Nowości książkowe

 

Plakat
Andrzej Dębkowski 

 

Ludzie, po których zostają góry

 

Są takie telefony, których człowiek nigdy nie chciałby odebrać. Są takie wiadomości, które w jednej chwili zatrzymują czas, odbierają mowę i każą długo patrzeć w milczeniu przed siebie. Tak było i tym razem. Kiedy dotarła do mnie wiadomość o Andrzeju Krzysztofie Torbusie, przez dłuższą chwilę nie potrafiłem uwierzyć. Przecież jeszcze tak niedawno rozmawialiśmy. Jeszcze tak niedawno wymienialiśmy maile. Jeszcze tak niedawno wspominaliśmy ludzi, których już z nami nie ma, jakbyśmy naiwnie wierzyli, że nam samym dano jeszcze wiele wspólnych lat.
Nie było. Andrzej zmarł 27 lipca 2026 roku... w Krakowie... Miał 76 lat.

Odchodzą poeci. Odchodzą przyjaciele. Odchodzą ludzie, którzy przez dziesięciolecia tworzyli krajobraz naszego życia. A wraz z nimi odchodzą miejsca, rozmowy, śmiech, wspomnienia i ten szczególny rodzaj ciepła, którego nie da się już odnaleźć w nikim innym.

Z Andrzejem znaliśmy się ponad trzydzieści pięć lat. To nie była znajomość z literackiego salonu ani przypadkowa relacja z kilku festiwali. To była przyjaźń budowana przez dziesiątki spotkań, setki rozmów telefonicznych, niezliczone wiadomości, wspólne biesiady, także przy wódce, dyskusje o poezji, o Polsce, o górach, o ludziach. Przyjaźń, która dojrzewała powoli, bez deklaracji, za to z ogromnym zaufaniem.

Poznaliśmy się w Ciężkowicach. Jakże odległy wydaje się dziś tamten czas. Byliśmy młodsi, pełni literackich marzeń, przekonani, że poezja może jeszcze zmieniać świat. Wokół kręcili się poeci z całej Polski. Wśród nich Henio Cyganik, Staś Franczak i Andrzej Torbus. Już po kilku godzinach rozmów wiedziałem, że spotkałem człowieka niezwykłego. Nie dlatego, że imponował erudycją. Nie dlatego, że miał za sobą sukcesy, których przecież nie brakowało. Urzekł mnie czymś znacznie cenniejszym – swoją prostotą. Był jednym z tych ludzi, którzy nie noszą masek.
Nie udawał wielkiego poety, choć nim był. Nie budował dystansu, choć mógł. Nie otaczał się murem własnej legendy. Siadał obok człowieka i rozmawiał tak, jakby znali się od dzieciństwa.
Już wtedy pomyślałem, że to ktoś, z kim warto iść przez życie. Nie pomyliłem się.

Przez następne dziesięciolecia nasze drogi przecinały się nieustannie. Spotykaliśmy się na festiwalach, konkursach poetyckich, promocjach książek, wieczorach autorskich i zjazdach Związku Literatów Polskich. Czas płynął, zmieniały się miejsca, zmieniali się ludzie, ale Andrzej pozostawał taki sam. Pogodny. Dowcipny. Serdeczny. I niewiarygodnie dobry. Do dziś nie potrafię przypomnieć sobie sytuacji, w której odmówiłby komuś pomocy. Nigdy nie słyszałem z jego ust pogardy wobec młodych poetów. Nie wyśmiewał debiutantów. Nie zazdrościł sukcesów kolegom. Umiał cieszyć się cudzym szczęściem, a to przecież jedna z najrzadszych cech ludzi naprawdę wielkich. Kiedy dzwonił telefon i na wyświetlaczu pojawiało się jego nazwisko, wiedziałem, że czeka mnie dobra rozmowa. Nigdy krótka i zawsze pełna humoru, często rubasznego...

Rozmowy z Andrzejem miały własny rytm. Zaczynały się od zwyczajnego: „Co słychać?”, a po kilku minutach byliśmy już w Beskidzie lub pod bieszczadzkim niebem, przy Harasymowiczu, przy starych poetach, przy nowych książkach, przy sprawach Związku Literatów Polskich, przy polityce, przy codzienności, przy rodzinie. Potrafiliśmy rozmawiać godzinami. Takich rozmów nie zapisuje żadna historia literatury. One istnieją tylko w pamięci przyjaciół. I dlatego są bezcenne.

Jeszcze więcej było maili. Czasem krótkich. Czasem długich jak eseje. Wysyłaliśmy sobie wiersze. Czytaliśmy wzajemnie swoje teksty. Komentowaliśmy książki. Dyskutowaliśmy o autorach. Bywało, że nie zgadzaliśmy się ze sobą, ale nigdy nie przestawaliśmy się słuchać. To była rozmowa ludzi, którzy naprawdę kochali literaturę. Kiedy przyjeżdżałem do Krakowa, niemal zawsze znajdowaliśmy czas, żeby spotkać się w „Pod Jaszczurami”. Dzisiaj wielu młodych ludzi nie rozumie już, czym były takie miejsca. To nie był zwykły klub. To był fragment historii polskiej kultury. Siadaliśmy przy piwie. Czasem było nas kilku, czasem tylko we dwóch. Rozmowy trwały długo, czasami za długo... Nie spieszyliśmy się. Każda anegdota prowadziła do następnej. Każde wspomnienie otwierało kolejne drzwi pamięci.

Andrzej miał niezwykły dar opowiadania. Potrafił zwyczajną historię zamienić w małą balladę. Nie wiadomo było, gdzie kończy się fakt, a zaczyna poezja. Ale właśnie taki był. Nawet w codzienności widział coś więcej niż inni. Miał duszę bajarza, wyobraźnię dziecka, serce człowieka, który nigdy nie przestał się zachwycać światem. Pamiętam nasze rozmowy o Jerzym Harasymowiczu. Dla obu był kimś więcej niż tylko poetą. Był punktem odniesienia, był mistrzem. Po jego odejściu długo zastanawiałem się, kto potrafi przejąć ten niezwykły sposób patrzenia na krajobraz. Kto umie słuchać drzew, gór, rzek i wiatru, kto potrafi pisać o przyrodzie tak, żeby nie była dekoracją, ale bohaterem. Zawsze wracałem do jednego nazwiska –
Andrzej Krzysztof Torbus. Dla mnie właśnie on stał się najwybitniejszym polskim poetą pejzażu po śmierci Jerzego Harasymowicza. Nie dlatego, że próbował go naśladować. Nigdy tego nie robił. Był zbyt mądrym poetą. On po prostu odnalazł własną ścieżkę prowadzącą przez te same góry. Szedł nią spokojnie. Bez hałasu, bez literackiej reklamy, bez potrzeby udowadniania komukolwiek swojej wielkości. A przecież był wielki. Naprawdę wielki.

 

Był poetą osobnym. W czasach, kiedy wielu autorów za wszelką cenę próbowało zaskoczyć czytelnika formalnym eksperymentem, epatowało intelektualnymi łamigłówkami albo zamykało poezję w hermetycznych konstrukcjach zrozumiałych wyłącznie dla wąskiego grona wtajemniczonych, Andrzej szedł własną drogą. Nie oglądał się na mody. Nie interesowały go literackie sezonowe zachwyty ani środowiskowe układy. Wiedział, że poezja ma przede wszystkim mówić do człowieka. I mówiła. Mówiła językiem prostym, ale nigdy prostackim. Pełnym metafor, lecz nigdy wydumanych. Pięknym, lecz pozbawionym sztucznej ozdobności. W jego wierszach wszystko miało swoje miejsce. Każde słowo było przemyślane, każde porównanie wyrastało z doświadczenia, a każda metafora zdawała się rodzić z krajobrazu, który nosił w sobie od zawsze. Był prawdziwym sztukmistrzem metafory. Niewielu poetów potrafiło tak żonglować obrazami, nie popadając przy tym w przesadę. U Andrzeja metafora nigdy nie była popisem. Była naturalnym oddechem poezji. Czytając jego wiersze, miałem wrażenie, że świat naprawdę wygląda właśnie tak, jak go opisał. Jakby drzewa mówiły jego językiem, jakby potoki znały jego rytm, jakby góry od wieków czekały właśnie na niego, aby ktoś wreszcie oddał im głos.

Po śmierci Jerzego Harasymowicza wielu próbowało wejść w przestrzeń poezji pejzażowej. Jedni kopiowali jego sposób obrazowania, inni zachwycali się powierzchownym podobieństwem. Andrzej nie zrobił ani jednego, ani drugiego. On nie szedł śladami Harasymowicza. On odnalazł własną ścieżkę prowadzącą przez Beskidy, Bieszczady, połoniny i doliny, których piękno nosił w sercu. Nie dlatego, że pisał o górach. Wielu pisze. On sprawiał, że góry same zaczynały pisać. W jego balladach wiatr miał twarz starego wędrowca, mgła stawała się pamięcią minionych pokoleń, kamienie przechowywały ludzkie sekrety, a drzewa pamiętały imiona tych, którzy dawno odeszli. To była poezja zakorzeniona w naturze, ale jednocześnie głęboko humanistyczna. Człowiek nigdy nie dominował w niej nad światem. Był tylko jego częścią. Dlatego jego utwory tak pięknie odnajdywały się również w piosence.

Nie dziwiło mnie nigdy, że po jego teksty sięgali wykonawcy, że zdobywały nagrody na Studenckiej Giełdzie Piosenki Turystycznej, że rozbrzmiewały w Opolu i na niezliczonych festiwalach. W jego słowach od początku była muzyka. Nie ta zapisana w nutach, lecz ukryta w rytmie zdań, w oddechu wersów, w pulsowaniu języka. A przecież obok poezji pisał także prozę, książki dla dzieci, teksty piosenek. Był twórcą wszechstronnym, ale nigdy nie odnosiłem wrażenia, że chce cokolwiek komukolwiek udowodnić. Tworzył, bo nie potrafił nie tworzyć. Tak właśnie rozumiał literaturę. Nie jako zawód, nie jako drogę do sławy, lecz jako sposób życia. Bardzo często wracam myślami do naszych spotkań w Krakowie. Ileż razy umawialiśmy się właściwie bez planu. „Jestem w mieście” – pisałem albo dzwoniłem. „To chodźmy do Jaszczurów” – odpowiadał niemal natychmiast. I szliśmy. Nie pamiętam już nawet, ile piw wspólnie wypiliśmy. Nie pamiętam wszystkich tematów rozmów, ale pamiętam atmosferę. Pamiętam ten niezwykły spokój, który od niego emanował. Pamiętam śmiech. Pamiętam błysk w oczach, kiedy opowiadał kolejną historię. Pamiętam jego serdeczność wobec kelnerów, przypadkowo spotkanych ludzi, młodych poetów, którzy z nieśmiałością podchodzili się przywitać.

Nigdy nikogo nie zbywał, nie dawał odczuć, że jest od kogokolwiek ważniejszy. Właśnie dlatego był ważny. Był człowiekiem, który nie nosił w sobie cienia pychy. To dziś cecha niemal wymarła. Im bardziej ktoś staje się rozpoznawalny, tym częściej zaczyna wierzyć we własną wyjątkowość. Andrzej zachował niezwykłą pokorę. Może dlatego, że wiedział, iż wobec gór wszyscy jesteśmy mali. Może dlatego, że literatura nauczyła go słuchać bardziej niż mówić.

Ostatni raz spotkaliśmy się podczas mojego wieczoru autorskiego w Klubie Dziennikarza „Pod Gruszką”. Dzisiaj wracam do tamtego spotkania z ogromnym wzruszeniem. Wtedy wydawało się jednym z wielu. Dziś wiem, że każde wspólne spotkanie jest darem, którego wartości człowiek najczęściej uświadamia sobie dopiero po czasie. Rozmawialiśmy jak zawsze. Bez pośpiechu, bez wielkich słów. Śmialiśmy się. Planowaliśmy kolejne spotkanie, bo przecież zawsze wydaje się nam, że czasu będzie jeszcze dużo, że zdążymy, że jeszcze nie raz usiądziemy przy tym samym stoliku, że może jeszcze zadzwoni telefon, jeszcze przyjdzie mail z nowym wierszem. Życie jednak nie pyta nas o zgodę. Pisze własne zakończenia. I właśnie z tego powodu tak bardzo boli świadomość, że pewnych rozmów już nigdy nie dokończymy.

 

Coraz częściej łapię się na tym, że zamiast mówić o teraźniejszości, opowiadam o ludziach, których już nie ma. Jakby moja pamięć stawała się coraz obszerniejszą biblioteką, a półki z napisem „obecni” kurczyły się z roku na rok. Otwieram kolejne tomy wspomnień i widzę twarze. Słyszę głosy. Wracają miejsca, zapachy, gesty. Wśród nich zawsze jest Andrzej. Nie jako pomnik,
nie jako nazwisko z encyklopedii, nie jako laureat konkursów, autor tomików, twórca piosenek czy współzałożyciel legendarnej Grupy Poetyckiej „Tylicz”. Widzę przede wszystkim człowieka.
To właśnie człowiek jest największym dziełem swojego życia. Można napisać setki wierszy. Można zdobyć najważniejsze nagrody. Można przejść do historii literatury. A jednak po latach najczęściej pamięta się nie książki, lecz dobroć. Nie recenzje, lecz uśmiech, nie tytuły, lecz serdeczność. Takiego Andrzeja zapamiętam. Człowieka, który nigdy nie odmawiał rozmowy, który miał czas dla ludzi, który nie pytał, co zyska, ale co może ofiarować, który potrafił słuchać z taką samą uwagą debiutanta, jak słuchał uznanego poety, który nigdy nie zamknął się we własnej legendzie.

Dzisiaj takich ludzi jest coraz mniej. Świat stał się głośniejszy, bardziej nerwowy, bardziej zachłanny. W literaturze także coraz częściej zwycięża krzyk zamiast skupienia, autopromocja zamiast pokory, efekt zamiast prawdy. Andrzej należał do innego pokolenia. Do ludzi, którzy wierzyli, że najpierw trzeba być przyzwoitym człowiekiem, a dopiero później poetą. I może właśnie dlatego jego poezja nigdy się nie zestarzeje, bo była prawdziwa, nie powstała z mody, nie próbowała nikomu przypodobać się za wszelką cenę. Była wierna sobie. Tak jak wierny sobie był jej autor. Nie zapomnę jego uporu w podkreślaniu, że urodził się w Sosnowcu i że jest z Zagłębia, a nie ze Śląska. Mówił o tym z charakterystycznym uśmiechem, ale i z przekonaniem człowieka mocno zakorzenionego w swojej małej ojczyźnie. Potem przyszły studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, Kraków, środowisko literackie, Grupa „Tylicz”, kolejne książki, kolejne spotkania z czytelnikami. A jednak nigdy nie odciął się od swoich korzeni. Nosił je w sobie z dumą i z czułością. Zawsze podziwiałem tę wierność. Może dlatego jego wiersze miały w sobie tyle autentyzmu. Nie pisał o świecie wyobrażonym. Pisał o świecie przeżytym. I właśnie dlatego potrafił poruszać. Wiem, że jeszcze nieraz będę odruchowo chciał do niego zadzwonić, że kiedy zobaczę piękną połoninę, beskidzki las, mgłę osiadającą na dolinie albo jesienne buki płonące czerwienią, pomyślę: „To jest pejzaż dla Andrzeja”. Będę chciał wysłać mu zdjęcie, dopisać kilka zdań, zapytać, co właśnie pisze, a potem przypomnę sobie, że nie każda rozmowa może mieć ciąg dalszy, że nie każda przyjaźń kończy się kolejnym spotkaniem. Niektóre kończą się pamięcią, ale pamięć także potrafi być formą obecności. Dopóki wspominamy ludzi, którzy byli dla nas ważni, dopóty oni naprawdę nie odchodzą. Zostają w naszych gestach, w naszych słowach, w sposobie patrzenia na świat. Ile razy dziś zatrzymuję się nad wierszem o górach, tyle razy słyszę gdzieś w tle głos Andrzeja. Nie dlatego, że go naśladuję. Dlatego, że nauczył mnie patrzeć uważniej. Patrzeć nie tylko na krajobraz, ale patrzeć na człowieka.

Myślę dzisiaj również o całym naszym pokoleniu. O poetach, z którymi przemierzałem Polskę od festiwalu do festiwalu, od domu kultury do domu kultury, od biblioteki do biblioteki. Jak wiele twarzy zniknęło już z tej drogi – to już idzie w dziesiątki...  Każde odejście pozostawia pustkę, której niczym nie można wypełnić. Literatura trwa. Książki zostają. Ale przyjaźni nie da się dodrukować. Nie można wznowić wspólnej rozmowy,  można dopisać kolejnego wieczoru przy piwie w „Pod Jaszczurami”, nie można cofnąć czasu. Można tylko dziękować.

Dziękuję Ci więc, Andrzeju, za te wszystkie lata. Za rozmowy, które często były ważniejsze niż niejedna konferencja literacka, za telefony, które poprawiały humor, za maile, które przychodziły zawsze w odpowiednim momencie, za spotkania w Krakowie, za Ciężkowice, za Zelów, za wspólne wieczory autorskie, za śmiech, za anegdoty, za Twoją dobroć, za życzliwość, za skromność, za niepowtarzalne poczucie humoru. Dziękuję za to, że nigdy nie musiałem się zastanawiać, czy mogę do Ciebie zadzwonić. Wiedziałem, że po drugiej stronie zawsze będzie przyjaciel.

Dziękuję również za Twoją poezję. Za to, że nauczyłeś mnie jeszcze mocniej kochać krajobraz, za to, że pokazałeś, iż metafora nie jest ozdobą, lecz sposobem widzenia świata, za to, że przypomniałeś wszystkim, iż prawdziwa poezja nie potrzebuje krzyku. Wystarczy szept, wiatr, jedno dobrze zapisane zdanie. Jestem przekonany, że polska literatura zapamięta Andrzeja Krzysztofa Torbusa jako wybitnego poetę. Takiego, który nie szukał rozgłosu, ale prawdy. Takiego, który potrafił z kilku słów zbudować cały świat. Takiego, którego wiersze pachną lasem, mokrą ziemią, dymem z ogniska, jesiennym liściem i beskidzkim wiatrem.

Ja jednak zapamiętam go przede wszystkim inaczej.

Jako człowieka.

Jako przyjaciela.

Jako brata-łatę wszystkich poetów.

 

Kiedyś powiedziałem, że po śmierci Jerzego Harasymowicza to właśnie Andrzej Krzysztof Torbus stał się najwybitniejszym polskim poetą pejzażu. Dzisiaj powtarzam te słowa z jeszcze większym przekonaniem. Nie dlatego, że odszedł. Nigdy nie wierzyłem w zwyczaj wynoszenia ludzi na piedestał dopiero po ich odejściu. Mówiłem to od lat i nadal tak uważam. Bo jego poezja nie była opisem gór. Ona sama była górami.

Nie była opowieścią o wietrze.

Ona sama była wiatrem.

Nie była pejzażem.

Była jego duszą.

Dlatego jestem spokojny.

Poeci naprawdę nie umierają.

Odchodzą tylko ci, którzy ich znali.

Oni sami zostają.

W swoich książkach.

W pieśniach.

W pamięci przyjaciół.

W szelestach bukowych lasów.

W zapachu połonin.

W ciszy beskidzkich dolin.

Ilekroć ktoś otworzy tomik Andrzeja Krzysztofa Torbusa, gdzieś nad górami znowu powieje ten sam wiatr, który prowadził go przez całe życie.

Do zobaczenia, Przyjacielu!

Tam, gdzie wszystkie ścieżki w końcu prowadzą na jedną, najwyższą połoninę.

Andrzej Dębkowski

Fot. ©Andrzej Dębkowski