Co to zmienia?
Mogła spokojnie kierować katedrą teologii katolickiej na uniwersytetach w Duisburgu i Essen. Będąc pierwszą kobietą, która otrzymała w roku 1970 profesurę w tej dziedzinie mogła wykładać Nowy Testament i starożytną historię Kościoła aż do emerytury. Po czym w roku 2021 pojawiła się śmierć. Z pewnością, jako naukowiec z krwi i kości, o emeryturze by nie myślała. Prawdziwi naukowcy, podobnie jak poeci, czy też artyści innej maści, zawsze mają w sobie ciekawość życia, zagadnień, którym się poświęcają i zawsze obecne w nich jest – dążenie do prawdy. To coś, co jest pierwsze i stanowi element napędowy pasji.
Urodzona w 1927 roku Uta Ranke-Heinemann, bo o niej tu mowa, za krytykę instytucji kościelnych i interpretowanie dziewiczego poczęcia Maryi z wyłącznie teologicznego, a nie biologicznego punktu widzenia, ta profesor teologii katolickiej została pozbawiona katedry, a następnie poddana ekskomunice. A przecież mogła... I dni by mijały, i by wykład za wykładem... Jednak dla wielu owo dążenie do prawdy, jej poszukiwanie jest ważniejsze, niż wszelki splendor i tak zwany – święty spokój. A skoro o spokoju mowa autorka z niekłamanym żalem wspomina jak jej przyjaciel, profesor nauk teologicznych, Joseph Ratzinger, który wspierał ją w jej odkryciach, gdy stał się papieżem – nagle zmienił front. Można też czytać o tym, jak spotykała się z murem niezrozumienia bez argumentacji u hierarchów Kościoła. Adwersarze nie mieli nic w zamian. Oczywiście to pisała ona, lecz jaki by był sens, gdyby pojawiły się konkretne dowody przeczące jej interpretacjom, odkryciom i dowodom?
Maria w momencie poczęcia Jezusa była dziewicą i nią pozostała również po Jego urodzeniu, twierdzi Kościół. Nie ma co dywagować, czy to możliwe, czy nie. Jako wierzący chrześcijanin mogę uważać to za cud. Można natomiast rozważać, czy dziewicze poczęcie Nazarejczyka to wynik przemyśleń autorów kanonicznych ewangelii, którzy poprzez to chcieli udokumentować boskie pochodzenie Jezusa? Wzorem tego jak do boskości odnosili się pogańscy Grecy. A tu na przykład Platon był traktowany jako bóg, Herakles, czy Dionizos, a nawet Homer był otaczany boską czcią w świątyniach. A kulturowe wzorce mieszały się ze sobą przecież w tym czasie. Bóg Ojciec Jezusa, pogański bóg Apollo Platona – to przecież czyste przeniesienie. U Greków jednak nie miało to nic wspólnego z seksualnością człowieczą, a u autorów czterech kanonicznych ewangelii raczej już tak. Wnoszę to z postaw wielu pierwszych chrześcijan już po ukonstytuowaniu się czwórki kanonicznej, gdzie bezżenność była bardziej ceniona niż małżeństwo. Później swoje dodał Augustyn, dalej Tomasz z Akwinu, co w rezultacie doprowadziło do tego, że wyżej ceniono celibat niż małżeństwo. Z pewnością nie było to zamiarem – Jezusa. Ten przecież, gdy mówił o małżeństwie to z jedną kobietą, co było nie w smak pierwszym apostołom. Dla wielu z nich wielożeństwo było czymś naturalnym. On wtedy tylko stwierdził, że są tacy, którzy „tego nie pojmują” wykazując się tym samym olbrzymią tolerancją wobec myślących inaczej. A żadna bezżenność, czy celibat z pewnością nie była mu w głowie.
Tym niemniej tak się stało, że dziś, współczesny, a wnikliwy człowiek słysząc na każdej mszy świętej „z dziewicy Maryi” może zadać sobie pytanie – czy zatem stosunek seksualny jest czymś złym? To samo, myślę, mogło sekundować wspomnianej wcześniej Ucie Ranke-Heinemann. Rodzi się więc kwestia: dlaczego nie pozwolić powiedzieć, że Jezus był owocem miłości Józefa i Marii? Dlaczego Bóg w swej cielesnej postaci nie mógł narodzić się jako wynik miłości pomiędzy nimi? Co temu przeczy? Co przeczy temu, aby pokazać zwykłą ludzką, cielesną więź pomiędzy nimi? Przecież Pieśń nad pieśniami, która znajduje się w kanonie ewangelicznym jest dowodem właśnie cudownej cielesności. Fakt, Kościół aby sobie z tym poradzić stwierdził, że to obraz miłości do niego właśnie. Jako poecie trudno mi się z tym zgodzić, a jako chrześcijaninowi uwierzyć. Kiedyś pisałem o tym esej.
Tym niemniej wyobraźmy sobie taką sytuację: wszyscy poddają się temu, że stosunek seksualny jest czymś złym, jak bezpośrednio wynika z dziewiczego poczęcia. Co się dzieje? Z czasem nie ma tych, którzy to twierdzą oraz wszystkich innych, bo ludzkość po prostu umiera, nie ma jej. A zatem: czy stosunek seksualny jest czymś złym? Że powtórzę pytanie. Czy Bogu by na tym zależało, aby unicestwić swe dzieło? A i jeszcze, i przede wszystkim: dlaczego miałby twierdzić, że jeśli On zstępuje na ziemię, to Jego, by tak rzec, cielesna geneza by miała być inna niż przeciętnego, zwykłego człowieka? Tym samym by twierdził, że stosunek seksualny jest czymś, pisząc oględnie, nieodpowiednim aby pojawiła się Jego cielesna postać. Czy to nie byłby absurd? Jezus miał zaświadczać, że jest Bogiem nie poprzez sytuację swego narodzenia, a poprzez to co czynił i to jest najważniejsze.
Jeżeli więc ludzkość po prostu ma być nie ma argumentu na to, że Bóg w swej cielesnej postaci Jezusa miałby zignorować prawdę o tym, że człowiek rodzi się w wyniku cielesnego zespolenia kobiety i mężczyzny, bo przecież sam tak ustanowił. Piękny seks i jego wynik Jezus. I moje pytanie: czy to coś zmienia? Nie. Moim zdaniem, nie. Jezus Chrystus w dalszym ciągu jest Bogiem, który narodził się z Marii (tyle że nie dziewicy) i Józefa. Jest obrazem zwykłych narodzin, jeśli Bóg chciał się ucieleśnić. A dlaczego mamy nazywać Jezusa Bogiem, o tym świadczą Jego, ogólnie ujmując, działania.
Wbrew zamysłom ewangelistów i po nich ojców Kościoła (Augustyna, Tomasza z Akwinu) i hierarchów Kościoła podtrzymujących tezę o dziewiczości Marii można zauważyć, że teza ta powoduje, że narodziło się szereg bzdurnych interpretacji. Jedną z nich jest chociażby czytana w książce Huberusa Mynarka „Jezus i kobiety”. Tam to bowiem czytamy, że Jezus był bękartem, a Jego ojcem jest rzymski żołnierz o imieniu Pantera, co jest wymysłem, a co najwyżej polemiką antychrześcijańską. Takich historyjek by wtedy nie było. Tym niemniej one się pojawiły, ale dlaczego Bóg na to pozwolił, tego nie wiem. I być może nigdy się nie dowiem. Może dając człowiekowi wolna wolę i w tym przypadku stwierdził, że sprawdza i z uśmiechem przyglądał się temu, co też na temat Jego cielesnej postaci ów autor wypisuje, a było tego sporo od Jezusa jako bękarta, po Jego harem kobiet i w ogóle nie etyczny sposób życia. Uśmiechał się pewnie. Tym niemniej chcę zauważyć, że gdyby nie upór Kościoła co do dziewiczego poczęcia Jezusa, takich pomysłów jakie proponuje Hubertus Mynarek, czy też inni antychrześcijańscy pisarze, czy nawet naukowcy, by po prostu nie było. Nie byłoby genezy ich z gruntu rzeczy martwych dociekań.
Drugim „bolesnym” zagadnieniem w osobie Jezusa jest Jego związek z Marią Magdaleną. Pytanie podstawowe: czy Jezus był partnerem, a w tym i seksualnym tejże Marii? Przede wszystkim należy obalić mit jakoby to miała być Jawnogrzesznica. Do dziś są poglądy, że tak. Współczesna teologia jawnie temu przeczy. Maria z Magdali, Maria z Betanii i owa Jawnogrzesznica to zupełnie inne Marie. Ta z Betanii to przyjaciółka Jezusa, gdzie jej siostra Marta chciała przypodobać się Jezusowi poprzez materialne dogodności, a ten ją za to zbeształ. Jezus lubił przebywać w ich towarzystwie. Jawnogrzesznica to z kolei ta, która obmywała stopy Nazarejczyka swoimi łzami, natomiast nas interesująca to Maria Magdalena, ta pochodząca z Magdali, majętna wdowa. Swą niezależność finansową zawdzięczała rodzicom oraz własnym umiejętnościom finansowym. Oczywiście tu znowu pojawiają się podejrzenia, że Jezus dlatego się z nią związał, ponieważ ona była majętna, a On potrzebował pieniędzy aby utrzymywać przy życiu swą sektę. Bo to przecież na początku to sekta była. Jakby nie spojrzeć, ten wątek finansowy ma tu znaczenie. Była więc to kobieta, co na owe czasy nie było łatwe, całkowicie niezależna finansowo. Byśmy dziś powiedzieli pewna siebie. Lecz, jak mówi Nowy Testament, została, by tak rzecz, „zweryfikowana” przez Jezusa, poprzez wypędzenie siedmiu demonów. Dopiero wtedy stała się Jego uczennicą. Niewiele o niej kanoniczne ewangelie, chociaż zwracają na nią szczególną uwagę, choćby poprzez to, że pierwsza ujrzała zmartwychwstałego Jezusa. Tym niemniej nic tam o tym, jakoby by miała być partnerką Jezusa z Nazaretu. Takie informacje nie mogły się pojawić, jeśli twardo stało się na stanowisku, że – stosunek seksualny jest czymś złym, a Jezus narodził się z Marii dziewicy. By to całkowicie przeczyło przyjętej narracji. Oczywiście zwraca się uwagę na szczególny związek Jezusa z Marią Magdaleną, dopuszczając nawet pocałunek, lecz według nauki Kościoła jest on stricte aseksualny. Czyli to co umknęło, być może, redaktorom czterech kanonicznych, interpretuje się tak, aby, broń Boże, nic z seksualnością nie miało wspólnego.
Moim zdaniem Bóg się śmieje do rozpuku, a zarazem jest zatroskany. Oczywiście to moja interpretacja, tym niemniej – co to zmienia, jeśli Maria Magdalena była faktyczną partnerką Jezusa? Co, jeżeli wraz z nim nawet może nauczała, znając choćby po części to, co Nazarejczyk chciał przekazywać? Jaka to ujma dla Jezusa? Podejrzewam, że żadna. Przecież mądrość Boga w Jego cielesnej postaci nie może być w niezgodzie z mądrością kobiety takiej, jak Maria z Magdali. W istocie Jezus był tym, który wyzwolił ją z siedmiu demonów, stając się tym samym tym, który stal prekursorem katolickich egzorcyzmów. Fakt, kobiety posługują się przede wszystkim emocjami, które zawsze są aniołami śmieci, dopiero dalej uczuciami, a na sam koniec racjonalnym spojrzeniem. Oczywiście nie wszystkie i nie zawsze, by nie być posądzonym o stronniczość, pisząc oględnie.
Maria Magdalena i Jezus z Nazaretu małżeństwo, jedna żona, jeden mąż, tak jak nauczał Jezus. Co to zmienia, jeżeli by tak było? Tylko przykład dla apostołów, którzy niechętnie widzieli posiadanie tylko jednej żony. Poza tym, by to jednoznacznie dało kłam pomysłom takim jakie preferuje wspomniany wcześniej Hubertus Mynarek, czy inni szukający sensacji w żywocie Jezusa widząc w nim szarlatana, który manipuluje naiwnymi kobietami i szukającymi w nim odpowiedzi na swe marne życie. Ba szarlatana, kochanka i Marii z Betanii, i Jawnogrzesznicy i wielu innych, nie wspominając o Marii z Magdali, amen. Zwykły związek pomiędzy Jezusem i Marią Magdaleną by temu zaprzeczył. A jest on całkiem prawdopodobny.
Pytam: co to zmienia, jeśli przyjąć, że Maria z Magdalii i Jezus z Nazaretu byli faktycznie partnerami, pierwszym chrześcijańskim małżeństwem z krwi i kości? Czy to, przede wszystkim Jezusowi, coś umniejsza? Bóg, Jezus, stając się człowiekiem przyjął tym samym wszystkie możliwości jakie powodują bycie nim. Czy mamy uwierzyć, że jakoby, jak to chciał wspomniany wcześniej Mynarek i paru innych, że Maria z Magdali to tylko jedna z Jego miłostek? Chyba nie, jeśli On zwracał uwagę na nierozerwalność małżeństwa. Podobnie jak pytałem, co z tego, że Jezus był owocem miłości Marii i Józefa? Co to zmienia? I jaki jest argument za tym, by tak nie było. A unika się paru istotnych przeszkód. Tych, które budzą niepotrzebne emocje. Czy Bogu zależało na tym, być może, nie wiem. Choćby jeden argument na to. Pewnie On mi nie odpowie.
Chyba tak samo myślała Uta Ranke-Heinemann, chociaż nie posunęła się do kwestii ewentualnego małżeństwa Marii z Magdali z Jezusem. Nie było to też w istocie jej dociekań. Podejrzewam, że gdyby tak było nasze myślenie byłoby podobne. Tak, Jezus mógł być małżonkiem Marii Magdaleny i nic nie stało na przeszkodzie, aby tak było. A przede wszystkim nic to nie zmienia w nauczaniu Jezusa z Nazaretu. Emocje w tej kwestii są więc zupełnie niepotrzebne. Bo przecież co to zmienia. Jest tylko kwestia prawdy, o którą zawsze warto zadbać. Jezus nie narodził się z dziewicy, a Jego żoną była Maria z Magdali – i to nic nie zmienia, jeśli tak było. Tak sadzę.
Janusz Orlikowski
Kiedy gasną dwa światła
Bywają takie odejścia, które trudno zamknąć w kilku zdaniach, bo wraz z człowiekiem znika nie tylko jego głos, twarz czy nazwisko, lecz także pewien fragment świata, którego już nikt nie odtworzy. Tak jest w przypadku Joanny Rawik i Jana Frycza – dwojga artystów należących do różnych pokoleń i reprezentujących różne dziedziny sztuki, a jednak połączonych tym, co w sztuce najważniejsze: prawdą, talentem i umiejętnością pozostawienia po sobie śladu w ludzkiej pamięci.
Joanna Rawik miała głos, który nie służył wyłącznie do śpiewania. W jej interpretacjach zawsze było coś więcej – doświadczenie, emocja, melancholia, czasem ból, ale także niezwykła siła. Potrafiła sprawić, że piosenka stawała się opowieścią o człowieku, jego tęsknotach, miłości, samotności i przemijaniu. Była artystką osobną, rozpoznawalną od pierwszego dźwięku, a zarazem osobowością, której nie dało się sprowadzić tylko do estrady. Jej obecność w polskiej kulturze była znacznie szersza – była aktorką, dziennikarką, autorką i świadkiem swojej epoki.
Jan Frycz z kolei należał do aktorów, których nie trzeba było przedstawiać. Wystarczała chwila na ekranie albo scena teatralna, by jego charakterystyczna twarz, głos i sposób budowania postaci przykuwały uwagę. Potrafił grać ludzi mocnych i bezradnych, szlachetnych i pogubionych, tych, którzy mówią wiele, i tych, których najważniejsze słowa pozostają niewypowiedziane. Jego aktorstwo miało w sobie rzadką umiejętność budowania napięcia bez przesady i bez taniego efektu. Był aktorem, który ufał tekstowi, postaci i inteligencji widza. Dziś oboje spotykają się w naszej pamięci w szczególny sposób.
Odeszli artyści, ale nie odeszły ich głosy. Nie zniknęły nagrania, role, spektakle, rozmowy, obrazy i emocje, które pozostawili. Sztuka ma bowiem tę niezwykłą właściwość, że potrafi oszukać czas.
Człowiek odchodzi, ale jego głos może zabrzmieć ponownie po wielu latach, aktor może znów pojawić się na ekranie, a piosenka może nagle otworzyć drzwi do wspomnienia, o którym wydawało nam się, że już dawno zostało zamknięte.
Joanna Rawik i Jan Frycz zostawili po sobie właśnie takie drzwi. Możemy je jeszcze otwierać. Możemy wracać do ich artystycznych dokonań, słuchać, oglądać, przypominać sobie i odkrywać na nowo. I może właśnie w tym kryje się najpiękniejszy sens pożegnania artysty – że nie jest ono ostateczne. Dopóki bowiem trwa pamięć odbiorców, dopóty trwa także jego obecność. Gasną światła sceny, milkną głosy, pustoszeją garderoby. Zostaje cisza. Ale po tej ciszy przychodzi chwila, kiedy z głośnika znów odzywa się znajomy głos, a na ekranie pojawia się znajoma twarz.
I wtedy rozumiemy, że artyści naprawdę odchodzą dopiero wtedy, gdy przestajemy ich pamiętać. Joanno, Janie – dziękujemy za to, że byliście. I za to, że dzięki swojej sztuce wciąż jeszcze jesteście.
Andrzej Dębkowski
Fot. Wikipedia
Atom pamięci –
czyli o tym, co zostaje w człowieku po końcu historii w książce „Kształt atomu. Wojna i pamięć” Łucji Fice
Niektóre książki przychodzą do czytelnika z gotową historią, którą można śledzić, rekonstruować i w końcu odłożyć na półkę wraz z poczuciem, że oto poznaliśmy czyjś los od początku do końca, inne natomiast nie pozwalają na taką wygodę, ponieważ ich prawdziwym tematem nie jest samo wydarzenie, lecz jego długie, często niewidoczne życie po wydarzeniu, a „Kształt atomu. Wojna i pamięć” Łucji Fice należy właśnie do tej drugiej kategorii. To książka o tym, co dzieje się z człowiekiem po katastrofie, choć katastrofa może mieć już swoje miejsce w podręczniku historii, swoje daty, nazwiska i fotografie, ponieważ dla jednostki historia nigdy nie kończy się w tym samym momencie, w którym kończy się wojna, zmienia się jedynie jej sposób obecności: raz przychodzi pod postacią wspomnienia, innym razem snu, lęku, choroby, gestu, przemilczenia albo dziwnego poczucia, że coś wydarzyło się dawno temu, a mimo to nadal pozostaje niepokojąco blisko.
Właśnie z tej perspektywy należy odczytywać tytuł książki, który na pierwszy rzut oka może wydawać się chłodny, naukowy i niemal odległy od literatury zajmującej się ludzkim cierpieniem. Atom kojarzy się przecież z materią, fizyką, laboratorium, obiektem, który trzeba zbadać, opisać i umieścić w określonej strukturze, tymczasem Łucja Fice bierze ten naukowy termin i przenosi go w obszar doświadczenia ludzkiego, sugerując, że również człowieka można próbować odczytywać jako skomplikowaną strukturę, w której nic nie istnieje całkowicie osobno, ponieważ pamięć łączy się z emocją, emocja z ciałem, ciało z historią, historia z rodzinnym przekazem, a rodzinny przekaz z tym wszystkim, czego nigdy nie wypowiedziano. To bardzo trafna metafora, ponieważ największe dramaty ludzkiego życia nie zawsze pozostawiają po sobie widzialne ślady, a jednak potrafią wpływać na następne pokolenia z siłą, której nie sposób lekceważyć. Nie trzeba przecież pamiętać konkretnego wydarzenia, aby żyć pod jego wpływem, nie trzeba znać wszystkich szczegółów rodzinnej historii, aby odziedziczyć jej lęki, nie trzeba być świadkiem wojny, aby w pewnym sensie nosić w sobie jej konsekwencje, i właśnie ta niewidzialna transmisja doświadczenia wydaje się jednym z najważniejszych problemów, jakie Łucja Fice stawia przed czytelnikiem.
„Kształt atomu” jest więc powieścią o pamięci, ale pamięć nie jest tutaj spokojnym archiwum, do którego człowiek sięga wtedy, kiedy potrzebuje przywołać minione wydarzenia. Jest raczej żywą substancją, która potrafi zmieniać swój stan, wymykać się kontroli, pojawiać się w najmniej oczekiwanym momencie i naruszać wygodny porządek teraźniejszości. Człowiek może przez dziesięciolecia milczeć, może nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym pewne doświadczenia zostały zamknięte za drzwiami świadomości, może nawet uwierzyć, że przeszłość przestała mieć znaczenie, a potem jeden zapach, jedno słowo, twarz, przedmiot czy przypadkowa sytuacja potrafi uruchomić całą lawinę wspomnień, pokazując, że to, co zostało wyparte, niekoniecznie zostało zniszczone.
W tym sensie szczególnie ważna jest obecna w książce relacja z kobietą dotkniętą demencją, ponieważ choroba ta staje się czymś znacznie bardziej skomplikowanym niż tylko medycznym problemem. Demencja rozbija bowiem klasyczne wyobrażenie pamięci jako uporządkowanej narracji, lecz jednocześnie odsłania jej głębsze warstwy, ponieważ człowiek, który traci zdolność logicznego opowiadania o swoim życiu, niekoniecznie traci wszystkie ślady tego życia. Czasami właśnie wtedy na powierzchnię zaczynają wypływać obrazy, emocje i fragmenty wydarzeń, które przez lata pozostawały ukryte pod warstwą społecznego porządku, wyuczonego zachowania i świadomej kontroli.
To jeden z najbardziej przejmujących paradoksów książki Fice: pamięć może zostać zniszczona jako system, a jednocześnie zachować się jako doświadczenie. Nie jest już wtedy uporządkowaną opowieścią, lecz raczej zbiorem fragmentów, które powracają bez ostrzeżenia i bez chronologii, a zadaniem drugiego człowieka staje się nie tyle ich uporządkowanie, ile uważne wysłuchanie. I tutaj książka nabiera szczególnego wymiaru etycznego, ponieważ pyta nie tylko o to, co pamiętamy, lecz także o naszą odpowiedzialność wobec tych, którzy nie potrafią już opowiedzieć własnej historii w sposób zgodny z regułami racjonalnej narracji. Należy zadać kilka pytań. Czy człowiek ma obowiązek pamiętać za drugiego człowieka? Czy można być świadkiem czyjegoś wspomnienia, nawet jeśli jest ono fragmentaryczne, niespójne i trudne do zweryfikowania? Czy opowieść osoby chorej może być mniej prawdziwa tylko dlatego, że nie mieści się w porządku, który uznajemy za logiczny?
Fice nie odpowiada na te pytania wprost, lecz właśnie dzięki temu pozostawia czytelnikowi przestrzeń do własnego namysłu, a jej literatura nie zamienia się w moralizatorski wykład. Wojna, która stanowi jeden z fundamentów tej opowieści, również nie zostaje przedstawiona jako zamknięty rozdział historii, lecz jako doświadczenie posiadające swoje długie życie po zakończeniu działań wojennych. To bardzo ważne przesunięcie perspektywy, ponieważ o wojnie można opowiadać poprzez bitwy, daty, granice i polityczne decyzje, ale można też zapytać, co dzieje się z człowiekiem, który przeżył coś, czego nie da się później po prostu zostawić za sobą. Fice wybiera tę drugą drogę, dzięki czemu wojna przestaje być wyłącznie wydarzeniem historycznym, a staje się stanem psychicznym, który może trwać przez dziesięciolecia.
Szczególnie mocno wybrzmiewa tutaj historia młodej, piętnastoletniej dziewczyny, której los zostaje wpisany w brutalną rzeczywistość deportacji i przymusowej pracy, ale autorka nie próbuje tworzyć kolejnego patetycznego pomnika cierpienia. Przeciwnie, unika łatwego wzruszenia, ponieważ pokazuje wojnę również poprzez jej codzienność, monotonię, powtarzalność pracy, zmęczenie, strach i stopniowe oswajanie się z sytuacją, która z normalnością nie ma przecież nic wspólnego. To właśnie codzienność zła wydaje się w tej książce bardziej przerażająca niż pojedynczy akt przemocy.
Człowiek może bowiem przywyknąć niemal do wszystkiego, jeśli zostanie pozbawiony możliwości zmiany sytuacji, a największym zwycięstwem systemu przemocy jest niekiedy właśnie doprowadzenie do stanu, w którym rzeczy nieludzkie zaczynają być traktowane jak zwyczajne. Fice pokazuje ten proces bez upraszczania i bez tworzenia wygodnej opowieści, w której po jednej stronie zawsze stoją całkowicie dobrzy, a po drugiej całkowicie źli ludzie. Nie oznacza to oczywiście relatywizowania odpowiedzialności ani rozmywania granic moralnych, lecz próbę zrozumienia mechanizmów, które sprawiają, że człowiek może zostać wciągnięty w rzeczywistość przemocy, strachu i podporządkowania. Literatura staje się tutaj narzędziem nie tyle osądu, ile poznania, a to poznanie bywa znacznie bardziej niepokojące niż prosty moralny werdykt.
Czytelnik zostaje bowiem pozbawiony komfortu przekonania, że zło zawsze znajduje się po drugiej stronie. Fice przypomina, że historia jest pełna sytuacji, w których człowiek zostaje postawiony przed wyborem, którego nie można oceniać bez znajomości okoliczności, a jednocześnie nie można dopuścić do tego, aby okoliczności stały się usprawiedliwieniem dla wszystkiego. Ta równowaga jest trudna do osiągnięcia, ale właśnie dzięki niej powieść unika publicystycznej jednoznaczności.
Jednym z najciekawszych elementów „Kształtu atomu” jest również sposób, w jaki autorka traktuje kobiece doświadczenie wojny i pracy. Historia XX wieku bardzo często była opowiadana językiem wielkich wydarzeń i wielkich mężczyzn, natomiast doświadczenie kobiet pozostawało gdzieś na dalszym planie, choć to właśnie kobiety przez dekady wykonywały ogromną część pracy niewidocznej dla oficjalnych narracji, opiekowały się dziećmi i starszymi, dźwigały konsekwencje przemocy, migrowały, pracowały w obcych domach i próbowały odbudować życie po katastrofie.
Fice interesuje się właśnie tą historią, która nie zawsze trafia do podręczników. Dlatego tak ważne jest zestawienie dawnych robotnic przymusowych ze współczesnymi kobietami podejmującymi pracę opiekuńczą w Niemczech, choć oczywiście obu doświadczeń nie można utożsamiać. Można natomiast zauważyć pewien rodzaj ciągłości społecznej, w której kobieta przybywająca do obcego kraju nadal wykonuje pracę pozostającą często na marginesie społecznego prestiżu, pracę niezwykle potrzebną, ale jednocześnie niewidoczną, pracę polegającą na zajmowaniu się cudzym życiem wtedy, kiedy inni nie chcą albo nie mogą tego robić.
W tym miejscu prywatne doświadczenie autorki nabiera znaczenia literackiego, ponieważ nie zostaje zamknięte w osobistej anegdocie, lecz staje się punktem wyjścia do szerszej refleksji nad pamięcią kobiet, migracją, pracą i zależnością.
Bardzo ciekawie funkcjonuje również w powieści nauka, szczególnie fascynacja fizyką cząstek elementarnych i CERN-em, ponieważ nie jest ona wyłącznie intelektualnym dodatkiem do historii. Nauka bada rzeczy, których nie można zobaczyć gołym okiem, a literatura Fice próbuje zrobić coś podobnego z pamięcią i traumą: nie pokazuje ich bezpośrednio, lecz szuka śladów ich obecności. W jednym i drugim przypadku poznanie wymaga cierpliwości, obserwacji, interpretacji i umiejętności łączenia pozornie nieistotnych elementów.
Cząstka pozostawia ślad. Człowiek również. I być może właśnie dlatego metafora atomu jest tak konsekwentnie nośna, ponieważ sugeruje, że nawet najmniejszy fragment doświadczenia może wpływać na całość. Jedno przemilczenie może zmienić relacje rodzinne. Jedna decyzja może zmienić czyjeś życie. Jedno wspomnienie może po latach otworzyć przestrzeń, o której istnieniu nikt już nie pamiętał.
W świecie tej powieści nie istnieją więc wydarzenia całkowicie obojętne. Każde doświadczenie zostawia po sobie energię. Jedne ślady są widoczne, inne pozostają ukryte, ale ich niewidzialność nie oznacza braku znaczenia. Ważną rolę odgrywa przy tym oniryczny wymiar książki. Sny, wizje, powracające obrazy i zaburzenia chronologii nie są jedynie literacką dekoracją, ale próbą znalezienia języka dla tego, czego nie da się opowiedzieć w sposób linearny. Sen może bowiem przechowywać prawdę, której nie przechowuje już świadoma pamięć, a obraz może okazać się bardziej prawdziwy emocjonalnie niż dokument.
Dlatego „Kształt atomu” wymyka się prostemu podziałowi na realizm i fikcję. Autorka porusza się pomiędzy tymi obszarami swobodnie, pozwalając, aby rzeczywistość historyczna spotykała się z wyobraźnią, a fakt z metafizycznym przeczuciem. Nie chodzi tutaj o rozmywanie granic prawdy, ale o uświadomienie sobie, że istnieją doświadczenia, których nie da się zamknąć w samym dokumencie. Czasami fakt mówi, co się wydarzyło. Literatura próbuje odpowiedzieć na pytanie, co to wydarzenie zrobiło z człowiekiem. I właśnie to drugie pytanie jest dla Łucji Fice najważniejsze.
Nieprzypadkowo pojawia się również motyw lustra, ponieważ lustro jest jednym z najbardziej oczywistych symboli poznania siebie, ale jednocześnie pokazuje wyłącznie powierzchnię. Człowiek może patrzeć na własną twarz i nie mieć dostępu do tego, co naprawdę go ukształtowało. Dopiero pamięć, relacja z drugim człowiekiem, opowieść i konfrontacja z przeszłością pozwalają zajrzeć głębiej. W tym sensie cała książka jest rodzajem lustra, ale lustra niedoskonałego, pękniętego, odbijającego nie jeden obraz, lecz wiele fragmentów rzeczywistości, które dopiero po zestawieniu ze sobą zaczynają tworzyć jakiś sens.
Nie należy jednak oczekiwać od Fice pełnego porządku. Jej książka świadomie pozostawia pewne szczeliny. I właśnie w tych szczelinach często pojawia się największa siła literatury. Bo pamięć również jest niepełna. Człowiek nie jest archiwistą własnego życia. Nie przechowuje wszystkiego. Nie pamięta wszystkiego. Nie rozumie wszystkiego. Czasami dopiero po wielu latach odkrywa znaczenie wydarzenia, które w chwili jego przeżywania wydawało się pozbawione sensu. To sprawia, że „Kształt atomu” jest również powieścią o czasie, ale czasie rozumianym nie jako prosta droga od przeszłości do przyszłości, lecz jako przestrzeń, w której dawne doświadczenia mogą powracać i zmieniać znaczenie. Wydarzenie raz przeżyte nie jest ostatecznie zamknięte, ponieważ jego interpretacja może się zmieniać wraz z dojrzewaniem człowieka. W tym sensie przeszłość nie jest czymś skończonym. Przeszłość nadal się wydarza. Wydarza się za każdym razem, kiedy zostaje przypomniana. Za każdym razem, kiedy zostaje opowiedziana i za każdym razem, kiedy ktoś po latach próbuje zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się kiedyś. To niezwykle ważna myśl, ponieważ prowadzi książkę Fice poza zwykłą literaturę wspomnieniową i nadaje jej wymiar filozoficzny. Autorka pyta bowiem o samą naturę ludzkiego istnienia: czy jesteśmy tylko tym, co pamiętamy, czy również tym, czego nie pamiętamy; czy można uwolnić się od historii, której nie wybieraliśmy; czy można rozpocząć życie od nowa, jeśli ciało i psychika przechowują ślady wcześniejszych doświadczeń; czy milczenie jest zapomnieniem, czy może inną formą pamięci. Na te pytania nie ma łatwych odpowiedzi. I dobrze.
„Kształt atomu” nie jest książką pocieszającą w banalnym znaczeniu tego słowa. Nie proponuje czytelnikowi prostego rozwiązania, według którego wystarczy opowiedzieć traumę, aby ją zakończyć, ani nie sugeruje, że poznanie prawdy automatycznie prowadzi do wybaczenia. Nadzieja, która pojawia się w tej prozie, jest znacznie bardziej dyskretna i przez to bardziej wiarygodna. Polega na możliwości nazwania, na możliwości wysłuchania, na tym, że cudzy ból może zostać potraktowany poważnie. oraz na przekonaniu, że człowiek nie powinien umierać po raz drugi tylko dlatego, że jego historia została zapomniana. I właśnie tutaj literatura okazuje się potrzebna najbardziej. Nie po to, żeby zastąpić historię, dokument czy świadectwo, ale żeby dotrzeć tam, gdzie żaden dokument nie potrafi dotrzeć — do wewnętrznego doświadczenia człowieka.
Łucja Fice próbuje wejść właśnie w tę przestrzeń. Jej „Kształt atomu” można więc czytać jako opowieść o wojnie, ale można też czytać go jako książkę o pamięci, starości, pracy, kobiecości, migracji, miłości, samotności i odpowiedzialności za cudzą historię. Wszystkie te tematy spotykają się jednak w jednym punkcie: w przekonaniu, że człowiek jest strukturą znacznie bardziej skomplikowaną, niż sugerowałaby jego zewnętrzna biografia. Nie wystarczy powiedzieć, gdzie się urodził, gdzie pracował, z kim żył i kiedy umarł. Trzeba jeszcze zapytać, co przeżył. Czego się bał, czego nie potrafił powiedzieć, kogo kochał, co zabrał ze sobą z przeszłości i co przekazał następnym? Właśnie dlatego książka Fice pozostaje w pamięci czytelnika nie jako kolejna opowieść o przeszłości, ale jako próba pokazania, że przeszłość wcale nie znajduje się za nami. Jest w nas. Być może każdy człowiek nosi w sobie własny „atom historii” – mały, niewidoczny, często nieuświadomiony, ale zdolny do wpływania na całe jego życie. Nie można go wyjąć, odłożyć na bok i powiedzieć, że od tej chwili już nas nie dotyczy. Można natomiast próbować go rozpoznać. I właśnie temu służy literatura Łucji Fice. Nie po to, aby przeszłość unieważnić, nie po to, aby ją osądzić jednym zdaniem, nie po to nawet, aby ją ostatecznie wyjaśnić. Raczej po to, aby nauczyć się z nią rozmawiać.
„Kształt atomu” jest więc książką o rozmowie prowadzonej z tymi, którzy milczą, z tymi, którzy zapomnieli, z tymi, którzy nie potrafią już opowiedzieć własnego życia, ale także z tymi, których wojna zabrała dawno temu, pozostawiając po nich jedynie fragmenty świadectw, wspomnień i cudzych pamięci. Jest to rozmowa trudna, ponieważ wymaga od czytelnika rezygnacji z łatwych ocen i zgody na niepewność, ale właśnie dzięki temu może stać się rozmową prawdziwą.
Największą wartością tej książki jest bowiem nie to, że daje odpowiedzi, lecz to, że zmusza do zadawania pytań, których wcześniej być może nie chcieliśmy zadawać. Co naprawdę dziedziczymy po poprzednich pokoleniach? Ile historii mieści się w jednym człowieku? Czy można zapomnieć coś, co zostało zapisane w ciele? Czy cisza może być świadectwem? Czy miłość może przetrwać w miejscu, w którym człowieczeństwo zostało niemal całkowicie zniszczone? I wreszcie: czy człowiek może naprawdę zakończyć własną przeszłość? Po lekturze „Kształtu atomu” trudno odpowiedzieć twierdząco. Możemy zamknąć książkę, możemy odłożyć dokument, możemy przestać mówić o wojnie, możemy uznać, że minęło wystarczająco dużo czasu. Ale historia nie zawsze uznaje nasze decyzje. To, co zostało przeżyte, pozostaje w strukturze człowieka, a czasami również w strukturze następnych pokoleń. Dlatego „Kształt atomu” Łucji Fice jest książką ważną przede wszystkim dlatego, że przypomina o odpowiedzialności pamięci. Nie tej pamięci oficjalnej, pomnikowej, wygładzonej i uporządkowanej, lecz pamięci prywatnej, niepewnej, pełnej pęknięć, czasami niewygodnej i trudnej do zaakceptowania. To właśnie ona przechowuje bowiem najwięcej prawdy o człowieku. Człowiek, którego pamięć została uszanowana, nie znika całkowicie. Pozostaje w słowie. W cudzej pamięci, w śladzie, w opowieści, w ciszy. I może właśnie dlatego najważniejszym symbolem tej książki nie jest ostatecznie sam atom, lecz jego niewidzialna energia – coś, czego nie można zobaczyć, a co mimo wszystko zmienia kształt świata, bo tak działa pamięć, trauma, miłość i tak działa literatura.
A „Kształt atomu” jest próbą uchwycenia tej niewidzialnej siły, która sprawia, że człowiek nigdy nie jest tylko człowiekiem z teraźniejszości, lecz zawsze niesie w sobie także tych, którzy byli przed nim, wydarzenia, których nie zdołał zapomnieć, i historie, które nawet po wielu dziesięcioleciach wciąż czekają na uważnego słuchacza.
Andrzej Dębkowski
_________
Łucja Fice, Kształt atomu. Wojna i pamięć. Posłowie: Andrzej Dębkowski. Projekt okładki: Dawid Duszka. Ilustracje na okładce: © Bogusław Legan. Redakcja: Magda Ceglarz, Danuta Gołąbek. Korekta: ERATO. DTP: JENA. Wydawca: Book Edit, Bez miejsca wydania 2026, s. 286.
O ogniu, nie tylko z Heraklitem w tle
I
Jakże łapczywy, wręcz pazerny jest ogień w unicestwianiu tego, co wody w sobie ma niewiele: w tym wypadku, trawy i gałęzi. Pozostałe żywioły, gdy ogarnie je pasja niszczenia, pozostawiają po swym działaniu więcej śladów. A nie tylko coś tak mało przypominającego materiał wyjściowy, jak popiół.
Według Heraklita ogień jest substancją najpierwotniejszą, przy tym wieczną. To z niego powstały w dalszej kolejności morze, powietrze, ziemia. Następnie znowu staną się wyłącznie ogniem. Z niego zaś ponownie powstaną wspomniane trzy elementy. Z nich zaś... I tak bez końca. Za tą ustawiczną zmiennością stoi Logos będący rozumną zasadą porządkującą Świat (także kierującą i inicjującą wydarzenia w społeczeństwach ludzkich). Ten zaś, jak twierdził Heraklit, jest wieczny. I dodawał, że ponieważ wiecznotrwałość jest atrybutem Bogów, więc Logos ma charakter boski. Tak jak i sam ogień będący wspomnianym wiecznotrwałym składnikiem rzeczywistości.
Kontynuując wątek filozoficzny należy wspomnieć o Platonie, który w Timajosie wspomina o kilku rodzajach ognia. Zaś Zenon z Kition, założyciel szkoły stoików rozróżniał (tylko) dwa jego rodzaje: „jeden jest nietwórczy [...], przetwarzający paliwo w samego siebie, drugi jest twórczy [...], powodujący wzrost i zachowanie” (cytat z: Adam Drozdek, Greccy filozofowie jako teolodzy).
Także stoicy ,,widzieli” Logos w postaci ognia. Z tym, że Logos, który był dla nich powszechnym Rozumem, wprost utożsamiali z Bogiem. Miał On być, przy tym, owym Zenonowym twórczym ogniem. To bowiem za sprawą Boga posługującego się, właśnie tego rodzaju ogniem (mają znajdować się w nim stosowne informacje), Świat jest odbudowywany po każdej kolejnej katastrofie. Bertrand Russell w Dziejach zachodniej filozofii na temat ognia w koncepcjach stoików, tak oto napisał:
„Wcześniej czy później wybuchnie kosmiczny pożar i wszystko stanie się na
powrót ogniem. Według większości stoików nie jest to jednak ostateczne
spełnienie podobne do końca świata w doktrynie chrześcijańskiej, lecz tylko
domknięcie jednego cyklu; cały ten proces będzie powtarzał się w nieskończoność.
Wszystko, co się dzieje, działo się już wcześniej, wydarzy
się znowu, i to nie raz, lecz niezliczoną ilość razy”.
Bez względu jednak na żywioł dominujący w koncepcjach filozofów starożytnych, uważali oni, że cztery żywioły współtworzą zarówno Kosmos, tak też budują mikrokosmos, to znaczy człowieka. Należy mieć na uwadze fakt, że owa czwórnia obecna jest również w myśli średniowiecznej. Za przykład może posłużyć Honoriusz z Autun, według którego „wszechświat ma kształt jaja. Na podstawie średniowiecznej nauki o czterech pierwiastkach – jak pisze w Czasie Henryk Paprocki – Honoriusz wyróżnił cztery elementy wszechświata: ziemię, jako najcięższą, znajdującą się w jego centrum, wodę, «jako lżejszą od ziemi, otaczającą ją i przenikającą», powietrze, wypełniające pustkę między Księżycem a Ziemią oraz ogień, «którego naturalnym miejscem jest „góra”, obejmująca przestrzeń od Księżyca do firmamentu», strefa zwana eterem, z którego mają się formować ciała astralne. Te cztery elementy wszechświata Honoriusz przyporządkował czterem pierwiastkom i porównał z czterema elementami jaja:
Niebo = woda = skorupka
Eter = ogień = białko
Powietrze = powietrze = żółtko
Ziemia = ziemia = zarodek”.
Jest wiele przykładów każących odrzucić obraz wiedzy w wiekach średnich, ukształtowany w stuleciach XVIII i XIX (zwłaszcza w tym pierwszym), a funkcjonujący jeszcze – i to bez zastrzeżeń – przez większość wieku XX: śmiało można mówić o klasycznej postaci resentymentu. Był to bowiem obraz, jako całości, czasów wyjątkowo ciemnych. Ognisk wiedzy, w porównaniu np. z epoką hellenistyczną, było niewątpliwie mniej, ale te które paliły się (szczególnie w wiekach XI-XIV), paliły się równie intensywnie (ach, ten ogień). A żyjący w latach: ok. 1175-1235 Robert Grosseteste był niewątpliwie takim ogniskiem, a tym samym, oczywiście, źródłem światła, a ono (obok barw) bardzo go interesowało, jako uczonego. Swoje poglądy w tej materii zaprezentował w dziele De Luce (O świetle). A brzmią one bardzo, bardzo nowocześnie, a przy tym znajomo: na myśl przychodzi teoria Wielkiego Wybuchu. Ów Anglik uważał bowiem, że świat wziął swój początek w stworzonym przez Boga punkcie materialnym. Rozchodzące się od niego światło porywało ze sobą cząstki materii. Konsekwencją czego był rozszerzający się Wszechświat. Jego granicę wyznaczała powierzchnia kuli stale zwiększającej swą średnicę. Towarzyszyła też temu malejąca stopniowo gęstość materii w nim istniejącej. Grosseteste rozróżniał światło nazywane lux, wypełniające Wszechświat, od światła lumen istniejącego poza nim.
II
Łapczywość ognia sprawia, że zagrożone jest życie skrywające się w resztkach roślinnych, które zwożę taczką, z coraz odleglejszych części ogrodu. To dlatego, mając na uwadze drobne żywe organizmy – nazwę je żyjątkami – zanim wrzucę w ogień kolejną partię suchej trawy i suchych badyli, potrząsam nią na boku. Tak, aby one nie stały się ofiarami ognia (liczę się jednak z tym, że nie zawsze to mi się udaje). Tak, jak zwierzęta domowe i – w szczególnych sytuacjach – dzieci składane w ofierze Baalowi. Tak, jak miało to miejsce w fenickich i kartagińskich świątyniach przed wiekami.
Z pewnością jest jakiś – najpewniej istotny (dla mnie) – powód tego, że ogień tak często kojarzy mi się z zadawaniem bólu ⁄ uśmiercaniem (natomiast w o wiele mniejszym stopniu – jako siła twórcza/stwórcza chociażby w postaci działalności górotwórczej). I mam tu na myśli nie tylko bliższe mym czasom palenie np. czarownic, stosowanie ognia podczas tortur. Mam bowiem na uwadze takie przypadki, jak wskoczenie, jakoby, Empedoklesa do jednego z kraterów Etny (na jego krawędzi został potem odnaleziony sandał samobójcy); także upieczenie we wnętrzu spiżowego byka, jego konstruktora – Perillusa, na rozkaz Falarisa, tyrana sycylijskiego Akragasu (Agrigento).
Przejawem niszczycielskiej, wręcz morderczej siły tego żywiołu jest pojęcie „ognia” występujące w wojskowości (w tym wypadku stoi za tym, tylko i wyłącznie, człowiek). Skrywa się za nim „sposób niszczenia sił i środków przeciwnika w wyniku ostrzeliwania go z rozmaitych rodzajów broni”. Termin ów ma w sobie sporo z eufemizmu, aby nie powiedzieć tego, co ów rodzaj ognia niesie z sobą. Z całą pewnością żadnym oględnym terminem nie jest „miotacz płomieni” (poprzedzony, stosowanym w niektórych bitwach morskich średniowiecza, tzw. ogniem greckim). Trzeba być osobą o wyjątkowo ograniczonej wyobraźni, by słysząc tę dwuwyrazową nazwę nie poczuć swądu palących się ciał żywych (jeszcze) ludzi. A przede wszystkim nie wyobrazić sobie odczuwanego przez nich potwornego bólu.
III
Z wielką ulgą stwierdzam fakt następujący: powszechny jeszcze niedawno obyczaj wypalania wiosną traw stał się bardzo rzadkim zjawiskiem: prawo i zmiana obyczajów stoją za tym, chyba, w tym samym stopniu. A śmierć w płomieniach lub w wyniku uduszenia, zaskoczonych bądź nazbyt powolnych stworzeń, stawała mi przed oczami każdorazowo, gdy widziałem języki ognia przesuwające się po ziemi (gasiłem je, gdy tylko mogłem). Również widok wypalonych pól, łąk, czy miedz rozdzielających je, szybko sprawiał, że wyobraźnia zaczynała malować sugestywne obrazy.
Opisywane spalanie suchej trawy i rozmaitych badyli, ma miejsce na początku kwietnia. I zaskakuje mnie liczna obecność niewielkich ślimaków w skorupkach ozdobionych różnokolorowymi pasemkami. Zbieram je, gdy pojawiają się nazbyt blisko ogniska. Nie mija jednak wiele czasu, gdy ponownie stwierdzam ich obecność w tych samych miejscach. Może wysoka temperatura przywabia je?
IV
„Ogień jest symbolem wieczności, praprzyczyny, pierwiastka podstawowego, prazasady; światła, Słońca, ciepła, Boga–Stwórcy, gniewu bóstwa, miłości bóstwa; oświecenia duchowego; życia, miłości, nienawiści, śmierci, ducha; zła, diabelstwa, piekła, kary, prześladowania; oczyszczenia, męczeństwa, tortury, ofiary; pocieszyciela; mowy; potęgi; pożerania; zasady męskiej, chuci, płciowości, płodności; zapału; autorytetu; zimy, ogniska domowego, gościnności, ochrony przed strachem” (Słownik symboli, W. Kopaliński).
Tak wiele wysiłku wymagało jeszcze stosunkowo niedawno skrzesanie ognia. A następnie jego utrzymanie. Gdy w świątyni Westy zgasł ogień, winna temu, jedna z sześciu westalek, była karana chłostą (nie była ona symboliczna). Wierzono bowiem, że wygaśnięcie ognia w świątyni na stoku Palatynu, przyniesie nieszczęście państwu rzymskiemu.
A teraz... A teraz zapalam zapałkę i przykładam ją do wiechcia suchej trawy. Ta zaś natychmiast zajmuje się ogniem. Chociażby dlatego współcześnie o wiele łatwiej przychodzi zaspokajać swe patologiczne żądze piromanom.
Ogień, tak jak i pozostałe trzy czynniki, jest siłą i niszczycielską, i stwórczą. Trudno jednak orzec, co w jego przypadku, dominuje (nie inaczej jest, zresztą w przypadku pozostałych żywiołów). Jego niszczycielskość przejawia się, choćby, w postaci żaru lejącego się z nieba, powodującego suszę, a w przypadku dłuższego trwania, czy częstej powtarzalności, może doprowadzić do pustynnienia pewnych obszarów (liczne są tego przykłady choć powód nie musi być wyłącznie ten właśnie). Biorąc pod uwagę ,,sprawczość” ognia należy, przykładowo, widzieć powstawanie / wypiętrzanie się łańcuchów górskich (jeśli plutonizm – nazwa od rzymskiego boga świata podziemnego – opisuje jedną stronę rzeczywistość, za drugą odpowiada neptunizm) w wyniku oddziaływania na skorupę Ziemi czynników mających swe źródło w jej rozgrzanym jądrze, tym ziemskim piecu.
Według mitologii nordyckiej ogień jest też siłą sprawczą narodzin wszystkich ciał niebieskich. Konkretnie stoją za tym... iskry. Te zaś powstały w wyniku kontaktu ognia wypełniającego Muspelheim/Muspel (Krainę płomieni) z lodem z Niflheim (Krainy lodu). Obie te części (w sumie jest ich dziewięć) Świata nordyckiego sąsiadują ze sobą.
Jeśli chodzi o ogień i sprawy boskie, nie można stracić z widnokręgu – choć w grę wchodzi tu bardziej układ wertykalny – pewnego zdarzenie mistycznego. Miało ono miejsce u podnóża góry Synaj (rzadziej można zetknąć się z poglądem, że chodzi, o którąś z pobliskich dwóch gór: Świętej Katarzyny bądź Sirbal). To tam Mojżeszowi, pod postacią krzewu, który płonął, ale nie spalał się, objawił się Jahwe. Wtedy to, zgodnie z tradycją judeochrześcijańską Mojżesz otrzymał od Boga kamienne tablice z dziesięciorgiem przykazań. Wówczas też zostało zawarte przymierze pomiędzy Najwyższym a Izraelitami.
Z owym krzewem (Krzewem gorejącym) identyfikowany jest krzak jeżyny krwistej rosnący na terenie bardzo starego klasztoru świętej Katarzyny usytuowanego u podnóża góry Synaj i góry Świętej Katarzyny. Jest to, jakoby, jedyny na całym półwyspie Synaj okaz tej rośliny.
V
Ogień przez to, że ogrzewa, sprawia, że życie, mimo niesprzyjających często warunków, może trwać (niekiedy inspiruje czy też sprzyja takim, czy innym ludzkim poczynaniom). Także to w postaci zwyczaju zasiadania wieczorem w wygodnym fotelu przed kominkiem, w którym palą się drwa. I w takiej to scenerii możemy wyobrazić sobie na przykład Charlesa Lamba czytającego swej siostrze Mary i przyjacielowi Samuelowi Taylorowi Coleridge'owi jeden z napisanych przez siebie esejów, jakie w latach 1820–1825 zamieszczał w „The London Magazine”.
Piec, w którym ogień jest zamknięty pomiędzy kaflami i za drzwiczkami żeliwnymi, nie wyzwala tylu, i takich, wrażeń (w tym estetycznych), jak kominek. To fakt. Dostarcza za to więcej ciepła. Tym samym intensywniej może ogrzać, chociażby, myśli. Doświadczył tego Kartezjusz. W listopadzie 1619 r. (drugi rok trwania okrutnej wojny trzydziestoletniej), był wtedy oficerem armii księcia bawarskiego Maksymiliana I, przebywał na południu Niemiec. W kwaterze, którą zajmował, a noce były już wyjątkowo zimne, na szczęście znajdował się piec. I to za sprawą ciepła przezeń wydzielanego Kartezjusz dobrze spał. A jednej nocy miał trzy sny, których treść zainspirowała go do sformułowania zasad, które stały się następnie m. in. podstawą zaproponowanego przezeń sceptycyzmu metodologicznego, tak istotnego dla dalszego rozwoju nauki.
VI
Ogień, istotny składnik, od tysiącleci towarzyszący człowiekowi, musiał – innej możliwości nie było i nie ma – zaistnieć jako temat w rozmaitych sztukach plastycznych (potem również w dziełach filmowych). Szczególnie, i trudno temu się dziwić, w malarstwie. Jest on bowiem czynnikiem/zjawiskiem niezmiernie... malarskim. I mogłoby się wydawać – przynajmniej mi początkowo tak właśnie się wydawało – że pożary utrwalone na płótnie, papierze czy kartonie, są pożarami dzieł, najrozmaitszej wielkości, ludzkich rąk. Ich przykładami mogą być ,,Pożar Izby Lordów i Izby Gmin” Williama Turnera, „Płonący okręt” Iwana Ajwazowskiego, „Pożar tureckiej fregaty” Konstantinosa Volanakisa, „Pożar Rzymu” Huberta Roberta. Lecz stosunkowo szybko przypomniałem sobie o ogniu unicestwiającym – o czym już wcześniej napomknąłem – także ludzkie ciała, jak to, chociażby, farbami olejnymi utrwalił Piotr Miasojedow na obrazie zatytułowanym „Protopop Awwakum na stosie”.
Ogień może być jednak tematem samym w sobie, bez żadnych dodatkowych elementów mających wzbogacić scenę. Taka właśnie sytuacja ma miejsce na obrazie akrylowym „Pożoga” autorstwa Tomasza Olszewskiego: ogień, i tylko on, wypełnia całą przestrzeń obrazu, który do małych nie należy.
VII
Zmierzcha. Do przygasającego ogniska dorzucam ostatni wiecheć trawy. Ogień ożywia się na kilka minut, po czym zaczyna ponownie przygasać.
Heraklit – przez cały ten czas byłem świadom jego obecności – poprawia na sobie opończę. Jeszcze raz spogląda na dożarzające się resztki, po czym oddala się nieśpiesznym krokiem.
Nieco dłużej na miejscu pozostaje Honoriusz z Autum. W końcu jednak zarzuca na głowę mnisi kaptur (był benedyktynem), zrobiło się bowiem zimno, i odchodzi. Powoli znika w półmroku, który nastał.
„Dokąd obaj udali się?”
Czy był ktoś jeszcze? Niewykluczone, że tak. Lecz z jego/ich obecności nie zdałem sobie sprawy. Co innego jeśli chodzi o tych dwóch – niech mi wybaczą tę bezpośrednią formę – którym poświęciłem najwięcej miejsca (w porównaniu z innymi) w mych przyogniskowych rozmyślaniach, a tym samym w pisanym właśnie tekście. O ile
jednak o Heraklicie często się napomyka – bo to nie jest nic więcej niż napomykanie – przywołując którąś z jego zgrabnych i spektakularnych myśli na temat, choćby, właśnie ognia, to o Honoriuszu z Autum panuje prawie cisza. Długo trzeba w nią się wsłuchiwać, aby dosłyszeć jego imię, i któreś z jego przemyśleń bądź wypowiedzi innych autorów na ich temat; jeśli już to głównie to drugie.
Za oknem panują już kompletne ciemności, gdy zaczynam pić herbatę. Zaparzyłem ją wrzątkiem pochodzącym z czajnika stojącego na piecu kuchennym, w którym paliły się drwa. I kolejny raz – który to już raz? – stwierdzam, że woda zagotowana w ten właśnie sposób sprawia, że herbata (tym razem była to ,,Assam”, którą zresztą bardzo lubię) nabiera dodatkowych walorów smakowych i aromatycznych. Woda zagotowana w czajniku elektrycznym lub na kuchence gazowej nigdy ich nie da! (Nie, to nie jest sugestia: wiem, o czym piszę; nie ukrywam jednak, że nie mam nic przeciw takim sugestiom).
Bogowie ognia, także Wam, to zawdzięczam.
Dariusz Pawlicki











































































































































































































































































































