, gdyż masz wiele smakowitych wspomnień o ludziach, których w swoim życiu spotkałeś, a dziś unieruchomionych „w sztywnych portretach przeznaczonych dla podręczników”.

Twoje dotychczasowe dokonania literackie zapewniają czytelnikom niemałe emocje i głębokie przeżycia. Pozostań w swojej twórczości w prezentacji problemów współczesności, zwłaszcza polskich, w umacnianiu jedności narodowej, sprawiedliwości społecznej, demokracji w najszerszym rozumieniu tego słowa, żeby przykre dla nas w historii zdarzenia już nigdy się nie powtórzyły.

Szymon Koprowski: Dziękuję za te krzepiące słowa. Akceptacja jest potwierdzeniem trafności wyborów, daje siłę i sprawia, że tygodnie i miesiące poświęcone pracy są nagradzane poczuciem głębokiego sensu kreowania literackiej rzeczywistości zawartej w powieściach. I nie chodzi mi wyłącznie o fikcję, ukazywanie nierealnych światów, choć przenikające się marzenia senne i jawa mogą na to wskazywać, jednak używam takich technik wyłącznie po to, żeby wzmocnić dosadność przekazu. Powoduję w ten sposób głębsze przeżywanie problemów współczesności, kryzysu jedności narodowej, ukazując skonfliktowane mniejsze społeczności (blok mieszkalny, szkoła, ulica), w konsekwencji jednak tworzące społeczeństwo. To samo dotyczy szacunku dla samych siebie i narodu, który tworzymy. Staram się wypleniać z narodowej, powieściowej świadomości i dochodzących w niej do głosu nazbyt często, spiskowych teorii dziejów, przekłamań i rycerskich legend, nie zawsze rycerskich rycerzy. Krótko mówiąc, staram się na swój sposób ten rozchwiany moralnie i stojący na głowie świat ustawić na nogach, silnych kolumnach demokracji, zdrowego rozsądku, szukającego porozumienia i porządku priorytetów niezbędnych dla ogólnoludzkiego porozumienia. Oczywiście proponowane porządki należy zacząć od siebie i własnego „domu”. Dlatego moja proza może budzić sprzeciw, ale mam nadzieję, że myślący czytelnik przyzna mi rację.

Karol Czejarek: Czy na Twoje pisanie miał wpływ Twój dom rodzinny, jego atmosfera, Twój ojciec Jan Koprowski – dla mnie znakomity pisarz, swego czasu bardzo w Polsce popularny? W latach wojny pracował jako robotnik przymusowy w Niemczech, a mimo to nawoływał po jej zakończeniu do współpracy z Niemcami, jak i ze wszystkimi naszymi sąsiadami. Dzięki niemu poznałem osobiście m.in. Enzensbergera, Hermana Kanta, Dürenmatta. Jakie jest Twoje zdanie na temat problematyki pojednania i współpracy z Niemcami (ale nie tylko z nimi), gdyż ostatnio ogromnie dużo spiskowej teorii dziejów wokół tej sprawy?

Plakat

Szymon Koprowski: Tak, to wszystko jest prawdą. Mój Ojciec nigdy nie generalizował, nie stawiał nikogo „przed plutonem egzekucyjnym” z powodu germańskich korzeni. Tym bardziej, że podczas pobytu w obozie spotykał się także z Niemcami prześladowanymi przez faszystów. Zamiast rewanżyzmu i siania nienawiści, po prostu szukał drogi pojednania, wykorzystując do tego kulturę. Współpracował z pisarzami krajów niemieckojęzycznych, przybliżając polskiemu czytelnikowi literaturę niemiecką, a niemieckiemu polską. Był zapraszany na sympozja literackie do wielu krajów europejskich. Miał w sobie pasję propagowania pojednania, zrozumienia i na koniec wybaczenia, poprzez europejski język kultury, a szczególnie literatury mówiącej o humanizmie, o wspólnych korzeniach. W naszym domu nie słyszałem oskarżeń czy nienawistnych słów o przedstawicielach innych narodów i ras. Mój Ojciec i jego brat Franek nigdy nie kierowali się uprzedzeniami i odważnie stawali w obronie osób, ratując je przed nienawiścią „zwycięzców”. Znam dobrze historię pięknej Niemki z Bawarii, Charlotte Ebersbach, która wyszła za mąż (po śmierci swojego męża, oficera Wehrmachtu!) właśnie za stryja Franka i zawsze była moją ulubioną ciotką, serdeczną, pełną ciepła. Często mówiła, pytana o niemieckiego męża: „byłam za młoda, żeby zauważyć, że on bardziej kocha politykę i wojsko niż mnie. Dopiero Franek i jego wielka miłość dały mi prawdziwe szczęście, a Polska stała się moją prawdziwą ojczyzną”. Oboje wychowywali troje dzieci, jej i oficera, a po wojnie czwarte, Charlotty i Franka.

Czyli można wznieść się ponad przekleństwo uprzedzeń. Niestety, dziś znów budzą się nacjonalistyczne upiory. Okazuje się, że historia niczego nie nauczyła naprawdę dużej grupy Polaków. Nic do nich nie dociera, oprócz języka skrajnych uprzedzeń. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby skrajni nacjonaliści przejęli władzę w naszej ojczyźnie. Ja w swojej literaturze piętnuję ludzi i ich idee rasowej czystości i jedności w wierze. Nigdy nie przytaknę chrześcijańskiej nauce, godzącej się na przywódców głoszących hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna, a w ich plecakach – ogień i sznur na stryczki dla przeciwników. Choć gwoli prawdy należy przyznać, że jest też bardzo wiele przykładów postaw prawdziwie chrześcijańskich.

Ojciec był głównym „zegarmistrzem” mojej duszy. To on od najmłodszych lat uczył mnie wrażliwości na słowa układające się w opowieści o nieznanych światach, zamieszkujących je istotach ludzkich i towarzyszących im zwierzętach. Największą zasługą Ojca było cowieczorne czytanie, począwszy od Kubusia Puchatka, Bambi, Chłopców z placu broni, Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa, po wiele innych niezapomnianych lektur. Książki, które były skoszarowane na półkach wypełniających niemal całe nasze mieszkanie, stanowiły tlen dla mojej nienasyconej wiedzy o świecie, a zwłaszcza o Polsce. To one kształtowały moją osobowość, a samodzielne czytanie, które opanowałem zanim poszedłem do szkoły, wywarło wielki wpływ na mój rozwój i było dla mnie tym, czym woda dla ryb.

Po matce odziedziczyłem dociekliwość, potrzebę dochodzenia do prawdy poprzez sprawdzanie, korzystanie z jak największej liczby dostępnych źródeł. Powielanie zmyśleń, niedomówień i kłamstw wynikających ze zwykłego lenistwa jest największym przestępstwem wobec czytelnika ufającego wiarygodności autora. Ta dbałość o prawdę jest, między innymi, skutkiem wpajanych mi przez Mamę zasad tworzenia własnych wartości. Była serdecznym policjantem i strażnikiem zasad panujących w rodzinnym domu.

Po braciach zaś mam potrzebę i odwagę głoszenia własnych poglądów bez stosowania autocenzury dla własnych korzyści. Podwórko przydomowe i teren szkoły podstawowej były naturalnym środowiskiem, gdzie ucierały się nasze charaktery; lata pięćdziesiąte nie były nazbyt życzliwe ani dla dorosłych, ani dla dzieci. W naszym środowisku podwórkowym i szkolnym bezustannie dochodziło do rozmaitych konfliktów. Kiedy ktoś wlał do nowiutkiego tornistra koleżanki, córki milicjanta, atrament i najstarszy, najbardziej wyrośnięty łobuziak z naszej klasy (który maczał w tym swoje paluchy) namawiał mnie, żeby oskarżyć o ten brzydki uczynek chłopaka, którego z niewiadomych mi powodów nie cierpiał, mój brat Jacek, starszy ode mnie o cztery lata, powiedział krótko: nie wyobrażam sobie, że spełnisz jego wolę. Moje obawy, że jeśli tego nie zrobię, dostanę tęgi łomot, skwitował krótko: jeśli się nie postawisz, zawsze będziesz popychadłem i słabeuszem… Oczywiście wybrałem uczciwe załatwienie sprawy, ale dzięki takim właśnie, jakże trudnym dla młodego chłopca wyborom, mogę bez wstydu patrzeć sobie w oczy odbijające się w lustrze.

Jacek w całym swoim krótkim życiu starał się być sprawiedliwy, nie bacząc na koszty takiego postępowania. Był, jak nazywali go przyjaciele, twardzielem, na którym zawsze można było polegać. Niestety zmarł w wieku 34 lat na raka. Natomiast Marek, młodszy od Jacka o dwa lata, był bardziej zrównoważony, chociaż także potrafił stawiać czoła trudnym wyzwaniom. Był dziennikarzem, pracował całe życie w „Angorze”. Niestety, przegrał z alkoholem w nierównej walce, a właściwie z powodu toksycznej, „łączącej ich zabójczej przyjaźni”. Zmarł w wieku 64 lat.

Karol Czejarek: Bardzo dziękuję Ci za szczerość! Zapytam jeszcze o jedno: z wykształcenia jesteś artystą plastykiem; znakomite są Twoje ilustracje w ostatniej powieści. Kiedy u Ciebie nastąpiła ta zmiana z malarza na pisarza?

Szymon Koprowski: Moje pisarstwo drzemało we mnie przez wiele lat i zawdzięczam to Ojcu, który często swoim znajomym chwalił się: to mój najmłodszy syn Szymek, nie tylko pięknie pisze, ale też ładnie rysuje. Opatrywanie rysunków tekstem zawsze sprawiało mi wielką przyjemność. W szkole podstawowej wydawałem klasową gazetkę, pisałem krótkie opowiadania i prowadziłem dział wymyślanych przeze mnie wiadomości z kraju i ze świata. Potem przyszły studia w Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu i współpraca z pismami studenckimi. Przez cały czas studiów słyszałem od swoich profesorów, że za dużo w moim malarstwie literatury, a były to czasy erupcji konceptualizmu.

Słyszałem także, że lepiej by było, żebym zajął się literaturą. Ale prawdę mówiąc, nie utyskiwania profesorów skierowały mnie na tę drogę, tylko coraz wyraźniejsza potrzeba opisywania siebie i mojego świata słowem. Zadebiutowałem w 2008 roku powieścią Balkon na krańcu świata z okładką, którą zaproponował mi wspaniały Janusz Stanny. Tak to się zaczęło i trwa do dziś, a ja mam nadzieję, że zdrowie pozwoli mi kontynuować prozatorską przygodę jeszcze przez długie lata.

Karol Czejarek: Dziękuję Ci za całą naszą rozmowę, ale nim się pożegnamy, jeszcze zapytam: czy jest coś, o czym chętnie byś opowiedział, a nie zapytałem Cię o to?

Szymon Koprowski: Tak, jest jeszcze jedna, bardzo ważna dla mnie sprawa. Pragnę poświęcić kilka zdań mojej towarzyszce, przyjaciółce, żonie. Jesteśmy razem 50 lat. Oboje ukończyliśmy Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Wiesia, uzdolniona graficzka, miała na głowie dwoje dzieci, dom z ogrodem i mnie, razem z ciężarem zmiennych stanów mojego artystycznego charakteru. Okazała się człowiekiem z żelaza, skoro wytrzymała tyle lat u boku człowieka, który zbyt często zapominał o swoich podstawowych obowiązkach. Jakby tego było mało, los pozbawiony głębszych uczuć dobrał się do jej oczu, odbierając możliwość uprawiania ukochanej grafiki. Dużo tego, o wiele za dużo, ale ona nie traci nadziei na dobrą przyszłość. Jeżeli los się nie opamięta, jak uczyniłem to ja, znaczyć będzie, że jest on bezmyślną ruletką, mającą więcej wspólnego z odpustem niż metafizyką.

___________________

Szymon Koprowski jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Ma w dorobku artystycznym, oprócz ilustracji książkowych, kilkanaście wystaw malarstwa i rysunku. Od trzynastu lat zajmuje się beletrystyką. Zadebiutował powieścią Balkon na krańcu świata, potem przyszła kolej na Uszy van Gogha, Dybuka z ulicy Piotrkowskiej, Za chwilę zacznie padać deszcz..., Requiem dla Wrocławia, Jaśmin Babel rusza w świat oraz Szepty i krzyki Stumilowego Lasu.

 

Zdjęcie Karola Czejarka: „Przegląd Dziennikarki”.

Zdjęcie Szymona Koprowskiego: Andrzej Dębkowski.

 

 

Plakat

 

Plakat
Stefan Michał Żarów

 

Tajemnica jako zasada istnienia poezji

 

Tajemnica stanowi jedno z najbardziej trwałych i zarazem najbardziej nieuchwytnych doświadczeń związanych z poezją. Nie jest ona jedynie tematem literackim, lecz przede wszystkim sposobem istnienia tekstu poetyckiego, jego szczególną właściwością epistemologiczną i estetyczną. Poezja, w przeciwieństwie do dyskursu naukowego, publicystycznego czy użytkowego, nie dąży do pełnego wyjaśnienia świata ani do jego logicznego domknięcia. Przeciwnie – jej istotą jest ujawnianie rzeczywistości w sposób niepełny, fragmentaryczny i wieloznaczny. W tym sensie tajemnica nie oznacza braku wiedzy, lecz stanowi szczególną formę poznania, opartą na niedopowiedzeniu, sugestii, metaforze oraz otwartości znaczeniowej.

Już na poziomie językowym poezja ujawnia swoją zdolność do generowania tajemnicy. Język poetycki nie pełni wyłącznie funkcji komunikacyjnej, lecz staje się strukturą, która odsłania własną materialność, dźwiękowość i wielowarstwowość znaczeniową. Słowa w wierszu nie są jednoznacznymi nośnikami informacji, lecz elementami dynamicznego systemu, w którym znaczenia powstają poprzez relacje, napięcia i konteksty. W przeciwieństwie do języka potocznego, który dąży do precyzji i jednoznaczności, język poetycki eksponuje nieostrość i wieloznaczność jako wartości estetyczne. Właśnie ta nieprzezroczystość języka sprawia, że tekst poetycki nie daje się w pełni zracjonalizować, a jego sens pozostaje w pewnym stopniu ukryty. Istotnym źródłem tajemniczości w poezji jest również metaforyczność języka. Metafora nie tylko zastępuje jedno znaczenie innym, ale tworzy nową przestrzeń semantyczną, w której elementy rzeczywistości zostają zestawione w sposób nieoczywisty. Dzięki temu powstają znaczenia pośrednie, które nie mogą zostać sprowadzone do jednej interpretacji. W efekcie metafora staje się narzędziem nie tyle wyjaśniania, ile raczej komplikowania obrazu świata. Tajemnica rodzi się więc z samej struktury poetyckiego obrazowania, które nie tyle opisuje rzeczywistość, ile ją przekształca. Ważnym aspektem budowania tajemnicy w poezji jest także wielopoziomowa struktura tekstu. Wiersz rzadko funkcjonuje na jednym poziomie znaczeniowym – przeciwnie, zazwyczaj zawiera warstwy dosłowne, symboliczne, kulturowe i intertekstualne. Odbiorca nie ma dostępu do jednego, stabilnego sensu, lecz porusza się pomiędzy różnymi możliwymi interpretacjami. Każda z nich może być częściowo uzasadniona, ale żadna nie wyczerpuje całości znaczenia. W ten sposób poezja wymyka się logice jednoznaczności i domknięcia, pozostając przestrzenią interpretacyjnej niepewności.

Kolejnym istotnym elementem jest struktura niedopowiedzenia, która w poezji pełni funkcję konstruktywną. Elipsy, urwania wypowiedzi, pauzy składniowe oraz fragmentaryczność tekstu sprawiają, że znaczenie nie jest dane bezpośrednio, lecz musi zostać przez odbiorcę dopowiedziane. Niedopowiedzenie nie jest jednak brakiem, lecz świadomą strategią artystyczną, która aktywizuje czytelnika i zmusza go do współtworzenia sensu. Tajemnica nie znajduje się więc wyłącznie w tekście, lecz powstaje w relacji między tekstem a odbiorcą. W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera rola interpretacji. Poezja nie narzuca jednego sposobu odczytania, lecz generuje wiele możliwych dróg interpretacyjnych. Każda lektura jest w pewnym sensie aktem ponownego stworzenia tekstu. Oznacza to, że sens wiersza nie jest stabilny ani ostateczny, lecz dynamiczny i zmienny. Tajemnica polega tu na nieustannej możliwości reinterpretacji, która nigdy nie prowadzi do pełnego wyczerpania znaczenia.

Nie można również pominąć egzystencjalnego wymiaru tajemnicy w poezji. Wiersz bardzo często dotyka tematów granicznych, takich jak śmierć, czas, pamięć, miłość, tożsamość czy przemijanie. Są to doświadczenia, które wymykają się pełnemu poznaniu i nie mogą zostać jednoznacznie opisane w języku. Poezja nie rozwiązuje tych problemów, lecz raczej je ujawnia, podkreślając ich nieprzejrzystość i złożoność. W tym sensie tajemnica nie jest tylko efektem językowym, ale także konsekwencją struktury ludzkiego doświadczenia.

Szczególną rolę odgrywa także wymiar metafizyczny poezji. W wielu tradycjach literackich wiersz był traktowany jako forma kontaktu z tym, co przekracza rzeczywistość empiryczną. Nawet w poezji współczesnej, która często rezygnuje z jednoznacznych odniesień metafizycznych, obecne jest poczucie graniczności języka. Słowo poetyckie jednocześnie ujawnia i ukrywa, wskazuje na coś, co pozostaje poza pełnym zrozumieniem. Tajemnica staje się w tym ujęciu nie tyle elementem treści, ile sposobem istnienia świata w języku. Ważnym elementem budującym tajemniczość jest także materialność języka, obejmująca jego brzmienie, rytm i strukturę dźwiękową. Poezja nie jest wyłącznie zapisem znaczeń, lecz również zjawiskiem fonicznym. Rytm, powtórzenia, aliteracje i asonanse tworzą warstwę dźwiękową, która wpływa na odbiór tekstu w sposób przedpojęciowy. Znaczenie nie wynika więc jedynie z semantyki, ale także z doświadczenia słuchowego, które może wprowadzać dodatkowe, trudne do jednoznacznego opisania sensy.

Szczególne znaczenie ma również cisza, która w poezji nie jest brakiem, lecz elementem struktury znaczeniowej. Pauzy, przerwy i zawieszenia wypowiedzi tworzą przestrzeń nieokreśloności, w której sens dopiero się rodzi. Cisza działa jak miejsce potencjalności, w którym interpretacja może się rozwijać. W ten sposób tajemnica zostaje wpisana nie tylko w słowo, ale również w jego brak. Współczesna poezja dodatkowo wzmacnia wymiar tajemnicy poprzez fragmentaryczność i eksperymentalność formy. Teksty poetyckie często rezygnują z linearnej narracji, tworząc struktury otwarte, wielogłosowe i niejednorodne. Wiersz może funkcjonować jako zbiór fragmentów, obrazów lub asocjacji, które nie tworzą jednego spójnego sensu. W takim ujęciu tajemnica nie jest już czymś, co należy odkryć, lecz zasadą organizującą samą strukturę tekstu. Nie bez znaczenia pozostaje również relacja między poezją a czytelnikiem. Odbiorca nie jest biernym adresatem tekstu, lecz jego współtwórcą. To on wypełnia luki znaczeniowe, rekonstruuje sensy i nadaje tekstowi ostateczny kształt interpretacyjny. W tym procesie tajemnica nie zostaje usunięta, lecz raczej pogłębiona, ponieważ każda interpretacja otwiera nowe pytania i możliwości odczytania.

Podsumowując, tajemnica w poezji nie stanowi elementu dodatkowego ani dekoracyjnego, lecz jest jej fundamentalną zasadą istnienia. Wynika zarówno z właściwości języka, jak i z natury doświadczenia egzystencjalnego oraz sposobu odbioru tekstu. Poezja nie eliminuje niejasności, lecz ją podtrzymuje i rozwija, traktując ją jako źródło sensu i wartości estetycznej. Tajemnica nie jest przeciwieństwem poznania, lecz jego szczególną formą – poznaniem otwartym, niepełnym i nieustannie odnawianym, które nie prowadzi do zamknięcia znaczenia, lecz do jego ciągłego pogłębiania.

Stefan Michał Żarów

_________

Bibliografia:

Barthes R. Przyjemność tekstu, przeł. A. Lewańska, Warszawa: KR.

Jakobson R. Poetyka w świetle językoznawstwa, w: W poszukiwaniu istoty języka, t. 2, Warszawa: PIW.

Mayenowa M. R. Poetyka teoretyczna, Warszawa: PWN.

Ong W.J. Oralność i piśmienność. Słowo poddane technologii. Lublin: KUL.

Pszczołowska L. Wiersz – rytm – dźwięk, Warszawa: PWN.

Zumthor P. Oral Poetry. An Introduction, Minneapolis: University of Minnesota Press.

Żarów. S.M. Kategorie tworzenia. Podkarpackie ślady Pegaza. Rzeszów 2019.

 

Plakat