Nowości książkowe

 

  

Plakat

Komunikat jury

XI Ogólnopolski Konkurs Poetycki „O kwiat dziewięćsiła” 2020

 

zorganizowanego przez Stowarzyszenie Radia Ain Karim Dobra Fala w Skomielnej Czarnej pod patronatem Wójta Gminy Tokarnia

 

Po podliczeniu wszystkich wyników, komisja konkursowa w składzie: Kazimierz Burnat (Wrocław) – przewodniczący komisji, Marian Cieślik (Skomielna Czarna), Lesław Urbanek (Gdańsk), Wiesław Zieliński (Rzeszów), postanowiła przyznać następujące nagrody i wyróżnienia:

 

Utwory w kategorii głównej:

I miejsce: Nie przyznano, II miejsce: Anita Pawlak (Ostrów Wielkopolski), godło: JOSEPHIN, III miejsce: Eugenia Zawidzka (Ostrów Wielkopolski), godło: ENI. Wyróżnienia: Katarzyna Kadyjewska (Rzeszów), godło: MIRONKA DAWANKA.

 

Utwory związane z tematyką przyrody górskiej O Nagrodę Wójta Gminy Tokarnia:

Wyróżnienie: Bogusława Chwierut (Libiąż), godło: Krzemień – wiersz  Górskie emocje

 

Utwory wybrane do publikacji w almanachu:

Bogusława Chwierut (Libiąż), godło: Krzemień  wiersz  Jak ćma

Karol Graczyk (Toruń), godło: 4 piętro  wiersz Piwnice i wyjścia

Katarzyna Kadyjewska (Rzeszów), godło: MIRONKA DAWANKA  wiersz  Bieszczadzkie anioły

Zdzisław Maciejewski (Pieszyce), godło: Leostachy  wiersz  Mały strumyczek w górach sowich

Alina Barbara Nowak (Prudnik), godło: Orfeusz  wiersz  Krakowska kuczka

Mariusz Szczepaniak (Katowice), godło: Grotołaz  wiersz  Śnieżne kotły

Paweł Ślusarczyk (Zakopane), godło: Janusz Konkol  wiersz Dom idzie na miasto 

Iwona Świerkula (Warszawa), godło: Etna  wiersz  Szukanie cudzego boga

 

Publikacja almanachu jest przewidziana po XII edycji konkursu w 2021 roku.

 

  

Plakat

Anna Maria Tryba

Klient musi być zadowolony. Nieporozumienia wykluczone

Czyli o potrzebie deformacji ludzkiego oblicza. WITKACY część I – Artysta malarz

 

„Sztuka jest ucieczką, najszlachetniejszym narkotykiem, mogącym przenieść nas w inne światy bez złych skutków dla zdrowia, inteligencji (...)”.

Witkacy

 

Tym oto cytatem pragnę rozpocząć esej poświęcony wielkiej zakopiańskiej postaci, osobie uważaną za ikonę i legendę przedwojennej bohemy – Stanisławowi Ignacemu Witkiewiczowi. Artyście wyjątkowo wszechstronnemu i niesztampowemu dlatego, aby przedstawić drogim czytelnikom chociaż zarys jego twórczości i biografii, każdy ukazujący się w najbliższy numerach „Tatr”, tekst z cyklu „Witkacy” będzie poświęcony innej ścieżce jego artystycznego mistrzostwa.

Pierwszą dziedziną twórczości, z którą dane mi było się zetknąć było malarstwo. Myślę, że jak większość ludzi, na Witkacego początkowo trafiłam w szkole. I jak to z większością rzeczy, z którymi spotykamy się w podręcznikach będąc nastolatkiem nie porwała mnie jego sztuka, a jego nazwisko zapamiętałam wymieniając jednym tchem „Tuwim, Lechoń, Nałkowska, Witkacy, Schulz – czołowi przedstawiciele dwudziestolecia międzywojennego”. A to przecież nie tak, zupełnie nie tak! A przynajmniej nie tylko! Witkacego nie da się zamknąć w jakiejkolwiek definicji! Nie da się go po prostu wcisnąć jako jednego z przedstawicieli epoki i przyjmować odgórnie ustalonych szkolnych kanonów interpretacji jego. Kto by pomyślał, że kilka lat później na pytanie, z którym dowolnym „gwiazdorem” wybrałabym się na randkę, bez wahania odpowiedziałam – z Witkacym!

Ale zanim zostałam uzależniona od zakopialiny, zanim dałam się totalnie pochłonąć sztuce i stylowi zakopiańskiemu, magii Tatr i długich górskich wędrówek minęło sporo lat. Lat spędzonych jako wolontariuszka w Tatrzańskim Parku Narodowym oraz także jako prywatny turysta na tatrzańskich szlakach. Coraz bardziej nasiąkałam duchem tego miejsca, i  z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Podhale jest mi najbliższym sercu miejscem.

I tak pewnej deszczowej niedzieli, trafiłam do willi Oksza. Z zewnątrz piękna, majestatyczna, bardzo mnie przyciągała. Trzy godziny później... Stało się!!! Zostałam porażona i zarażona malarstwem Witkacego, zahipnotyzowana wystawą i mocno zaintrygowana twórcą. Dopiero wtedy świadomie zaczęłam zgłębiać informacje na temat dwudziestolecia międzywojennego i wszystkiego związanego z Witkacym. A było czego się dowiadywać...

Był on synem wybitnego krytyka sztuki, malarza i twórcy stylu zakopiańskiego – Stanisława Witkiewicza. Ojciec był pewny, że jego jedyny syn zostanie wielkim artystą. Przyszły twórca takich dzieł jak „Kuszenie św. Antoniego” urodził się 24 lutego 1885 roku w Warszawie. Rodzicami chrzestnymi małego Stasia zostały osobistości znaczące dla ówczesnego świata kultury – powszechnie uwielbiona aktorka Helena Modrzejewska oraz Jan Krzeptowski-Sabała – legendarny gawędziarz podhalański. Chrzest odbył się w Zakopanem, do którego rodzina Witkiewiczów przeprowadziła się na stałe w 1980 roku, ze względu na pogorszający się stan zdrowia chorego na gruźlicę Witkiewicza seniora.

Mały Staś nigdy nie uczęszczał do szkół. Jego rodzice, zwłaszcza ojciec uważali, że system szkolnictwa tłamsi indywidualność uczniów, dlatego kształcili syna w domu wysyłając go jedynie na egzaminy śródroczne. Stanisław Witkiewicz dbał o swobodny rozwój zainteresowań swojego jedynaka i przyklaskiwał jego pierwszym krokom w kierunku sztuki. Młody Witkacy nie rozstawał się z pędzlem, w wieku piętnastu lat przeżył prawdziwą fascynację fotografią, która szybko stałą się dla niego ważnym tworzywem artystycznym. Zamiłowanie do niej towarzyszyło artyście przez całe życie. Debiut malarski szesnastoletniego Stanisława nastąpił w 1901 oku, w Czytelni Miejskiej w Zakopanem, w której znalazły się dwa jego pejzaże przywiezione z wakacji na Litwie. Oba spotkały się z wielką aprobatą krytyki.  Już wtedy pokątnie mówiło się, że Witkiewicz syn jest zdolniejszym malarzem niż jego ojciec.

W 1904 roku młody twórca podejmuje pierwszą w życiu zagraniczną podróż. Zmierza do Włoch, zwiedzając po drodze Kraków, Wiedeń i Monachium. Odwiedziny w monachijskiej Pinakotece oraz w Galerii Schacka bardzo go nudziły, co odnotował towarzyszący mu kuzyn Jan Witkiewicz.  Witkacy ponoć ożywiał się jedynie przy niepokojących płótnach Arnolda Bocklina. Za sprawą tego artysty Stanisław włączył do swojej twórczości także kompozycje fantastyczne, ale nadal w jego pracach dominowały pejzaże. Coraz bardziej pochłaniała go tematyka tatrzańska w malarstwie. Powstały takie obrazy  jak Hińczowe Stawy, oraz Ranek w górach. Nastoletni malarz artysta stworzył także cykl pejzaży pt. Przedwiośnie.  Widoczny na obrazach topniejący śnieg miał symboliczne znaczenie w czasach kiełkującej nadziei na niepodległość (Wojna rosyjsko-japońska ożywiła nadzieje środowisk niepodległościowych. Józef Piłsudski prowadzi w Tokio pertraktacje z Japończykami na temat utworzenia legionu polskiego).

Wbrew antyszkolnemu nastawieniu Stanisława Witkiewicza, syn podejmuje studia w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Tworzy w pracowniach Jana Stanisławskiego i Józefa Mehoffera. Właśnie w okresie krakowskich studiów na wyobraźnię Witkacego oddziałuje szczególnie ekspresyjna sztuka Witolda Wojtkiewicza, literacka twórczość Romana Jaworskiego i Tadeusza Micińskiego. W latach 1908-1914 Witkacy wykonał serię rysunków, w których postać ludzka jest przedstawiona w groteskowej deformacji, demoniczne istoty uczestniczą w irrealnych epizodach.  Rodowody swych imaginacyjnych kompozycji wywiódł z fantasmagorii Goi, Ropsa i Beardsleya – czołowych, jego zdaniem „demologów” XIX wieku. Głównymi bohaterami tych pozbawionych klarownej narracji scen są kobieta demoniczna i jej ofiara – bezwolny, zrozpaczony i skazany na zagładę mężczyzna.

Podczas studiów pochłania Witkacego także życie towarzyskie. Zawiera wówczas przyjaźnie z Tadeuszem Micińskim, Tadeuszem Szymberskim „Tymbciem”, Tadeuszem Nalepińskim, Janem Rembowskim oraz Eugenią i Władysławem Borkowskimi. To wtedy również poznaje, o osiem lat starszą, słynną aktorkę, Irenę Solską, z którą połączy ich romans, również literacki i malarski. Znajomość ta zaowocowała licznymi portretami Solskiej rysowanymi węglem.

Witkacy przerywa edukację w połowie 1907 roku. Można podejrzewać, że pod wpływem ojcowskiego niezadowolenia z ustrukturyzowanej nauki akademickiej. Mimo wszystko jednak, kontynuuje naukę na indywidualnych lekcjach u Władysława Ślewińskiego, ucznia Paula Gauguina. Za sprawą nowego mentora Witkacy zostaje pochłonięty Gauguinem i jeszcze w tym samym roku jedzie do Wiednia na wystawę prac francuskiego mistrza. Jednak największe malarskie uniesienia przeżywa rok później– w Paryżu na 24 Salonie Niezależnych. Paryska wystawa dała Witkacemu możliwość obejrzenia płócien awangardzistów takich jak: Van Gogh, Cezanne, Picasso. To dzięki tej wystawie Witkacy zacznie malować swoje pierwsze symboliczno-secesyjne oraz ekspresjonistyczne kompozycje.

Po zakończeniu romansu z Ireną Solską, artysta bardzo szybko związał się z panną Jadwigą Janczewską. Krok ten odcisnął piętno na całym jego życiu. W 1914 roku między zakochanymi dochodzi do kłótni, która pchnęła Janczewską do odebrania sobie życia strzałem z pistoletu. Witkacy był ponoć zazdrosny o uwagę jaką Jadwiga poświęcała Karolowi Szymanowskiemu. Od tamtej pory relacje obydwu panów będą chłodne, a nawet wrogie. Śmierć narzeczonej zdruzgotała świat Stanisława Ignacego. W celu leczenia i poprawy swojego stanu psychicznego wyjeżdża do Australii na zaproszenie Bronisława Malinowskiego. Swoje wrażenia z podróży dokumentuje poprzez liczne pejzaże i fotografie. W tym czasie nad Europą unosiło się już widmo wojny. Na wieść o jej wybuchu artysta postanawia wrócić na kontynent, aby zaciągnąć się do armii rosyjskiej. W wojnie z Niemcami widzi jedyną szansę na wyzwolenie kraju, lecz swoją decyzję w liście do rodziców motywuje też chęcią czynu, pozostającą w opozycji wobec dotychczasowego, egotycznego marazmu. W Petersburgu Witkacy wstąpił do szkoły oficerskiej, a po jej ukończeniu przyjęto go do Pawłowskiego Pułku Lejbgwardii.  Wrażliwy artysta poznał bezwzględne oblicze wojny – w 1916 roku uczestniczył w krwawej bitwie pod wsią Witonirz na Ukrainie, gdzie został ciężko ranny. Nie wrócił już na front, lecz z bliska oglądał zawieruchę rewolucji lutowej oraz prędkie, brutalne zmiany polityczne w Rosji. W rozmowach z przyjaciółmi czas I wojny światowej wspominał jako jeden z najbardziej koszmarnych w życiu. Do okresu wojennego należy dodać jeszcze jedno tragiczne dla Witkacego wydarzenie – w 1915 roku umiera jego ojciec, Stanisław Witkiewicz.

W Rosji powstało wiele portretów, rysowaniem których Witkacy dorabiał do żołdu. Na początku używał węgla, jednak właśnie w tym okresie zaczął tworzyć również za pomocą barwnych pasteli. Oprócz portretów rysował także kompozycje astronomiczne i fantastyczne. Prace często nawiązywały do utworów literackich, np. Pocałunek mongolskiego księcia w lodowej pustyni, będący wariacją na temat utworów Tadeusza Micińskiego.

Na przestrzeni kilku wojennych lat Witkacy precyzuje swój system filozoficzny oraz estetyczny. W 1918 roku kończy sławne Nowe formy w malarstwie i wynikające stąd nieporozumienia, gdzie przedstawia koncepcję Czystej Formy w sztuce. W okresie formistycznym Witkacy sformułował teorię sztuki, której kluczowym pojęciem była „forma absolutna”, istniejąca w sposób jedyny i niepowtarzalny; wprowadził kategorię estetyczną Czystej Formy, która stanowi istotę dzieła sztuki jako jedność składających się na nią wielu rozmaitych elementów jakościowych. Dla Witkacego, w przeciwieństwie do pozostałych formistów, miała ona znaczenie symboliczne. Odzwierciedlała się w niej na zasadzie analogii struktura uniwersum – Tajemnica Istnienia. W myśl teorii Czystej Formy w twórczości artystycznej wyraża się metafizyczny niepokój „istnień poszczególnych”, broniących się przed poczuciem osamotnienia poprzez kreację dzieł sztuki. Narastające „nienasycenie formą”, spowodowane zanikiem duchowego wymiaru ludzkiej egzystencji, prowadzi do jej ciągłego komplikowania, do ustawicznego potęgowania dawek perwersji, dających ostatnią możność przeżycia metafizycznego wstrząsu.

Po wielkiej wojnie zaczyna się dla zakopiańskiego artysty najbardziej barwny i twórczy okres w życiu. W 1918 roku Witkacy zostaje zwolniony ze służby wojskowej i wraca do kraju. Sprowadza się z powrotem do Zakopanego. Mieszka z matką, która prowadzi pensjonat dla turystów.

Dzięki licznym kompozycjom przywiezionym z Rosji Stanisław Ignacy zostaje przyjęty do grupy Formistów, do której należą m.in. Tymon Niesiołowski, August Zamoyski, Leon Chwistek i Tytus Czyżewski. Witkacy wystawia wraz z nimi w Krakowie, we Lwowie, w Poznaniu i w Warszawie. Bardzo ceni twórczość Rafała Malczewskiego, z którym na wspólną wystawę jedzie do stolicy. Ma też indywidualne pokazy swoich dzieł w Zakopanem i Toruniu. W okresie powojennym powstają liczne kompozycje pastelowe oraz olejne, jak słynne Tworzenie świata, Fantazja-Bajka czy Kuszenie św. Antoniego. To w nich artysta upatruje zbliżania się do idei Czystej Formy. Nie zaniedbuje także twórczości portretowej.

Ogromnej zmianie uległo życie prywatne zakopiańskiego twórcy. W 1922 roku poznaje bowiem pannę Jadwigę „Ninę” z arystokratycznego rodu Unrugów, wnuczkę Juliusza Kossaka, której oświadcza się po krótkiej znajomości. Tajny ślub odbył się 30 kwietnia 1923 roku. Za pomocą zagadkowego zawiadomienia Witkacy zaprosił na uroczystość tylko dwóch świadków – Augusta Zamoyskiego oraz Tomasza Zana, jednak tylko Zamoyski zrozumiał zawoalowaną wiadomość przyjaciela i stawił się na ceremonii.

Życie małżeńskie Jadwigi i Witkacego nie układało się jednak dobrze i już w 1925 roku Nina na stałe wyprowadziła się do Warszawy. Nie potrafiła pogodzić się ze zdradami męża, jego intensywnym życiem oraz dzieleniem domu z panią Witkiewiczową, którą uznawała za osobę wyjątkowo nietaktowną i wścibską. Mimo separacji, małżonkowie na zawsze pozostali sobie bliscy. Witkacy traktował żonę jako powiernicę i jedną z nielicznych osób, przed którą odkrywał najintymniejsze szczegóły ze swojego życia. Ich stały kontakt będzie trwał do śmierci artysty.

W 1925 roku powstaje ostatni obraz olejny Witkacego – autoportret pod znamiennym tytułem Ostatni papieros skazańca. Twórca potem już na zawsze porzuca malarstwo olejne. Zakłada Firmę Portretową „S.I. Witkiewicz”, która zajmuje się odpłatnym tworzeniem portretów w technice pastelowej. Jak pisał: (...) rysowanie podobnych i względnie dobrze narysowanych portretów utrzymuje mnie w »formie« pod względem artystycznych środków, poza tym, że dostarcza pieniędzy. Ale dotąd byłem (jak się wyraziła moja żona) »portrecistą pokątnym«.

Warto dodać, że – z wyjątkami – Witkacy nie uważał portretów za dzieła sztuki czystej. Krok ten tłumaczył rozczarowaniem własnym malarstwem, które nie spełniało założeń teoretycznych Czystej Formy. Decyzja wynikała również z potrzeb finansowych. Witkacy nie miał stałego zajęcia, dlatego wciąż borykał się z niedostateczną ilością środków do życia. Firma posiadała humorystyczny regulamin, w którym Witkacy m.in. zakazywał klientom wszelkiej krytyki powstających portretów, zastrzegał sobie prawo do rysowania bez świadków oraz zobowiązywał stronę zamawiającą do bezwzględnej punktualności, „gdyż czekanie źle wpływa na nastrój firmy i może źle wpłynąć na wykonanie wytworu”. Zwracał również uwagę, iż w przypadku kobiecych portretów z odkrytymi ramionami cena wzrasta o 1/3 wartości portretu za każdą rękę. Witkiewicz kategorycznie oznajmia, że regulamin nie podlega dyskusji, opatruje go też specjalnym mottem:

„Klient musi być zadowolony. Nieporozumienia wykluczone”.

Wśród rozporządzeń właściciela Firmy osoba portretowana znajdzie też szczegółową charakterystykę każdego pięciu głównych typów portretu, który (z wyjątkiem typu C) Firma może wykonać na zamówienie:

Typ A – Witkacy mawiał, że jest to najbardziej „wylizany” ze wszystkich typów, gdyż oznacza dość wierne oddanie podobieństwa modela. W tym typie artysta nie stara się uchwycić charakteru danej osoby. Zamiast osobowości akcentuje się tu urodę, gdyż Witkacy zakłada, że w typie A częściej chciałyby być portretowane kobiety. Za modelem wyrysowywane jest często bujne, fantastyczne tło.

Typ B – „Robota bardziej kreskowa niż typu A”, widnieje w regulaminie. Zadaniem portretów typu B było również uchwycenie podobieństwa przy braku elementów karykaturalnych, pojawiały się za to pewne uproszczenia w oddawaniu kształtów. Istniała również odmiana typu B, tj. typ B+d. Była to próba przedstawienia charakteru modela poprzez cechy charakterystyczne jego fizjonomii. B+d dopuszcza też karykaturę.

Typ C – niemożliwy do wykonania na zamówienie. Portrety w typie C powstawały najczęściej w przyjacielskim kręgu Witkacego, który rysował pod wpływem narkotyków, np. eteru (zaznaczonego na obrazie skrótem Et), kokainy (Co), eucodalu (Eu) czy peyotlu (P). Typ C to kontrolowany eksperyment Witkacego, obserwującego wpływ poszczególnych substancji na proces tworzenia. Artysta dopuszczał wtedy absolutny subiektywizm w oddaniu charakteru i powierzchowności modela, a także swobodne posługiwanie się zniekształceniami – „spotęgowania karykaturalne tak formalne, jak i psychologiczne niewykluczone”. Zakopiański portrecista przyznawał, że niektóre prace w typie C są bezcenne, gdyż mogą stanowić przykład Czystej Formy.

Typ D – rodzaj ten imituje typ C, lecz artysta działa bez żadnych „wspomagaczy”.

Typ E – zakładał dowolność psychologicznej interpretacji modela, choć nie wykluczał podkreślenia jego (a zwłaszcza jej) urody oraz wysokiego poziomu podobieństwa. Typ B+E – kombinacja, którą Witkacy podpisywał portrety dziecinne. „Z powodu ruchliwości dzieci czysty typ B jest przeważnie niemożliwy” – tłumaczy autor regulaminu.

Zdarzył się także tragiczny typ U, którym twórca oznaczył „upadek talentu artysty”.

Witkacy umieszczał na swoich portretach liczne adnotacje. Wśród nich znalazł się typ portretu, data, podpis autora, czasem komentarz odautorski oraz zażywane substancje stymulujące. Oprócz narkotyków występował alkohol (C), sygnowane osobno piwo (pyfko), lecz mogły to być nawet kawa (Cof) czy herbata (herb). Skrótem NP. Witkiewicz informował z kolei o niepaleniu, a  – o niepiciu. Cyfry przy tych oznaczeniach wskazywały na ilość dni abstynencji. Zdarzały się adnotacje okazjonalne, takie jak p.p.c – prawie po ciemku, FBZ – fajka bez zaciągania się, czy z.z. – zamiast zgwałcenia.

Firma działała w zakopiańskim domu Witkacego, lecz przy okazji wyjazdów portrecista rozsyłał do znajomych bileciki z informacją o przyjeździe Firmy do danego miasta oraz miejscu przyjmowania klientów. Portrety powstawały zazwyczaj podczas jednego posiedzenia, choć na spotkaniach towarzyskich z przyjaciółmi Witkacy potrafił narysować nawet kilkanaście wizerunków. Były to tzw. „orgie narkotykowe” – eksperymenty, których przebiegiem opiekował się zakopiański rentgenolog Teodor Białynicki-Birula.

Czesława Oknińska-Korzeniowska pojawiła się w życiu Witkacego w 1929 roku i pozostała w nim do samego, tragicznego i smutnego końca. Młodsza o siedemnaście lat, urzędniczka, drobna blondynka, była pierwszą kobieta, która w pewnym sensie podporządkowała sobie Witkacego. Gdy ją zdradzał m.in. z młodszą o 34 lata manikiurzystką, którą odbił zakopiańskiemu fryzjerowi, bez wahania zerwała związek odsyłając obrazy, podarunki, a nawet wyrwane z książek dedykacje. Witkacy szalał z rozpaczy tak bardzo, że nawet żona dała się namówić nam telefon do kochanki z prośbą, aby wróciła do Witkacego i „nie niszczyła człowieka”. Nina nie zgodziła się natomiast na pomysł Witkacego, aby wspólnie adoptowali Czesię.  Związek z Oknińską, choć długotrwały, przysporzył artyście wielu emocjonalnych ran. Pod koniec lat 30. Witkiewicz wpada w depresję. Coraz wyraźniej odczuwa zbliżającą się katastrofę wojenną, coraz częściej nie radzi sobie z burzliwymi rozstaniami i powrotami z Czesławą Oknińską. Zły stan ducha Witkacego wyraźnie odzwierciedla niepokojący autoportret z 1938 roku, na którym autor przedstawił się na tle płonących fabryk i żółtej łuny nadchodzącego pogorzeliska. Poważny wizerunek portrecisty znaczy już znaczna siwizna oraz zmarszczki.

W ostatnich dniach sierpnia 1939 roku Witkacy wyjeżdża z Zakopanego do Warszawy, skąd wyrusza na wschód wraz z falą uchodźców. Towarzyszy mu Oknińska. 18 września Witkacy dowiaduje się, o wkroczeniu Armii Czerwonej do Polski. Wybrali miejsce pod rozłożystym dębem w pobliskim lesie. Tam Witkacy rozpuścił w garnuszku z wodą tabletki luminalu, co wypiła Czesława, on zaś zażył pastylki efedryny na pobudzenie krążenia krwi. Oknińska zasypiając, widziała jeszcze, że Witkacy podcina sobie żyletką żyły, najpierw na przegubach rąk, potem na nogach, ale ponieważ krew nie płynęła, przeciął sobie też tętnicę na szyi. Czesławę po pewnym czasie znaleziono nieprzytomną, Witkacego następnego dnia, 19 września 1939 r., pochowano na małym prawosławnym cmentarzyku w Jeziorach. Oknińska żegnała Witkacego podczas jego pochówku.

Anna Maria Tryba

 

 

Jego ogląd świata był niezwykle szeroki

 

Rozmowa z panią Teresą Szeptyńska – przewodniczką po willi Oksza i zbiorach dzieł Witkacego w niej zawartych.

 

Anna Maria Tryba: – Jak Pani trafiła do Okszy? Czy przywiodło Panią do tego miejsca wykształcenie, czy fascynacja Witkacym? A może coś jeszcze innego?

Teresa Szeptyńska: – Jakiś czas pracowałam w Kolibie, później miałam pewną przerwę w pracy, właśnie Oksza była remontowana i przygotowywana do powstania muzeum. Nie jestem historykiem sztuki i nie umiem siebie nazwać witkacologiem, ale jestem zakopianką zafascynowaną swoim miastem od zawsze. Jestem przewodnikiem w willi Oksza. Zafascynowanie Witkacym wynika przede wszystkim z jego niebanalności. Na twórczość Witkacego najpierw natknęłam się, oczywiście, w szkole. „Szewcy”, „Oni”, z tym go kojarzyłam. Przyznam się szczerze, że z portretami spotkałam się dopiero w Muzeum Stylu Zakopiańskiego w Kolibie, bo tam były początkowo wystawiane. Te portrety były zdecydowanie inne niż wszystkie inne jakie widziałam do tej pory. Mają one wyraz niezwykle psychologiczny, karykaturalny. Takie przede wszystkim prezentuje muzeum, bo jest to kolekcja z kręgu przyjaciół.

Kiedy zostałam przewodnikiem, zaczęłam Witkacego poznawać bardziej i bardziej, zgłębiać coraz bardziej wszystko co związane z artystą. Bo nie można na niego patrzeć przez pryzmat tylko jednej dziedziny, malarstwa, dramatu czy fotografii. Witkacy to nie tylko pisarz, dramatopisarz, malarz, ale również filozof! Był człowiekiem renesansu, jego twórczość, ogląd świata był niezwykle szeroki.

 

No właśnie, jak według Pani należy interpretować, postrzegać twórczość, dokładniej portrety Witkacego?

 

– Przede wszystkim, żeby poznać portrety, jak i w ogóle postać Witkacego należy poznać jego krąg przyjaciół, poznać przyczyny powstania Firmy Portretowej. A powstała ona z prozaicznego powodu – Witkacy musiał zarabiać. Był jeszcze drugi powód, znacznie ważniejszy. Witkacy razem z Rafałem Malczewskim mieli wspólną wystawę w Warszawie w Salonie Garlińskiego. Nie było im łatwo, musieli zmierzyć się ze sławą swoich ojców. Tam malarstwo Rafała Malczewskiego zostało dostrzeżone i pozytywnie skomentowane, a malarstwo w Czystej Formie Witkacego, czyli te jego charakterystyczne ostre deformacje, skomplikowane kompozycje, agresywna kolorystyka, została przez krytyków przemilczana. Myślę, że to się stało przyczyną do zarzucenia malarstwa w Czystej Formie na rzecz pisania. A żeby pisać musiał zarabiać i stworzył firmę portretową, wraz z niebanalnym jej regulaminem i typologią poszczególnych portretów, cennikiem.

Nasze muzeum posiada portrety z dwóch kolekcji: od rodziny Federowiczów i od pani Modesty Stachurskiej-Zwolińskiej, siostry Neny Stachurskiej, która była muzą Witkacego. Muzeum posiada 90 portretów oraz dużą kolekcje fotografii, szkiców.

 

Wszystkie obrazy Witkacego są niezwykłe i niepowtarzalne, ale czy jest w Okszy portret, obraz, z którym wiąże się szczególna historia? Czy jest taki obraz, który jest dla Pani najważniejszy?

 

– W ostatnim czasie muzeum zakupiło kilka portretów. Szczególny jest portret rodzeństwa Fischerów – Krysi i Ludwika. Ludwik Fischer to była znacząca postać w Zakopanem, był nauczycielem, sędzią narciarskim, działaczem sportowym. Podczas pierwszej prezentacji tego portretu, w Okszy zeszły się wszystkie pokolenia nauczycieli, z którymi Ludwik Fischer współpracował. Ten portret jest również nietypowy pod względem rozmiarów, jest bardzo duży, kwadratowy.

Również niedawno z pomocą Urzędu Marszałkowskiego i ministerstwa kultury zakupiono dwa portrety małżeństwa Bierulów. Ludzie ci byli bardzo związani z Witkacym, to u nich odbywały się te słynne „święta peyotlowe i kokainowe”. 

Uważam, że Oksza jest kapitalnym miejscem, żeby Witkacy tam był, bo to właśnie tutaj artysta odbył psychoanalizę doktora Karola de Bourain. To był lekarz psychiatra zaprzyjaźniony z Witkiewiczem juniorem jak i seniorem. Miał w Okszy wynajęty gabinet. Był pierwszym freudzistą. Jednak Stanisław Witkiewicz stanowczo odradzał synowi psychoanalizę, uważał, że dr de Bourain wymyśli Witkacemu jakąś chorobę. Chyba miał się czego obawiać, bo diagnoza dla syna brzmiała „kompleks embriona”. Witkacy zareagował na to właśnie jak Pani – śmiechem. On to bardzo ironizował, traktował prześmiewczo, ale to miało ogromny wpływ na niego. Witkacy opisuje tą psychoanalizę do swojej przyjaciółki Heleny Czerwijowskiej i opisując ją w 1913 roku podpisuje się „Witkacy”. Odrywa się od nazwiska Witkiewicz, idzie własną drogą artystyczną.

Mój ulubiony obraz…  Jest taki portret. Portret Felicji Turowskiej. On jest w takiej bardzo ciekawej kolorystyce, tło jest grafitowe, e sumie są tylko trzy kolory. Bardzo niewiele kresek, minimalizm w czystej postaci, a tak wielka ekspresja. Ten obraz lata temu już zrobił na mnie ogromne wrażenie, jeszcze kiedy wisiał w Kolibie.

 

Witkacy zawsze fascynował, szczególnie ludzi młodych. Proszę powiedzieć jak ludzie odwiedzający muzeum, willę Oksza odbierają sztukę Witkacego? Jakie pytania najczęściej padają? Co ich szczególnie interesuje?

 

– Do Okszy ludzie niewątpliwie przychodzą właśnie dla Witkacego, ale pamiętajmy że jest tutaj jeszcze m.in. Malczewski, Wyczółkowskiego, Stryjeńska. A przychodzą bardzo różni ludzie. Wiele osób przychodzi z myślą, że Stanisław Witkiewicz, a Stanisław Ignacy Witkiewicz to jedna osoba i Oksza daje im tą możliwość oddzielenia ojca od syna.

Przychodzą często osoby starsze, które w młodości interesował Witkacy, znali go poprzez dramaty, książki i portrety są dla nich odkryciem. Przychodzą osoby, których fascynacja Witkacym rozpoczęła się w szkole i trwa do dzisiaj. Rozmawiając z ludźmi staram się zdjąć z Witkacego stereotyp erotomana i wariata z Krupówek.

 

Zajmuje się Pani Witkacym od lat, jest Pani w Zakopanem znana, a Pani sposób opowiadania o Witkacym i przybliżanie odwiedzającym jego sylwetki cieszy się ogromną popularnością. Co osobiście Panią skłoniło do takiej pracy? Co fascynuje Panią w Witkacym?

 

– Zaczęło się od tego, że chciałam dobrze wykonywać swoją pracę.  I im więcej czytałam, poznawałam Witkacego tym mnie bardziej „wsysał”. Jest w nim coś takiego, że wymaga bezwzględnej uwagi. Sygnalizuje pewne sprawy, z którymi człowiek mimowolnie zaczyna polemizować, więc to nie jest fascynacja bezkrytyczna. Witkacy był dwutorowy jak Jekyll i Hyde, więc nie wszystko z mojej strony jestem w stanie u niego zaakceptować. Dużo rozmawiam z ludźmi podczas zwiedzania, są ludzie którzy mają większą wiedzę ode mnie, wiele się od nich nauczyłam i to zostaje we mnie, potem dzielę się tym z innym i to wzmaga zainteresowanie Witkacym.

 

– Bardzo dziękuję, że zgodziła się Pani spotkać i podzielić swoimi opiniami z czytelnikami.

 

– A my zapraszamy zatem serdecznie do Okszy oraz do wszystkich placówek Muzeum Tatrzańskiego!

 

Witkacy to nie tylko pisarz, dramatopisarz, malarz, ale również filozof! Był człowiekiem renesansu, jego twórczość, ogląd świata był niezwykle szeroki.

 

  

Plakat

prof. Grzegorz Bazylak

Androcentryczna nieświadomość

 

 

W niezwykle starannie redagowanej od kilku lat przez Zbigniewa Joachimiaka serii Polska Proza Współczesna XXI wieku, której wydawcą jest Fundacja Światło Literatury w Gdańsku, ukazała się w maju 2020 roku powieść zmarłego nagle dwanaście lat temu łódzkiego pisarza Zbigniewa Wilczyńskiego „Fala zero” [1], gdzie występuje szczególnie oryginalna „narracja, która łączy obrazowy porządek widzenia i pojęciowy porządek rozumienia” [2], ale pomimo tego nie dąży jednak ku fikcji i temu co estetyczne. Takie nietypowe przekształcenie często spotykanego w prozie realistycznej modelu narracyjnego wynika prawdopodobnie z tego, że w powieści „Fala zero” występuje narracja pierwszoosobowa, sugerująca, że jest to autobiografia. Istotnie, powieść pełna jest niezwykle szczerych wyznań kanoniera Woronieckiego, głównego jej bohatera, będącego alter ego autora, nie tylko opisujących intymne szczegóły jego zdemoralizowanego życia, ale także wyznawanej przez niego nihilistycznej aksjologii (por. „Fala zero”, Część pierwsza, Kibel, Fala 716, str. 44): „Nie był świętoszkiem, w wieku dziewiętnastu lat zdążył już dosyć dokładnie poznać działanie alkoholu i innych środków odurzających, od dawna wiedział, jak smakuje ciało dziewczyny, wiedział też, co to znaczy uderzyć kogoś albo samemu oberwać. Jednak wciąż jeszcze szanował człowieka, wciąż jeszcze w drugim osobniku widział potencjalną istotę ludzką. Dlatego też przyjmował występ kaprala nadzwyczaj spokojnie. Jeszcze nie wiedział, że właśnie rozpoczął się cykl wykładów, że właśnie pobiera pierwszą lekcję. Jeszcze nie wiedział, że do ludzi powinien zaliczać tylko siebie i małą garstkę przez siebie wybranych, a reszta to w najlepszym wypadku niegodny uwagi tłum, w najgorszym – robactwo, które należy bezwzględnie tępić.Jeszcze nie wiedział (…)”. Konfesyjność szokująco przekonująca, niezwykle bezpośrednia, daleko przekraczająca granice ekshibicjonizmu, w przewrotnej kontrze do wylansowanej w gierkowskich czasach piosenki „Po ten kwat czerwony” Piotra Janczerskiego (1938-2018) i łódzkiej grupy „No To Co”: „żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie, żołnierz zarzuci broń na ramię, wróci to resztę dopowie” [3].

To, co zaobserwował Wilczyński już w pierwszych chwilach pobytu w polskim wojsku lat 70. XX wieku, na przykład, że „żołnierz przestał syczeć, a zaczął szczekać” (por. „Fala zero”, Część pierwsza, Kibel, Fala 716, str. 43), potwierdza filozoficznie uzasadniane sugestie, które Deleuze i Guattari sformułowali w postaci pytania: „czy to nie przede wszystkim przez głos stajemy się zwierzęciem – ?” [4],  bowiem tylko „wrażenia dźwiękowe pozwalają usłyszeć zwierzęcy głos, jaki dobywa się z wydającego okrzyki rozumu” [5], a ponadto „słuch myli mniej niż wzrok” [6].  Nie powinno zatem dziwić, że w żołnierskim socjodialekcie, jaki występuje w tej powieści, musiały pojawić się KOTY, które (cytuję): są parszywe, muszą być stale zajęte, trzyma się je na parapecie i udaje się z nimi wszystko, „dlaczego więc nie miałby kota udusić, powiesić, a po kocie przyjdzie kolej na grubszą zwierzynę. Kot nie kot, nie chodzi o kota” [7], ponieważ żołnierzem może kierować często nieuświadomiona, ważniejsza od decyzji grupy i zabójcza dla niego samego, indywidualna chęć uzyskania prestiżu, którą trzeba stłumić [8], a potrzebna do tego „dyscyplina staje się wymogiem armii z chwilą pozyskania jej przez państwo” [4].

Taka właśnie „wokalna zwierzęcość człowieka” [4], którą w powieści Wilczyńskiego okazuje na każdym kroku kapral Wachowicz, a w filmie „Pełny magazynek – Full metal jacket” Stanleya Kubricka (1928–1999) zaprezentował w sposób niezwykle spektakularny sierżant Hartman (w tej roli występuje Lee Ermey), jest dla przeciętnego żołnierza żródłem stałego napięcia, ustawicznego stresu, dojmującego uczucia paniki, które u większości z nich wywołuje stan praraliżującej apatii, dręczącego przymusu, ale u niektórych inicjuje kreatywność, chęć natychmiastowego działania. „Zwierzęcość, która wyraża się nie tylko w autodestruktywnych instynktach opartych na zadawaniu przemocy, ale również w niepohamowanym „apetycie na seks”, którego żadne społeczne instytucje (w tym przypadku wojsko) nie są w stanie całkowicie stłumić” [9]. Stąd pojawia się w powieści „Fala zero” bardzo istotny wątek dotyczący relacji żołnierzy z kobietami, przy czym opisywane są w niej dwa, niemal godardowskie, krańcowo odmienne, ale realizowane równocześnie przez kanoniera Woronieckiego przejawy seksualności, jako „wspaniała boska aktywność” [10] (związek Woronieckiego ze studenką polonistyki Magdą, mieszkanką Łodzi) lub jako „aktywność zabójcza, w trakcie której ludzie w łóżku nawzajem się mordują” [10](związek kanoniera Woronieckiego z urzędniczką pocztową Wandą, mieszkanką Szczecina). Miłość opisywana przez Wilczyńskiego, tak jak w filmie „Wiedza radosna” (Le gai savoir, 1968) Jean–Luc Godarda (ur. 1930), „to wzajemne nazywanie i substancjalizowanie, odsłanianie poziomu zero miłości, poza tego rodzaju nominalizacją” [10], przy czym okazuje się, że – jak w przypadku związku z Wandą  – „drogą do prawdziwej damsko–męskiej relacyjności jest kres seksualnego ujarzmienia” [10], natomiast negacja seksualności (jak w związku z Magdą) prowadzi do perwersji. Celnie zauważył i zrekapitulował taki proces pewien wybitny krytyk literacki: „Obcy oswaja wybrane kawałki świata, wysyłając doń listy. Pośrednikiem w tym procederze jest dziewczyna, kobieta, jej interior (czyli gotowość, s k r z y n k a  p o c z t o w a, otwartość, chłonność), włosy rozsypane na podłodze, jej skóra, współczująca świadomość, jej marzenia o ułożeniu sobie życia, wspólnego życia” [11], gdy formułował swoje entuzjastyczne uwagi o poezji Krzysztofa Śliwki  (ur. 1967) z lat 90. XX w., który – podobnie jak Wilczyński – „szukał mimo wszystko jakiejś transcendencji w raczej nietranscendentnym świecie” [11].

Tymczasem w tych samych latach 1972-77 blisko 40-letni wówczas Roman Polański (ur. 1933), absolwent łódzkiej „filmówki” (1958), przymusowy emigrant (1963), tragicznie owdowiały mąż (1969) i światowej sławy twórca serii arcydzieł filmowych, „Nóż w wodzie” (1962), „Wstręt” (1965), „Matnia” (1966), „Makbet” (1971), „Dziecko Rosemary” (1969), „Chinatown” (1974), „Lokator” (1976), niespodziewanie, niczym seksualnie nieokiełznany ogier, zaczyna regularnie napastować  n a s t o l e t n i e, ale już „odpowiednio rozgarnięte i dobrze wykształcone, co pozwalało obsługiwać telefon i rozmawiać z ludźmi” [12], artystki niemieckie, brytyjskie i amerykańskie, m.in. Renate Langer (ur. 1956),  Valentine Monnier (ur. 1956) i Samantę Gailey-Geimer (ur. 1964), które dopiero w latach 2016-2019 poczuły się poszkodowane takim nazbyt męskim sposobem zachowania wobec kobiet, co spowodowało, że wstąpiły na drogę sądową wobec ponad 80-letniego reżysera z oskarżeniami o gwałt, a ponadto udzieliły ponadprzeciętnego wsparcia na rzecz agresywnych działań francuskich feministek, które od tego czasu blokują filmowe festiwale, fety, gale i multikina w różnych krajach świata twierdząc, że „Polański prześladuje kobiety” [13].

Nie poddający się koszarowej rzeczywistości „czterej wspaniali” z utworzonej ad hoc żołnierskiej paczki: Woroniecki, Sierpiński, Nowak, Rybka, „funkcjonującej według logiki nieustannego samowzmacniania” [14], to przeciwieństwo opisanej w tej powieści galerii żołnierzy całkowicie zniewolonych, zdalnie kierowanych, niezdolnych do krytycznego dystansu, ludzi zdepersonalizowanych, socjotechnicznie wystandaryzowanych, ofiar instytucji totalnej jaką jest wojsko [15]. „Przywództwo jest skomplikowanym mechanizmem, które nie tyle sprzyja najsilniejszemu, ile ogranicza przede wszystkim możliwość trwałego osadzenia stanowiska władzy, umacniając raczej tkankę wewnętrznych relacji. (…) Grupy towarzyskie bliskie są bandom i działają raczej na mocy upowszechnionego prestiżu niż przez odniesienie do ośrodków władzy (…). To dlatego bandy, zbójeckie czy towarzyskie, są na ogół wcieleniami maszyny wojennej, różniącej się formalnie od każdego aparatu państwowego” [4].  

Z rozproszony w powieści „Fala zero” informacji, wynika, że Zbigniew Wilczyński (1954-2008) mógł odbywać obowiązkową służbę wojskową od września 1973 do stycznia 1975 (15 miesięcy) lub listopada 1975 (łącznie 24 miesiące). Zbigniew Wilczyński służył w pierwszym działonie baterii moździerzy 120 mm, w koszarach przy ul. Wojska Polskiego 225 w Szczecinie, gdzie stacjonował 5 Kołobrzeski Pułk Zmechanizowany (do 1958 r. nosił nazwę 5 Kołobrzeskiego Pułku Piechoty), który wchodził w skład elitarnej 12 Dywizji Zmechanizowanej (poprzednio 12 Dywizji Piechoty) dowodzonej w latach 1957–1960 przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego (1923-2014), sprawcę krwawej pacyfikacji Wybrzeża w grudniu 1970 roku i twórcę tragedii stanu wojennego 1981-83 w Polsce. Zanim objął to stanowisko, był w latach 50., tak jak i płk. Ryszard Kukliński (1930-2004) – twórca założeń stanu wojennego w Polsce, od 1970 r. agent CIA ps. Jack Strong – oficerem wspomnianego 5 Kołobrzeskiego Pułku Piechoty, który swoją nazwę zawdzięcza pomyłce samego Józefa Stalina (1878-1953), bo nikt nie śmiał jej skorygować [16].  

Kanonier Zbigniew Wilczyński, przyszły prozaik i scenarzysta [17], podnosił swoje kwalifikacje w szczecińskich koszarach przy ul. Mickiewicza, o czym mówi relacja narratora powieści „Fala zero” (por. Część druga, Wyjście, Fala 645 do 623, str. 153): „smak prawdziwego luzu poznał dopiero w pierwszych dniach stycznia [1974 r. – przyp. GB], gdy poszedł na kurs rachmistrzów do 22 Pułku Artylerii Haubic. Przede wszystkim nie było tu podoficerów, więc nikt nie urządzał żadnych zbiórek i nikt ze specjalnymi przywilejami nie pilnował utrzymania porządku. Komendant kursu, porucznik, już pierwszego dnia powiedział, że uważa ich za ludzi dorosłych, za specjalnie wybranych ze względu na walory umysłowe, za elitę artylerii, a nawet całej armii. Tak samo traktowali ich oficerowie–wykładowcy; dla nich nie byli głupim kociarstwem, byli słuchaczami, których mieli nauczyć czegoś konkretnego. Dyskusje, pytania i wątpliwości były wręcz wskazane. Nikt nie wydawał rozkazów. Zlecano im zadania do wykonania, za które otrzymywali oceny. Kwaterowali w budynku sztabu pułku, a rytm normalnego żołnierskiego życia wdzierał się do nich tylko raz dziennie, wraz z pobudką i wyjściem na rozprowadzenie poranne; po kilku dniach odpadło i to; spali do śniadania, ponieważ przekonali się, że w pułku mało kto wie o ich istnieniu.”

A co działo się na co dzień w Peerelu w tych szalonych  latach siedemdziesiątych XX wieku, gdy „Polska rosła w siłę a ludzie żyli dostatniej”, a świat po zakończeniu wojny wietnamskiej wchodził w erę globalizacji – ? Na przykład w latach 1974 i 1975 esbecko-bezpieczniackie Wydziały „W” i Biuro „W” przy udziale ponad tysiąca swoich ludzi rozlokowanych w placówkach pocztowych „przejrzały ponad 2 mln przesyłek listowych oraz ponad 14 mln materiałów do tzw. zamówień tematycznych. Sporządzono z nich 240 tys. kserokopii. Ponad 24 tys. przesyłek wyłączono z obiegu jako szkodliwe politycznie. Poza tym perlustrowano 319 tys. telegramów, z których wykonano ponad 22 tys. kopii dla jednostek operacyjnych” [18].  

Można zatem z wysokim prawdopodobieństwem przyjąć, że przywoływana w powieści „Fala zero” intymna korespondencja listowna szeregowego Woronieckiego, głównego bohatera tej powieści, z Magdą G., studentką polonistyki, była skrupulatnie kontrolowana przez esbeckie komanda zanim dotarła do adresatki. Również stanowiący znaczną część fabuły tej powieści burzliwy romans Woronieckiego z Wandą, pracownicą urzędu pocztowego zlokalizowanego w szczecińskiej jednostce wojskowej, nabiera w świetle tych informacji całkiem innego znaczenia. Któż by przypuszczał, że organizowana w 2020 r. wyborcza pocztyliada jest w dużym stopniu kontynuacją totalitarnych działań rodzimego chowu sprzed prawie 50 lat…

Zjawisko falowania czyli niepowstrzymanego, cyklicznego następstwa kolejnych procesów i wydarzeń, od fal morskich i gorąca, aż do fal kryzysów i przemocy, może kojarzyć się z benjaminowsko pojętym piekłem „pozoru indywidualności, pozoru wolności, uwikłania w repetycję i wieczny powrót tego samego, który dokonuje się właśnie tam, gdzie ma nadejść to co najnowsze i co zmienia dotychczasowy stan świata, paradoksalnie to, co nowe, ciągle jest takie samo” [19]. Z falowaniem kojarzyć się powinien także użyty pierwotnie przez Karola Marksa (1808-1883) progresywny i mesjański termin „rewolucja”, który jednak w sensie kopernikańskim („revolutionibus”), w nawiązaniu greckiej tradycji świata antycznego, oznaczał „cykliczne powtórzenie, naturalną przemianę, powrót wykolejonego świata na swoje stare miejsce, restytucję pradawnego („zapoznanego”) porządku” [20].  W sensie historycznego doświadczenia „rewolucja jest spłaceniem długu wobec utraconej przeszłości i wyzwoleniem umarłych” [21], co może prowadzić do nieakceptowanego w naszym społeczeństwie ponowoczesnym, ze względu na dominującą w nim czystą teraźniejszość, traktowania „pamięci jako rewolucji i rewolucji jako formy pamięci, jako  pewnego rodzaju sposobu „spędzania czasu”, wspominanie jest próbą kontaktu z upływem czasu, które sprzeciwia się dominacji czasu spektakularnego, pozwala zachować siłę oporu wobec aktualności i w tym ruchu powtarzania wytwarza historię”  [22].

Tytułowa „Fala zero” może oznaczać także punkt zwrotny lub wartość graniczną, jaką staje się wskutek przypadkowego działania przemocy mitycznej – opisanej przez Waltera Benjamina –  każdy człowiek obarczony winą, który w ten sposób „oddziela świat ludzi od świata bogów, wina bowiem musi urzeczywistnić się w  l u d z k i m  świecie”  [20]. Wykreowany przez Wilczyńskiego trywialny i brutalny świat powieści „Fala zero” to w znacznym stopniu „świat pogrążony w demonicznej, mitycznej, domkniętej immanencji ze wszystkimi jej pozorami życia” [19], a żyjący w takim świecie ludzie są całkowicie „zakneblowani, wtłoczeni w gęsty, mityczny żywioł” [19].

Dlatego tytuł „Fala zero” odsyła także do powszechnej w środowisku wojskowym i poza nim zmowy milczenia otaczającej utrwalone w obyczajowości żołnierskiej z okresu PRL i kontynuowane przez długie „po okrągłostołowe” lata „nieformalne zjawisko fali” [23] w celu podtrzymania przekonania tzw. politycznych decydentów i kadrowych dowódców o tym, że „wojsko wychowuje” [24] oraz kontynuacji totalitarnej wiary w realną władzę „regulacji formalnych, które zagospodarowują i wypełniają przestrzeń społeczną” [23]. Pojawiające się w tej powieści Wilczyńskiego postaci żołnierzy i ich cywilnych znajomych konsekwentnie, chociaż nieświadomie, przystosowują się przede wszystkim do reguł milczenia mitycznego, którego źródłem jest „niedostatek indywiduacji i separacji, ich dwuznaczny pozór” [19], a tylko w nielicznych przypadkach do milczenia tragicznego inicjowanego przez „punktowe wyosobnienie z żywiołu ogólności, zamknięcie w samotnej jaźni” [19] lub do milczenia sprawiedliwego, które odsyłając do transcendencji „nie broni się przed oskarżeniami, bo złożyło ufność w tym, który zmartwychwstał i który nikogo nie odrzuca” [25].

W omawianej powieści Wilczyński przestawił jedno z polskich zanarchizowanych środowisk, w którym rządzi w spób utajony zasada „domniemanych kompetencji”, nigdzie nie zapisanych, z nikim nie uzgodnionych, gdy tymczasem aksjomatem cywilizacji zachodniej jest to, że w każdej organizacji reprezentującej państwo „organ ma tyle kompetencji, ile wyraźnie przyznaje mu prawo” [26]. W tej tendencji do anarchizowania oficjalnych struktur można dopatrzyć się kontynuacji wielowiekowej polskiej tradycji szlacheckiej, która „wzmocnienia władzy monarszej i widma „absolutum dominium” lękała się bardziej niż najazdu tureckiego, (…) rycerskie obowiązki szlachcica były sprowadzane raczej do działań defensywnych niż zaczepnych” [27]. Okazuje się, że tego typu postawy zwątpienia, sprzeciwu i oporu są współcześnie pod „wpływem kapitalizmu konsumpcyjnego i społeczeństwa pozorów” [28] klasyfikowane, jako „specyficzny rodzaj agresji, jako tzw. negatywizm społeczny, polegający na negowaniu autorytetów, obowiązujących norm moralnych i etycznych, krytykowaniu i odrzucaniu poglądów oraz idei ogólnie akceptowalnych, łamania nakazów i zakazów przyjętych generalnie za normę społeczną” [29], co jest z pewnością korzystne dla konserwowania i stagnacji układów władzy.

Tymczasem „nie zawsze i nie wszystkie sprzeczności i walki społeczne są sprzeczne z dążeniem do utrwalania ustalonego porządku, bowiem trwałość mogą zapewnić właśnie zmiana i struktura utrwalona przez ruchliwość” [30].  Jednak pułapki takiej mobilnej strategii życiowej przedstawia nominowany do Nagrody Oskara thriller społeczno-kryminalny Sidneya Lumeta (1924-2011) „Pieskie popołudnie” (1975), w którym Sonny Wortzik (w tej roli Al Pacino) weteran właśnie zakończonej wojny wietnamskiej, woli zostać biseksualistą i zawiera ślub ze swoim rówieśnikiem, marzącym o operacji zmiany płci homoseksualistą Leonem Shermerem (w tej roli Chris Sarandon), aby w jakiś sposób wyrwać się z beznadziejnego otoczenia i odmienić swój rozpaczliwy los nasycony pozorną „normalnością”, którą gwarantuje mu patologicznie tyjąca żona (w tej roli Penelope Allen) z dwójką małych dzieci do wykarmienia. Innymi słowy ambitny, lecz permanentnie sfrustrowany, Sonny Wortzik nie jest stanie, jak sam to określa, „urządzić się w tej dupie” jaką jest to, co z USA w 1975 roku po wojnie z Wietnamie zostało [31].

Czytanie tej powieści Wilczyńskiego „nie polega na uzyskiwaniu wyjaśnień od pisarza, z którym doświadczamy porozumienia, ale na stałym wyobcowaniu wobec samego siebie, na utracie kontroli intelektualnej, ciągle zabiegającej o to, aby się jakoś wzmocnić, aby się jakoś powściągnąć” [5]. W przeciwieństwie do kilku innych publikacji o zjawisku „fali” w polskim wojsku, napisanych przez pochodzących z poboru szeregowców, podoficerów lub podchorążych, a mianowicie Józefa Marii Ruszara, który opisał służbę w latach 1978-79 w Trzebiatowie [32], Grzegorza A. Kaczora, lata 1984-85 w jednostkach wojska stacjonujących w Chełmnie, Jarominie, Olsztynie, Elblągu, Modlinie [33]; Mariusza Paska, lata 1988-89, garnizon Węgorzewo [34,35] oraz Pawła Mikołajczaka, Pawła Siekańskiego i Arkadiusza Znojka, lata 1998-99, garnizon Toruń i  Chełm [36], które można zakwalifikować jako książki wspomnieniowe, reporterskie, pełne żołnierskiego żargonu, realistycznych detali żołnierskiego życia i rozmaitych anegdot, to w powieści Zbigniewa Wilczyńskiego, która dotyczy lat 1973-76, oprócz elementów wspomnianych relacji, został zawarty unikalny i niezwykle zniuansowany portret psychologiczny młodych żołnierzy, rozgrywający się w nich, niezależnie od polityczno-historycznych uwarunkowań, nieustanny i nieoczywisty konflit między obrazem i praktyką adrocentrycznej wizji świata, proces odkrywania zasad męskiej dominacji i wpisanych w męskie ciało warunków realizacji popędów androcentrycznej nieświadomości, formowania podmiotowości, wiedzy zarazem posiadanej, jak i bezustannie traconej [37]. Opisana została w tej powieści nieprawomocność i nietrafność obrazu kobiety [38] tradycyjnie ukonstytuowanej jako „byt negatywny” [39], to znaczy w całości zdefinowany przez braki i wady, który w kontekście nie tylko erotycznej relacji męski/żeński, jako „ekspresjii ciagłości istot ludzkich” [40] oraz problemu związku grzechu z winą [41] może być afirmowany i aprobowany tylko przez „podwójną negację” [37], co często sprowadza się do gombrowiczowskiego pytania „czy chciałem z nią świństwa czy anielstwa – ?” [7]. Obserwacje Wilczyńskiego, gdzie szczecińskie koszary są jak dręczące koszmary, w dalekim stopniu przekraczają to, co zdemaskowały w swoim czasie szokujące polskie filmy: rozgrywający  się w łódzkich realiach „Kroll” (1991) Władysława Pasikowskiego (ur. 1959) oraz „Samowolka” (1993) Feliksa Falka (ur. 1941), gdzie w głównej roli kaprala Tygrysa, wodza „fali” i faktycznego władcy kompanii, wystąpił Mariusz Jakus (ur. 1967), późniejsza gwiazda Teatru Nowego w Łodzi [42].

Pozostająca przez ponad 20 lat w megabajtowych czeluściach powieść „Fala zero” zawiera unikalny w polskiej literaturze opis kształtowania się i ewolucji odkrytych przez Anthony Giddensa  (ur. 1938) „jednostkowych mechanizmów refeksyjności” [43], które odnoszą się także do rozmaitych specyficznych form przemocy stosowanych w warunkach instytucjonalnej opresji  [15].

Perypetie młodego dziewiętnastoletniego żołnierza z przymusowego poboru w połowie lat 70. XX wieku, bohatera dziejącej się w szczecińskich realiach powieści „Fala zero”, ukazują jak toczący się wokół niego nieuchwytny proces akumulacji kapitału niechęci, odwetu i agresji, który przyczynia się nieustannie do dezintegracji rodzimej autorytarnej organizacji militarnej, prowadzi do materializacji sprzecznego z jego przekonaniami – ale uzasadnionego kontekstowo i sytuacyjnie – a obserwowanego nawet w armii amerykańskiej w latach 1969-1972, zjawiska „fraggingu”, które pochłonęło kilka tysięcy ofiar [44], czyli usiłowania lub skutecznego zabójstwa innego żołnierza, oficera lub funcjonariusza z własnej jednostki wojskowej [45].

W pełnej autobiograficznych wątków powieści „Fala zero” ukazany został zdegradowany system międzypokoleniowej komunikacji, który poprzez doskonalony w europejskich armiach przez kilka stuleci mechanizm wtórnego dopasowania (sekundäre Anpassung) służył zachowaniu skompromitowanej hierarchi i dyscyplinie śmierci za życia [46], co uzasadniło wyparcie niemal do zera w p ł y w u dotychczas akceptowanych stereotypów męskiej dominacji  [37] i wspólnych społecznych norm na podejmowane radykalne działania grupy spontanicznie współpracujących żołnierzy, w sytuacji, gdy los jednego z nich zbiegł się nagle z przeznaczeniem, „a wypadki przeżyte wylatywały nam z rąk, jak śmiecie, jak śmiecie, leżało to u naszych stóp…” [7].

prof. Grzegorz Bazylak

________________

Zbigniew Wilczyński, Fala zero, posłowie Grzegorz Bazylak, Fundacja Światło Literatury, Seria Polska Proza Współczesna XXI Wieku, Gdańsk 2020, ss. 422.

 

Grzegorz BAZYLAK – prof. dr hab. n. farm. inż., w latach 1998-2002 stały współpracownik i członek redakcji ogólnopolskich pism społeczno-kulturalnych: „PAL-Przegląd Artystyczno-Literacki”, „Radostowa”, „Awers”. W latach 1997-2000 członek „Poetry Society” w Londynie (Wlk. Brytania). Autor zbiorów wierszy „Dwóch śpiących braci” (1974), „Za moimi rzekami” (1983), „Gdańska noc” (1998), „Dansing Polanica” (1999), „Wszędzie blisko” (2013), „Jedna tobie, druga mnie – wiersze i komentarze” (2014) oraz tomu recenzji teatralnych „Akcje, zwroty, odsłony. Sezon jubileuszowy Teatru Nowego w Łodzi 1999/2000” (wyd. I 2014, wyd. II 2015) i szkiców literackich „Faktura czy paragon. O prozie Zbigniewa Wilczyńskiego (1954-2008) i nie tylko” (2020). Inicjator i edytor  pośmiertnego wydania twórczości Zbigniewa Wilczyńskiego (1954–2008). W latach 1979-2019 pracownik naukowo–dydaktyczny uniwersytetów w Łodzi, Antwerpii, Birmingham, Bydgoszczy i Toruniu. W latach 2003-2019 twórca, organizator i kierownik Katedry i Zakładu Bromatologii na Wydziale Farmaceutycznym, Collegium Medicum w Bydgoszczy, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Laureat Indywidualnej Nagrody Naukowej Ministra Zdrowia RP (2003), Indywidualnej Nagrody Naukowej Polskiego Towarzystwa Farmaceutycznego (2003) i Nagrody Zaufania ZŁOTY OTIS 2019 (XVI edycja).

 

PIŚMIENNICTWO

[1] Z. Wilczyński, Fala zero, posłowie Grzegorz Bazylak, Fundacja Światło Literatury, Seria Polska Proza Współczesna XXI Wieku, Gdańsk 2020, s. 422.

[2] K. Filutowska, Tożsamość narracyjna jako empiryczna podmiotowość – MacIntyre, Taylor, Ricoeur, Wyd.  Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2018,  s. 21.

[3] Słowa Bronisław Brok, muzyka Jerzy Wasowski, prawykonanie Opole 1968.

[4[ G. Deleuze, F. Guattari, Kapitalizm i schizofrenia II. Tysiąc plateau, red. J. Bednarek, Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana, Warszawa 2015, s. 294, 440, 64.

[5] C. Jaeglé, Portret oratorski Gillesa Deleuze’a o kocim spojrzeniu, przeł. z j. franc. Małgorzata Jacyno, Oficyna Naukowa, Warszawa 2013, s. 64.

[6] E. Mazierska, Pasja. Filmy Jean–Luca Godarda, Wyd. Korporacja Ha!Art, MFF Era Nowe Horyzonty, Kraków-Warszawa 2010, s. 129.

[7] W. Gombrowicz, Kosmos, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 69–72; A. Falkiewicz, Polski kosmos. Dziesięć esejów przy Gombrowiczu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981, s. 31.

[8] K. Pobłocki, Kapitalizm. Historia krótkiego trwania, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2017, s. 418.

[9] P. Klekowski, Filmowa odyseja Stanleya Kubricka,  Korporacja Ha!art, Kraków 2006, s. 325.

[10] K. Silverman, H. Farocki, Mówię, więc mnie nie ma, w: Idem, Rozmowy o Godardzie, przekład i redakcja naukowa Paulina Kwiatkowska, Fundacja Mammal, Warszawa 2014, s. 173.

[11] K. Maliszewski, Życiorys świadka skłóconych epok, w: Idem, Rozproszone głosy. Notatki krytyka, Wydawnictwo Prószyński i S–ka, Warszawa 2006, s. 150-155.

[12] J. Savage, 1966. Rok, w którym eksplodowała dekada, przeł. z j. ang. Mikołaj Denderski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019, s. 150.

[13] Anonim, Spór wokół Polańskiego: zarząd Akademii Cezara podał się do dymisji, https://film.dziennik.pl/news/artykuly/6441488; dostęp 16.02.2020.

[14] P. Bordieu, O telewizji. Panowanie dziennikarstwa, przeł z j. ang. Karolina Sztandar–Sztanderska, Anna Ziółkowska, PWN, Warszawa 2009 , s. 58.

[15] E. Goffman, Instytucje totalne. O pacjentach szpitali psychiatrycznych i mieszkańcach innych instytucji totalnych, przeł. z j. ang. Olena Waśkiewicz, Jacek Łaszcz, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2011, s. 360.

[16] Dariusz Faszcza, Z dziejów 12 Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej 1945-2005, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2005, s. 112.

[17] G. Bazylak, Faktura czy paragon. O prozie Zbigniewa Wilczyńskiego (1954-2008) i nie tylko, Studio Czarna Flaga, Łódź 2020, s. 293.

[18] S. Koller, Procedura brakowania materiałów Biura „W” w latach 1972–1989, w: Z. Nawrocki (red. nacz.), Aparat represji w Polsce Ludowej 1944-1989, Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Rzeszowie, Rzeszów 2011, s. 246.

[19] A. Lipszyc, Sprawiedliwość na końcu języka. Czytanie Waltera Benjamina, TAiWPN Uniwersitas, Kraków 2012, s. 499.

[20] P. Nowak, Przemoc i słowa. W kręgu filozofii politycznej Hannah Arendt, Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego, Warszawa 2018, s. 138.

[21] Z. Bauman,  Posłowie. Walter Benjamin – intelektualista, w: W. Benjamin, Pasaże, przeł. z j. niem. Ireneusz Kania, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005, s. 1157.

[22] P. Mościcki, My też mamy już przeszłość. Guy Debord i historia jako pole bitwy, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2015, s. 53.

[23] A. Dębska, Fala w wojsku. Ukryta struktura życia koszarowego, DW Bellona, Warszawa 1997, s. 14.

[24] E. Wejner, Wojsko i politycy bez retuszu, Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2006, s. 221; E. Stefaniak, Byłem oficerem politycznym, Wyd. Adam Marszałek, Toruń, 2007, s. 432.

[25] B. Maggioni, Milczenie Jezusa, w: M. Casaro (red.), Milczenie boga, milczenie człowieka, przeł. z jęz. wł. Dariusz Chodyniecki, Jedność, Kielce 2006, s. 33-48. https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/jed_milczenie.html

[26] Jan Woleński, PiS w wyborczym amoku. Gdzie jest pies pogrzebany?, „Tygodnik Polityka” z dnia 30.04.2020.

[27] J. Tazbir, Kultura szlachecka w Polsce. Rozkwit, upadek, relikty, Wiedza Powszechna, Warszawa 1978, s.79-81.

[28] A. Giddens, Nowoczesność i tożsamość. Ja i społeczeństwo w epoce późnej nowoczesności, przeł. z j. ang. Alina Szulżycka, PWN, Warszawa 2006, s. 236.

[29] A. Wierzbicki, Zjawisko przemocy wśród żołnierzy zasadniczej służby wojskowej. Wybrane zagadnienia socjologiczne, w: J. Wawrzyniak (red.),  Socjologiczne i psychopedagogiczne aspekty przemocy, Wydawnictwo WSHE, Łódź 2007 , s. 279.

[30] P. Bourdieu, Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia, przeł. z j. franc. Piotr Biłos, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2005, s. 211.

[31] M. Kozubal, Wojska amerykańskie wjadą w piątek do Polski, „Rzeczpospolita” z dnia 28.02.2020.

[32] J.M. Ruszar, Czerwone pająki. Dziennik żołnierza LWP, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2017, s. 253.

[33] G.A. Kaczor, Wojskowy zawrót głowy, Wydawnictwo Poligraf, Brzezia Łąka 2018, s. 344.

[34] M. Pasek, Trepy, szweje i bażanty, Wydawnictwo Ares, Warszawa 1994, s. 190.

[35] M. Pasek, Paragraf 13, Fronda, Warszawa 2008, s. 642.

[36] P. Mikołajczak, P. Siekański, A. Znojek, Jakie jest wojsko czyli długa droga od biletu do cywila, Studio Astropsychologii, Białystok 2001, ss. 198.

[37] P. Bourdieu, Męska dominacja, przeł. z j. franc., Lucyna Kopciewicz, Oficyna Naukowa, Warszawa 2004, s. 69–98.

[38] A. Giddens, Przemiany intymności. Seksualność, miłość i erotyzm we współczesnym świecie, przeł. z j. ang. Alina Sułżycka, PWN, Warszawa 2007, s. 83-108.

[39] R. Scruton, Pożądanie. Filozofia moralna życia erotycznego, przeł. z j. ang. Tomasz Kuniński, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2009, s. 118-167.

[40] G. Bataille, Erotyzm, przeł z j. franc. Maryna Ochab, Wyd. Słowo Obraz Terytoria, Gdańsk 2015, s. 126.

[41] G. Vigarello, Historia gwałtu od XVI do XX wieku, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2010,  s. 44-65.

[42] G. Bazylak, Męski świat, czyli hurlyburly, w: Idem, Akcje, zwroty, odsłony. Sezon jubileuszowy 1999/2000 Teatru Nowego w Łodzi, Oddział Łódzki Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Literatów, Wyd. II, Łódź 2015 , s. 31-46.

[43] A. Giddens, Konsekwencje nowoczesności, przeł. z j. ang. Ewa Klekot, Eidos – Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2008, s. 126.

[44] G. Lepre, Fragging: Why U.S. Soldiers Assaulted their Officers in Vietnam, Texas Tech University Press, Lubbock 2011, pp. 230.

[45] Fragging is the deliberate killing or attempted killing by a soldier of a fellow soldier, usually a superior officer or non-commissioned officer (NCO); https://en.wikipedia.org/wiki/Fragging; dostęp: 16.02.2020.

[46] S. Neitzel, H. Welzer, Żołnierze. Protokoły walk, zabijania i umierania, przeł. z j. niem. Viktor Grotowicz, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014 , s. 39.; S. Neitzel, Podsłuchiwani. Niemieccy generałowie w brytyjskiej niewoli 1942–1945, przeł. z j. niem. Jola Zepp, Marek Zepp, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2009, s. 557.  

 

  

Plakat

Romuald Mieczkowski

Nowy numer ZNAD WILII

 

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele, Czytelnicy i Sympatycy ZNAD WILII! 

Miło mi poinformować, że ukazał się, mimo wszystko,  nr 2/82 (letni) kwartalnika. Z wiadomych powodów nie ma go w tradycyjnej dystrybucji, ale Czytelnicy i wszyscy chętni otrzymują go drogą pocztową. Są to szczególnie trudne czasy dla przetrwania tytułu. 

Niestety, nie będzie już kwartalnika w kioskach RUCH-u. W tej chwili można go nabyć w księgarni im. A. Prusa w Warszawie.

Nabywając go, wspieracie, Drodzy Państwo, polskie słowo z Litwy! 

Zachęcam do składania zamówień do redakcji drogą mailową i telefoniczną, tak jest najszybciej i najtaniej.

Razem przetrwamy!  

ZNAD WILII, to 160 stron fascynującej i różnorodnej, fachowo podanej lektury. W numerze:

 

MÓJ KĄT EUROPY

Redaktor naczelny w felietonie wstępnym ZAPISKI Z CZASÓW ZARAZY dzieli się refleksjami na temat niezwykłej sytuacji w naszym życiu w nowych realiach.

 

IN MEMORIAM

Romuald Mieczkowski wspomina Profesora Andrzeja Strumiłłę: ZNAD ŻEJMIANY NAD CZARNĄ HAŃCZĘ (1927-2020) oraz Pieśniarkę Lubę Nazarenko: ZAPAMIĘTAMY JEJ AKSAMITNY GŁOS (1964-2020).

 

KAWIARNIA LITERACKA

– O przełożonym na jesień XXVII Międzynarodowym Festiwalu Poezji MAJ NAD WILIĄ, o jego perypetiach i planach – JESIENIĄ O MAJU W SERCACH.

WIERSZE: 

ANDRZEJA STRUMIŁŁY o rodzinnych stronach na Litwie i przemijaniu;

ZBIGNIEWA JĘDRYCHOWSKIEGO – dygresja;

ANNY MARII MICKIEWICZ: ESTONIA – POEZJA I WRZOSOWISKA.

– W cyklu PRZECZYTANE Tomasz Snarski pisze o książce Birute Jonuskaite - MIRIADY TRANSGRESJI, CZYLI O ODWAŻNEJ PODRÓŻY KU ŚWIATŁU; 

– Leonard Drożdżewicz pisze o książkach Macieja Mieczkowskiego NA ZAKRĘCIE. KIJÓW I UKRAINA U PROGU PRZEMIAN - LITERACKIE ETIUDY ZNAD DNIEPRU, ks. Tadeusza Krahela - OD BIAŁEGOSTOKU PO WILNO oraz Romualda Mieczkowskiego – BYŁY SOBIE FABIANISZKI.

– O tej ostatniej książce piszą też Tomasz Snarski - BYŁY SOBIE FABIANISZKI?

– Małgorzata Karolina Piekarska WSPOMNIENIA ZE WSPÓLNYM MIANOWNIKIEM

– Romuald Mieczkowski przytacza fragmenty książki - JESTEM Z FABIANISZEK

– POCZET TWÓRCÓW LITERATURY WILEŃSKIEJ OD XVI wieku do 1945 ROKU (odcinek 30, pomiędzy hasłami: Teka Wileńka / Lucjan Uzięmbło).

 

KRESOWE RODOWODY

W artykule STAROŻYTNY RÓD LASKARYSÓW, Maciej Żakiewicz pisze o rodzinie pochodzącej z Grecji, a zakorzenionej Litwie.

 

LITWA-POLSKA. Z MIESIĄCA NA MIESIĄC. WYDARZENIA, FAKTY, OPINIE. STATYSTYKA I RANKINGI. KULTURA. POLACY NA LITWIE, LITWINI W POLSCE. NAGRODY I NOBILITACJE. WYDAWNICTWA i INNE

Nigdzie Państwo nie znajdą tak pełnej kroniki relacji polsko-litewskich, z przedstawieniem wydarzeń z udziałem Polaków na Litwie i Litwinów w Polsce, działalności odrębnych placówek (Instytutu Polskiego w Wilnie, Domu Kultury Polskiej). Sygnalizowane są ważniejsze nagrody i nobilitacje, nowości wydawnicze, wydarzenia na pograniczu kultur. 

Są to informacje szczególnie przydatne dla zainteresowanych regionem badaczy, studentów, ludzi stąd pochodzących. 

 

LISTEM I MAILEM. POCZTA REDAKCYJNA

Ich autorami są: Danuta i Zenon Jabłońscy, Biuro Poszukiwań IPN, Józef Szyłejko, Marek Jóźwiak, Nowa Awangarda Wileńska. prof. Władysław Zajewski i prof. Mieczysław Jackiewicz 

Czasopismo jest bogato ilustrowane, w kolorowej wklejce tym razem są prezentowane z dawnych spotkań poetyckich „Maj nad Wilią”.

ZNAD WILII w Wilnie: w księgarniach ELEPHAS (w siedzibie Domu Kultury Polskiej, Naugarduko 76), AKADEMINE KNYGA (Universiteto 4), POLSKA GALERIA ARTYSTYCZNA „ZNAD WILII” (Isganytojo 2/4) 

W Polsce i Warszawie: w Domu Spotkań z Historią (Karowa 20), w księgarni im. B. Prusa (Krakowskie Przedmieście 7). Czasopismo wysyłamy pocztą.

Zamówić można mailem lub telefonicznie: 48 508764030 (w Polsce) i 370 68469052 (na Litwie). Informacja o naszych działaniach na www: facebook.com/znadwilii

Przypominam, że można zamówić numery archiwalne, roczniki, wydawnictwa z serii Biblioteka Znad Wilii.

Romuald Mieczkowski

  

Plakat

12. Konkurs na zbiór wierszy imienia Scherffera Von Scherfersteina

„O Syfon Scherfera” – Brzeg 2020

 

PATRON

Wenzel Scherffer von Scherffenstein – (ur. 1603 w Głubczycach, zm. 1674 w Brzegu) – niemiecki organista i poeta barokowy, poliglota, tłumacz, polonofil. Był uczniem kompozytora Matthausa Apellesa von Löwensteina. Jako organista działał w przyzamkowej kaplicy św. Jadwigi w Brzegu, jako poeta w 1653 został uhonorowany zaszczytnym tytułem Poeta laureatus. Jako tłumacz przekładał z języków łacińskiego i polskiego, na język niemiecki przełożył m.in. 138 fraszek Jana Kochanowskiego. Dzieła poetyckie wydawał w Brzegu, m.in. liczący 800 stron zbiór błyskotliwych, niestroniących od humoru wierszy „Geist – und Weltliche Gedichte”. Napisał również sporą ilość utworów okolicznościowych, w których posługiwał się także dialektem śląskim. Od 1631 roku aż do śmierci pozostał na usługach Piastów brzeskich.

REGULAMIN 

1. Klub Integracji Twórczych „Stowarzyszenie Żywych Poetów” z Brzegu ogłasza 12. KONKURS NA ZBIÓR WIERSZY. Konkurs ma charakter otwarty i może wziąć w nim udział każdy, kto zastosuje się do regulaminu. Nie ma ograniczeń wiekowych. 

2. Uczestnicy winni nadsyłać zestawy obejmujące nie więcej niż 45 utworów poetyckich, mieszczących się na nie więcej niż 54 stronach (nie licząc spisu treści i tytułowej), w 3 kopiach oraz na nośniku elektronicznym (płyta CD, pendrive).

3. Termin nadsyłania prac upływa dnia 15 września 2020, liczy się data stempla pocztowego. Zestawy prac należy nadsyłać na adres: K.I.T. „Stowarzyszenie Żywych Poetów”, Miejska Biblioteka Publiczna im. ks. Ludwika I, ul. Jana Pawła II 5 (NISZA), z dopiskiem „SYFON SCHERFFERA 2020”.

4. Zestawy prosimy opatrzyć godłem autora, a w osobnej kopercie oznaczonej tym samym godłem, przesłać szczegółowe dane autora.

5. Przez godło rozumie się jakikolwiek znak graficzny, słowo, logo lub alfanumeryczny symbol maskujący właściwą tożsamość autora. 

6. Utwory nadsyłane na konkurs nie mogą być wcześniej nagradzane w konkursach na tomik wierszy ani publikowane w drukach zwartych. Mogą być publikowane częściowo w drukach ulotnych, internecie, prasie lokalnej, radio i telewizji, prasie literackiej.

7. Nadesłane zestawy wierszy oceni jury w składzie: Ryszard Chłopek, Joanna Mueller, Radosław Wiśniewski.

8. Zgłoszenia nie spełniające regulaminowych wymogów będą dyskwalifikowane.

9. O wynikach konkursu laureat zostanie powiadomiony listownie, internetowo, telefonicznie lub w jakikolwiek inny skuteczny sposób.

10. Wręczenie nagrody finansowej oraz honorowej odbędzie się w trakcie 22. Konfrontacji Literackich Syfon w październiku 2020 roku.

11. Dodatkowe informacje można uzyskać na stronie profilowej Stowarzyszenia w serwisie www.facebook.pl oraz pod adresem e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

12. Nagrodzony tom wierszy zostanie opublikowany nakładem organizatora konkursu.

13. Organizator zastrzega sobie prawo do poczynienia drobnych zmian o charakterze redakcyjnym i korektorskim w nagrodzonym zestawie.

14. Organizator zastrzega sobie prawo rezygnacji z przyznania nagrody i rozstrzygnięcia konkursu w przypadku braku zestawów spełniających kryteria estetyczne i formalne lub z przyczyn od niego niezależnych.

 

  

Plakat

Paweł Kuszczyński

Przywoływanie pamięci

 

Siódmą książką o Wołyniu, postrzeganym głównie jako kraina dzieciństwa, wydaną przez oficynę Bonami jest autobiografia „Wołyńskie korzenie” autorstwa Jana Kuriaty.

Ta pozycja wydawnicza jest spełnieniem pragnienia znamionującego unikatowe kompetencje społeczne i emocjonalne edytora Mieczysława Kuczyńskiego, których wyraźnym potwierdzeniem są mądre i piękne słowa „Od Wydawcy”:  Gdy przed pięcioma laty szukałem ludzi sukcesu z naszego Wołynia, zwróciłem uwagę na postać Jana Kuriaty – generała dywizji Wojska Polskiego, urodzonego przed wojną we wsi Woronówka, w powiecie kostopolskim. Zainteresowały mnie jego losy i jego rodziny – przed wojną, w czasie wojny i po wojnie. Byłem ciekaw, jak do tego doszło, że swoją przyszłość związał z wojskowością, której poświęcił całe dojrzałe życie.

Poligrafia książki jest wzorowa, do lektury zachęca symbolicznie skomponowana okładka, rozdzielenie sylab w imieniu i nazwisku autora trafnie oddaje jego etapy w znaczącym życiu oraz zastosowanie czcionki typowej do adresowania skrzyń towarzyszących żołnierzowi przy jego licznych podróżach i przeprowadzkach.

Zdumiewać może to, że  wszyscy powojenni generałowie urodzili się tylko w jednym powiecie wołyńskim. Byli to – oprócz Jana Kuriaty – generałowie: Bronisław Kuriata  z Lewacz, Czesław W. Piotrowski z Huty Stepańskiej a także bracia Hermaszewscy z Lipnik, Władysław i Mirosław,  jedyny dotąd  polski kosmonauta.

Kuriatów żyło wielu na Wołyniu (nie tylko we wsi Woronówka). Osobiście znam poetę Czesława Kuriatę, absolwenta poznańskiej polonistyki, mieszkającego w Koszalinie.

Wołyń to region, który ma doprawdy unikatową historię: Polska wielokrotnie zabiegała o te urodzajne czarnoziemy. Także Litwa, Ruś Kijowska, Wielkie Księstwo Moskiewskie, Rosja carska i sowiecka. Były też okresy względnej niezależności, a nawet niepodległości Ziemi Wołyńskiej. Występowały w niej żywioły rusińskie (później ukraińskie), polskie, żydowskie, niemieckie i czeskie. Wyjątkowo niechlubną  kartą w historii Wołynia jest rok 1943, znaczony ludobójstwem dokonanym na Polakach (Lachach) przez Ukraińców działających w Ukraińskiej Powstańczej Armii a wcześniej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.

Nie można znaleźć usprawiedliwienia dla dokonanych wyjątkowo okrutnych zbrodni. Na haniebną postawę Ukraińców mogło  mieć wpływ nie zawsze właściwe postępowanie władz II Rzeczypospolitej wobec tej mniejszości narodowej oraz niezapewnienie obecności na konferencji pokojowej 12 października 1920 roku w Rydze strony ukraińskiej, reprezentowanej przez prawdziwy rząd Ukrainy na czele z atamanem Symonem Petlurą – lojalnym sprzymierzeńcem Polski w wojnie z nawałą sowiecką.

W latach 1939-1945 Wołyniacy, jak i pozostali ludzie  Kresów byli zmuszeni przeżywać trzykrotnie tragedię okupacji, dokonywanych przez najeźdźców: radzieckich 17 września 1939 roku, niemieckich w czerwcu 1941 roku oraz ponownie sowieckich w sierpniu 1944 roku. To spowodowało, że nastawione patriotycznie dzieci i młodzież miały bolesne dzieciństwo i młodość, obcując na co dzień w swoich sponiewieranych rodzinach.

Autor dorastał w tych trudnych latach.  Opowieść swą rozpoczął od pokazania pracowitości i niezłomnych cech charakteru tamtejszych ludzi, które pozwoliły jego rodzicom na szybkie usamodzielnienie się od pomocy dziadków. W ciągu dwóch lat zbudowali dom i pomyślnie zorganizowali własne gospodarstwo na kilku hektarach pól i łąk. Od najmłodszych lat autor   angażowany był do pracy w domu i zagrodzie. Gdy trochę podrósł, chodził  z ojcem w pole.

Oprócz pracy na roli ojciec uczył swoich chłopców umiłowania ojczyzny. Tłumaczył im, co to jest naród i ojczyzna, uczył że należy ją kochać i jej służyć. Ojciec zawsze zwracał uwagę na  solidność, rzetelność w codziennym życiu i szacunek dla innych ludzi.

Wszczepił też  swojej rodzinie kult dla wojska i żołnierskiego rzemiosła.  Dobrze wspominał swój czas służby wojskowej, szanował swojego dowódcę, i dawał za wzór swoim synom. Często śpiewał wojskowe pieśni patriotyczne, a chłopcy mu wtórowali.

Gdy przyszła wojna, do codziennych obowiązków  autora doszła troska o bezpieczeństwo, a nawet i życie młodszych braci. Był wsparciem dla swoich rodziców, którzy w warunkach brutalnej okupacji i ukraińskiego bestialstwa, desperacko starali się zapewnić materialny  byt swoim dzieciom.

Po przyjeździe na Dolny Śląsk  jako nastoletni młodzieniec nadal był podporą swoich rodziców. Nie stronił od wszelkich  prac gospodarskich. Był pracowity, rzetelny, uczciwy i sprawiedliwy. Jego prawdomówność przysparzała mu trochę kłopotów na początku jego drogi zawodowej. Ale dzięki pracowitości, wytrwałości, sumienności i uporowi chłopskiego dziecka w realizowaniu celów mogła przyjść kariera (tak, na pewno!), kariera wojskowa. Generałami zostają nieliczni. Stąd zatem szczególnie interesujący jest moment, w którym Jan (Kuriata) stał się naprawdę Kimś:  dowódcą Śląskiego Okręgu Wojskowego, dowódcą Warszawskiego Okręgu Wojskowego, i na końcu, po transformacji ustrojowej  wiceministrem obrony narodowej. Chciałoby się poznać sposoby radzenia sobie na takich stanowiskach z tak zwanymi czynnikami partyjnymi, a konkretnie z komitetami wojewódzkimi i komitetem centralnym PZPR. Także czytelników zapewne zainteresowałyby kontakty z „towarzyszami radzieckimi” (nie tylko w czasie studiów w Moskwie).

Widoczne jest rozżalenie autora, brakiem zainteresowania aktualnego kierownictwa wojskowego byłymi dowódcami, z których wiedzy i doświadczenia można byłoby korzystać. Przy tej okazji warto  zapytać, czy autor pełniąc wysokie stanowiska korzystał z takiej sposobności.

Reasumując, trzeba na koniec  podkreślić, że książka Jana Kuriaty to wyjątkowo ciekawa pozycja beletrystyczna, w której obok wiedzy merytorycznej o losach wyróżniającego się Wołynianina, dzielnego w trudnych latach dzieciństwa, odpowiedzialnego  w młodości oraz owocnej dojrzałości, zakończonych znaczącym awansem wojskowym znaleźć można wiele  wartościowych przesłań patriotycznych, ważnych dla współczesnego młodego pokolenia.

Autor ukazał cechy charakteru, które przynieść mogą uznanie i satysfakcję z pracy, pojmowanej jako służba , a nawet karierę. Książka wskazuje na wielkie znaczenie więzi międzypokoleniowych w życiu człowieka. Zatem warto przeczytać książkę Jana Kuriaty.

Paweł Kuszczyński

__________

Jan Kuriata, Wołyńskie korzenie. Wydawnictwo Bonami, Poznań  2020, s. 224.

 

  

Plakat

Irena Kaczmarczyk

Dotrzeć do pestki. Zapiśnik Józefa Barana czyli „Stan miłosny... przerywany”

 

Dzienniki. Od zawsze lubiłam je czytać, podobnie jak biografie, pamiętniki, listy. Bo poszerzają intelektualne horyzonty, bo pozwalają przyjrzeć się twórcy, zauważyć, jak postrzega rzeczywistość, co z niej wyłuskuje, z czego buduje swoje ego, co czyta, kogo ceni i za co, i mogłabym tu jeszcze wyliczać, wyliczać...

Czytanie dzienników to swoista podróż z autorem, wspólne dźwiganie bagażu, który przecież towarzyszy każdej podróży, tej w realu, jak również tej prowadzącej w głąb – do pestki duszy.I ta, docierająca do pestki, bardziej mnie interesuje. Bo ona dopowiada to, czego w pobieżnej rozmowie czy w zewnętrznej wędrówce wspólnym traktem nie jesteśmy w stanie odkryć. Dlatego też z ciekawością wybieram się w taką podróż. I już od pierwszego kroku (czyt. zdania), od pierwszej strony wiem, jaka to będzie wędrówka: płaska, nużąca, czy też ekscytująca, pełna przystanków, oczarowań, olśnień, zadziwień...

Biorąc do ręki zapiśnik Józefa Barana „Stan miłosny... przerywany”, nie miałam wątpliwości, że czeka mnie nie tylko długi i fascynujący spacer po świecie literatury, ale też spacer do wspomnianej wyżej pestki, z przystankami na odautorskie komentarze, refleksje, rozważania krążące nieustannie wokół ważnego pytania: czym jest poezja, co jest istotą dobrego wiersza? A znając krakowskiego poetę, dziennikarza ze spotkań autorskich, z jego przez całe lata redagowanego w „Dzienniku Polskim” Wierszowiska wiedziałam, że będą to pełne mądrego humoru i z pazurem dziennikarskim opisane fakty, zdarzenia, refleksje.

Muszę przyznać, już sam tytuł dziennika mnie zaczepił. „Stan miłosny...przerywany”. I ten rzadko używany dziś, czeskiego pochodzenia rzeczownik zapiśnik, użyty w podtytule książki.Poza tym, miałam za sobą przeczytane wcześniej dzienniki: Koncert dla nosorożca (2005), Przystanek Marzenie (2008) i fragmenty Spadając, patrzę w gwiazdy (2013), w których znalazły się zapiski z lat 2008-2012.

Już po otwarciu książki, liczącej 430 stron zaskoczył mnie pomysł prezentacji wiersza „Żyję”, który znalazł się nietypowo na odwrocie karty tytułowej (redakcyjnej). Rękopis wiersza w pięknym zapisie graficznym rozgościł się na całej płaszczyźnie białej kartki. Z trudem wkomponowały się w przestrzeń utworu pieczątki i numer inwentarza Biblioteki Jagiellońskiej. A potem zachowana już chronologia zapisków; wyodrębniony rok 1979, 1988 i okres obejmujący lata 2013-2018. Data końcowa sugeruje, iż zapewne ciąg dalszy nastąpi, na co wierni czytelnicy z niecierpliwością będą czekać, a ja, już ustawiam się w kolejce.

Pierwszy zapisek Józefa Barana jest opatrzony datą 17 stycznia. No cóż, data jak data, ale od razu zatrzymał mnie wywód: [...] Moje trzydzieste drugie urodziny. Wchodzę w wiek Chrystusowy... Przez chwilę myślę o Chrystusie, który gotował się już do największego dzieła. [...] Myślę, że Ci którzy zamierzają długo jeszcze żyć po trzydziestym drugim roku życia, a są poetami z natury – mają trudne zadanie. Szaleństwo mieszać z rozsądkiem, marzenie z realizmem – w sposób proporcjonalny, żeby jedno nad drugim nie przeważało...Za dużo szaleństwa – człowiek się wypala. Za dużo rozsądku – kończy się poeta. Spacer po linie, bardzo niebezpieczny. Wybieram jednak ten spacer.

I wybrał, oferując czytelnikom setki wierszy, bo Józef Baran jest twórcą niestrudzonym. Nawet doświadczony poważną chorobą, nie przestaje pisać, zaskakując bystrością obserwacji, świeżością przekazu. Jego poezja, proza, krytyka literacka po prostu smakuje. Jest roziskrzona metaforą, dowcipem, jest barwna, dźwięczna, chociaż niekiedy zdolna ugodzić i dotkliwie zranić. Nacechowany emocjami język nie pozwala czytelnikowi na nudę. Schwytany w uwodzicielską sieć narracji, nawet nie usiłuje odłożyć lektury na później.

Ja też dałam się uwieść (nie pierwszy raz zresztą) i w skupieniu odbyłam z autorem literacką podróż, aż do mety. Podróż na wskroś poetycką, bowiem każde nieomalże wydarzenie jest w zapiśniku pretekstem do rozważań o poezji, bądź owocuje wierszem. Józef Baran nie traktuje dużych czy też małych podróży płytko. Obserwacje obcych krajów, a zwiedził sporo świata, pobudzają poetę do refleksji, porównań. Bo weźmy zmetaforyzowany wywód: Polska jest wciąż młodym obiecującym poetą – niespełnionych nadziei, oślepłych jasnowidzeń, niedorozwiniętych skrzydeł – aspirującym do wielkości, choć po cichu zazdrości spełnionym, „dojrzałym” krajom. Wciąż wychodzimy z siebie, lecz rzadko kiedy dochodzimy do celu... Trwamy w zawieszeniu.

W najnowszym zapiśniku Józef Baran zamieszcza sporo wierszy, ba, nawet cytuje swoje pomysły na wiersze, czy też króciutkie poetyckie szkice; cytuje również cudze utwory, które ceni, bo trzeba wiedzieć, iż autor dzienników jest wysoce wybredny i zna się na dobrej poezji.

Zapiśnik roi się od wspaniałych cytatów zapożyczonych z multum przeczytanych przez Józefa  Barana książek, z wypowiedzi twórców polskich i obcych, z którymi poeta albo się przyjaźni, albo też koresponduje, przeprowadza wywiady. Poeta jest chłonny wiedzy, ciekawy opinii innych znawców literatury. I, zawsze ma odwagę wypowiedzieć własne zdanie. Często krytyczne; niekiedy powie ostro, czasem zadziornie, czy kpiąco. Tak, tak (!), ale to przecież zapiśnikowi dodaje smaku, jak pieprz do kurkumy.

Józef Baran od zawsze był poetą ambitnym. Na wątpiące stwierdzenie polskiego pisarza Wojciecha Żukrowskiego, odnoszące się do wiejskiej arkadii w jego pierwszych tomikach, odpowie: A może jednak uda mi się do końca moich dni sprostać czasom, światkując im za pośrednictwem kruchej, pięknej dmuchawcowej liryki, która okaże się najlepszym materiałem i narzędziem opisu życia. A czemuż by nie?  Krucha, dmuchawcowa liryka (cudownie powiedziane!). Niejeden poeta od niej zaczyna, chociażby pisząca te słowa. Ale czy mamy wstydzić się wrażliwości? Siebie?

Zapiśnik Józefa Barana czyta się jednym tchem. Czyta się z przyjemnością, a nawet z... zazdrością. Nie bez powodu, recenzując „Stan miłosny... przerywany” utalentowany młody krakowski krytyk literacki Michał Piętniewicz napisał, iż Józef Baran posiada srebrny talent. Tak! Srebrny talent. Posiada.

Język Józefa Barana jest osobny. Nie do podrobienia. Tak w poezji, jak i w prozie. Poeta ma dużo do powiedzenia. Buduje swój literacki imagine poprzez aktywność w środowisku literackim, jak również czytanie dobrych książek z literatury rodzimej i obcej. Na kartach dziennika pisze: Miałem w życiu wiele literackich miłostek i miłości: Jesienin, Leśmian, Gombrowicz, Schulz, Nowak, Harasymowicz, Herbert, Rilke, Joseph Roth, Masters, Emily Dickinson, Kawatis, Staff, Pawlikowska-Jasnorzewska, Szymborska, Myśliwski, Sándor Márai,, Thomas Bernhard...

Autor zapiśnika dba o dobre kontakty. Jest obecny na znaczących Festiwalach Literackich w różnych krajach Europy, Ameryce, Australii. Juroruje licznym konkursom literackim, jest nieustannie zapraszany na spotkania autorskie. Jest to dla niego codzienność. Sam przecież powie w którymś momencie, że żyje jak wiatr, odbywając np. w ciągu pięciu dni spotkania autorskie w Warszawie, Sandomierzu, Rzeszowie, pałacu Myśliwskim w Julinie, Leżajsku, Kolbuszowej i w Krakowie. Poeta ceni sobie to „rozchwytywanie”, czerpie z niego wiele poprzez kontakty z wyjątkowymi ludźmi pióra: poetami, prozaikami, krytykami; owocują one długoletnimi przyjaźniami, chociażby z Arturem Sandauerem (odkrywcą Poety Józefa Barana). Z wieloma prowadzi korespondencję. Korespondencja z Mrożkiem zaowocowała przecież wydaniem książki Scenograf od wieczności. Listy ( 2014), o której napisał pięknie na łamach „Dziennika Polskiego” Wacław Krupiński: Komu jeszcze było dane mieć w młodości mentora, a z czasem partnera Mrożka i dostać od niego błyskotliwą pochwałę; że „nie robisz z gęby pióropusza, z mózgu sałaty, z życia hecy”.  

Autor dziennika jest wymagającym odbiorcą sztuki, nie zawęża swoich zainteresowań do poezji, zachwyca się dobrym malarstwem, muzyką; powie: Gdybym – nie daj Boże! – był dyktatorem, karałbym mandatami za ziewanie przy obrazach Van Gogha i Makowskiego... za niewrażliwość na kwartety Schuberta i wobec metafor Leśmiana, a nawet Barana (dlaczego nie?). Nagradzałbym marzycieli mających piękne marzenia i idących za nimi, a karałbym bezlitośnie tępych pełzaczy za brak wyobraźni... Ale Józef Baran nade wszystko jest... poetą. Wyznaje na łamach zapiśnika: ...wielkie katedry powieściowe... bardziej narażone są na runięcie... gdy powieją wiatry historii, niż malutkie wiersze, ważki, które mają większe szanse uchronić się, jakoś frunąć z tym wiatrem, poddać się mu i przetrwać. I jak nie zachwycać się Baranem, który wiersz porównuje do ważki? Stosowane często przez  poetę  wielokropki otwierają czytelnikowi furtkę na własne domyślenia, dopowiedzenia. Pozwalają  współrozmyślać, współkomentować, nieomalże współpisać.

Nie sposób przywołać wszystkich pomieszczonych w dzienniku rozważań dotyczących poezji, samej istoty pisania wierszy, ale kilka z nich warto zacytować a nawet zapisać w osobistym notatniku: Wiersz dzieje się jakby w powietrzu, nie musi mieć trwałego zakotwiczenia w realności, choć wynika z realności, nie musi stać nogami na ziemi, na fundamentach, nie chodzi na piechotę, a raczej frunie, przeskakuje, albo raczej przefruwa z odległego skojarzenia w odległe skojarzenie – jak iskra, jak małpka kapucynka, jak ptak. Wiersz może dziać się tu i wszędzie, i nigdzie jednocześnie. Odsyła naszą wyobraźnię, naszą wrażliwość do czegoś, czego nie da się właściwie wyrazić słowami prozy, ale co jest ważne, jak nastrój, klimat, uczucie, tęsknota. Oczywiście istnieje też poezja innego rodzaju, bliska prozie, bliska aforyzmowi, dążąca jednak do skrótu, definiująca, zamykająca definiowalną przestrzeń a nie otwierająca na Tajemnicę (np. Bursa, Różewicz).Bo oczywiście nie ma jednej recepty na poezję.

Albo: Nie jest ważne, prostota, długość, krótkość wiersza, tylko z jakiego materiału słownego jest to uszyte, i jak skrojone, czy tandetnie i chaotycznie, czy gustownie, odkrywczo, oryginalnie. Mówi się przecież „szlachetna prostota” i „prostacka prostota”. Poezja nie jest tylko sprawą mózgu (rozumianego potocznie), ale też na pewno, może przede wszystkim  sprawą serca i jaj i wrażliwości i wyobraźni.

Ciekawe są odpowiedzi Józefa Barana zaczerpnięte z wywiadu przeprowadzonego podczas choroby przez krakowskiego poetę, dziennikarza Jakuba Ciećkiewicza. Na zadane pytanie: Kim jest poeta? Józef Baran odpowie: Jest normalnym, zwyczajnym człowiekiem, jak ja, jak ty, jak inni. Nie cierpię pozerów, „ufryzowanych artystów”. Wkłada taki na łeb arabski fez, zawiązuje wokół szyi hinduski szalik, nosi koszulę w kwiaty i kolorowe buty. Siada w oknie kawiarni, pali fajkę, ludzie go oglądają i mówią – patrzcie, poeta!{...} wiesz, myślę, że ten „wewnętrzny”człowiek, który gdzieś tak ukrywa się w poecie, jest dużo mocniejszy i ważniejszy przy pisaniu od „zewnętrznego.

A sam wiersz, jako utwór, cudownie porówna do samolotu: Wiersz ma startować jak samolot, najpierw toczy się po ziemi, trzymając się pasa, potem wzbija się w górę i leci w przestworza, w wysoki styl.

I jeszcze jeden cytat, który należałoby zapamiętać i koniecznie zapisać: Poeta nie zaczyna się wtedy, kiedy napisze wiersz czy tomik. Tylko wtedy, gdy ułoży ze słów całe gospodarstwo czy księstwo wyobraźni, gdzie architektura jest doskonale zakomponowana, są ogrody, sąsiedzi... I nie tylko te wypowiedzi Józefa Barana są warte zapisania. Ale, czy tylko zapisania? Uważam, że „Stan miłosny...przerywany” powinien posiadać w swoim księgozbiorze podręcznym każdy poeta, nie tylko początkujący, ale także ten, który interesuje się słowem pisanym. Bo jest to – moim zdaniem – znakomity przewodnik literacki, napisany nieszablonowym, żywym, często dosadnym językiem. Autor z polotem definiuje istotę poezji, jak również podsuwa czytelnikowi wartościowe utwory wybitnych twórców polskich i światowych.

No cóż, moja podróż, zaproponowanym przez krakowskiego poetę szlakiem, zmierza ku mecie. Tak. Odczuwam pewien niedosyt. Chociażby zasygnalizowania faktów, jak przekazanie Bibliotece Jagiellońskiej przez Józefa Barana cennych dokumentów literackich, jak fascynacja (również moja) twórczością wybitnego węgierskiego pisarzaMárai Sándora, jak cenne  przyjaźnie: z Anną Dymną, śp. profesorem Markiem Karwalą czy szwedzkim Noblistą Tomasem Tranströmerem. I wreszcie, nie wspomniany przeze mnie wstrząsający epizod (daj Boże, by to był tylko epizod) dotyczący poważnej choroby, której poeta poświęca dużo miejsca w końcowej części zapiśnika.

Józef Baran podczas terapii wyznaje: moje lotki przycięte [...] mam skrzydła przestrzeni skrępowane...,  jestem jednak pewna, iż po pokonanej chorobie, chociaż świadom zwolnienia tempa, na pewno wyznaczy kolejny poetycki szlak, którym poszybujemy w wysoki styl i dotrzemy do samej... pestki. I tego należy krakowskiemu autorowi trzydziestu książek, Mistrzowi barwnego języka życzyć!

Irena Kaczmarczyk

__________ 

Józef Baran, Stan miłosny... przerywany. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019,  s. 430.

 

Szukaj

Tłumacz

Statystyki

Odsłon artykułów:
1270228

Licznik odwiedzin

1267951
DziśDziś56
WczorajWczoraj394
W tygodniuW tygodniu2490
W miesiącuW miesiącu12476
ŁącznieŁącznie1267951