Nowości książkowe

 

Plakat
Andrzej Dębkowski

 

Atom pamięci –

czyli o tym, co zostaje w człowieku po końcu historii w książce „Kształt atomu. Wojna i pamięć” Łucji Fice

 

Niektóre książki przychodzą do czytelnika z gotową historią, którą można śledzić, rekonstruować i w końcu odłożyć na półkę wraz z poczuciem, że oto poznaliśmy czyjś los od początku do końca, inne natomiast nie pozwalają na taką wygodę, ponieważ ich prawdziwym tematem nie jest samo wydarzenie, lecz jego długie, często niewidoczne życie po wydarzeniu, a „Kształt atomu. Wojna i pamięć” Łucji Fice należy właśnie do tej drugiej kategorii. To książka o tym, co dzieje się z człowiekiem po katastrofie, choć katastrofa może mieć już swoje miejsce w podręczniku historii, swoje daty, nazwiska i fotografie, ponieważ dla jednostki historia nigdy nie kończy się w tym samym momencie, w którym kończy się wojna, zmienia się jedynie jej sposób obecności: raz przychodzi pod postacią wspomnienia, innym razem snu, lęku, choroby, gestu, przemilczenia albo dziwnego poczucia, że coś wydarzyło się dawno temu, a mimo to nadal pozostaje niepokojąco blisko.

Właśnie z tej perspektywy należy odczytywać tytuł książki, który na pierwszy rzut oka może wydawać się chłodny, naukowy i niemal odległy od literatury zajmującej się ludzkim cierpieniem. Atom kojarzy się przecież z materią, fizyką, laboratorium, obiektem, który trzeba zbadać, opisać i umieścić w określonej strukturze, tymczasem Łucja Fice bierze ten naukowy termin i przenosi go w obszar doświadczenia ludzkiego, sugerując, że również człowieka można próbować odczytywać jako skomplikowaną strukturę, w której nic nie istnieje całkowicie osobno, ponieważ pamięć łączy się z emocją, emocja z ciałem, ciało z historią, historia z rodzinnym przekazem, a rodzinny przekaz z tym wszystkim, czego nigdy nie wypowiedziano. To bardzo trafna metafora, ponieważ największe dramaty ludzkiego życia nie zawsze pozostawiają po sobie widzialne ślady, a jednak potrafią wpływać na następne pokolenia z siłą, której nie sposób lekceważyć. Nie trzeba przecież pamiętać konkretnego wydarzenia, aby żyć pod jego wpływem, nie trzeba znać wszystkich szczegółów rodzinnej historii, aby odziedziczyć jej lęki, nie trzeba być świadkiem wojny, aby w pewnym sensie nosić w sobie jej konsekwencje, i właśnie ta niewidzialna transmisja doświadczenia wydaje się jednym z najważniejszych problemów, jakie Łucja Fice stawia przed czytelnikiem.

„Kształt atomu” jest więc powieścią o pamięci, ale pamięć nie jest tutaj spokojnym archiwum, do którego człowiek sięga wtedy, kiedy potrzebuje przywołać minione wydarzenia. Jest raczej żywą substancją, która potrafi zmieniać swój stan, wymykać się kontroli, pojawiać się w najmniej oczekiwanym momencie i naruszać wygodny porządek teraźniejszości. Człowiek może przez dziesięciolecia milczeć, może nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym pewne doświadczenia zostały zamknięte za drzwiami świadomości, może nawet uwierzyć, że przeszłość przestała mieć znaczenie, a potem jeden zapach, jedno słowo, twarz, przedmiot czy przypadkowa sytuacja potrafi uruchomić całą lawinę wspomnień, pokazując, że to, co zostało wyparte, niekoniecznie zostało zniszczone.

W tym sensie szczególnie ważna jest obecna w książce relacja z kobietą dotkniętą demencją, ponieważ choroba ta staje się czymś znacznie bardziej skomplikowanym niż tylko medycznym problemem. Demencja rozbija bowiem klasyczne wyobrażenie pamięci jako uporządkowanej narracji, lecz jednocześnie odsłania jej głębsze warstwy, ponieważ człowiek, który traci zdolność logicznego opowiadania o swoim życiu, niekoniecznie traci wszystkie ślady tego życia. Czasami właśnie wtedy na powierzchnię zaczynają wypływać obrazy, emocje i fragmenty wydarzeń, które przez lata pozostawały ukryte pod warstwą społecznego porządku, wyuczonego zachowania i świadomej kontroli.

To jeden z najbardziej przejmujących paradoksów książki Fice: pamięć może zostać zniszczona jako system, a jednocześnie zachować się jako doświadczenie. Nie jest już wtedy uporządkowaną opowieścią, lecz raczej zbiorem fragmentów, które powracają bez ostrzeżenia i bez chronologii, a zadaniem drugiego człowieka staje się nie tyle ich uporządkowanie, ile uważne wysłuchanie. I tutaj książka nabiera szczególnego wymiaru etycznego, ponieważ pyta nie tylko o to, co pamiętamy, lecz także o naszą odpowiedzialność wobec tych, którzy nie potrafią już opowiedzieć własnej historii w sposób zgodny z regułami racjonalnej narracji. Należy zadać kilka pytań. Czy człowiek ma obowiązek pamiętać za drugiego człowieka? Czy można być świadkiem czyjegoś wspomnienia, nawet jeśli jest ono fragmentaryczne, niespójne i trudne do zweryfikowania? Czy opowieść osoby chorej może być mniej prawdziwa tylko dlatego, że nie mieści się w porządku, który uznajemy za logiczny?

Fice nie odpowiada na te pytania wprost, lecz właśnie dzięki temu pozostawia czytelnikowi przestrzeń do własnego namysłu, a jej literatura nie zamienia się w moralizatorski wykład. Wojna, która stanowi jeden z fundamentów tej opowieści, również nie zostaje przedstawiona jako zamknięty rozdział historii, lecz jako doświadczenie posiadające swoje długie życie po zakończeniu działań wojennych. To bardzo ważne przesunięcie perspektywy, ponieważ o wojnie można opowiadać poprzez bitwy, daty, granice i polityczne decyzje, ale można też zapytać, co dzieje się z człowiekiem, który przeżył coś, czego nie da się później po prostu zostawić za sobą. Fice wybiera tę drugą drogę, dzięki czemu wojna przestaje być wyłącznie wydarzeniem historycznym, a staje się stanem psychicznym, który może trwać przez dziesięciolecia.

Szczególnie mocno wybrzmiewa tutaj historia młodej, piętnastoletniej dziewczyny, której los zostaje wpisany w brutalną rzeczywistość deportacji i przymusowej pracy, ale autorka nie próbuje tworzyć kolejnego patetycznego pomnika cierpienia. Przeciwnie, unika łatwego wzruszenia, ponieważ pokazuje wojnę również poprzez jej codzienność, monotonię, powtarzalność pracy, zmęczenie, strach i stopniowe oswajanie się z sytuacją, która z normalnością nie ma przecież nic wspólnego. To właśnie codzienność zła wydaje się w tej książce bardziej przerażająca niż pojedynczy akt przemocy.

Człowiek może bowiem przywyknąć niemal do wszystkiego, jeśli zostanie pozbawiony możliwości zmiany sytuacji, a największym zwycięstwem systemu przemocy jest niekiedy właśnie doprowadzenie do stanu, w którym rzeczy nieludzkie zaczynają być traktowane jak zwyczajne. Fice pokazuje ten proces bez upraszczania i bez tworzenia wygodnej opowieści, w której po jednej stronie zawsze stoją całkowicie dobrzy, a po drugiej całkowicie źli ludzie. Nie oznacza to oczywiście relatywizowania odpowiedzialności ani rozmywania granic moralnych, lecz próbę zrozumienia mechanizmów, które sprawiają, że człowiek może zostać wciągnięty w rzeczywistość przemocy, strachu i podporządkowania. Literatura staje się tutaj narzędziem nie tyle osądu, ile poznania, a to poznanie bywa znacznie bardziej niepokojące niż prosty moralny werdykt.

Czytelnik zostaje bowiem pozbawiony komfortu przekonania, że zło zawsze znajduje się po drugiej stronie. Fice przypomina, że historia jest pełna sytuacji, w których człowiek zostaje postawiony przed wyborem, którego nie można oceniać bez znajomości okoliczności, a jednocześnie nie można dopuścić do tego, aby okoliczności stały się usprawiedliwieniem dla wszystkiego. Ta równowaga jest trudna do osiągnięcia, ale właśnie dzięki niej powieść unika publicystycznej jednoznaczności.

Jednym z najciekawszych elementów „Kształtu atomu” jest również sposób, w jaki autorka traktuje kobiece doświadczenie wojny i pracy. Historia XX wieku bardzo często była opowiadana językiem wielkich wydarzeń i wielkich mężczyzn, natomiast doświadczenie kobiet pozostawało gdzieś na dalszym planie, choć to właśnie kobiety przez dekady wykonywały ogromną część pracy niewidocznej dla oficjalnych narracji, opiekowały się dziećmi i starszymi, dźwigały konsekwencje przemocy, migrowały, pracowały w obcych domach i próbowały odbudować życie po katastrofie.

Fice interesuje się właśnie tą historią, która nie zawsze trafia do podręczników. Dlatego tak ważne jest zestawienie dawnych robotnic przymusowych ze współczesnymi kobietami podejmującymi pracę opiekuńczą w Niemczech, choć oczywiście obu doświadczeń nie można utożsamiać. Można natomiast zauważyć pewien rodzaj ciągłości społecznej, w której kobieta przybywająca do obcego kraju nadal wykonuje pracę pozostającą często na marginesie społecznego prestiżu, pracę niezwykle potrzebną, ale jednocześnie niewidoczną, pracę polegającą na zajmowaniu się cudzym życiem wtedy, kiedy inni nie chcą albo nie mogą tego robić.

W tym miejscu prywatne doświadczenie autorki nabiera znaczenia literackiego, ponieważ nie zostaje zamknięte w osobistej anegdocie, lecz staje się punktem wyjścia do szerszej refleksji nad pamięcią kobiet, migracją, pracą i zależnością.

Bardzo ciekawie funkcjonuje również w powieści nauka, szczególnie fascynacja fizyką cząstek elementarnych i CERN-em, ponieważ nie jest ona wyłącznie intelektualnym dodatkiem do historii. Nauka bada rzeczy, których nie można zobaczyć gołym okiem, a literatura Fice próbuje zrobić coś podobnego z pamięcią i traumą: nie pokazuje ich bezpośrednio, lecz szuka śladów ich obecności. W jednym i drugim przypadku poznanie wymaga cierpliwości, obserwacji, interpretacji i umiejętności łączenia pozornie nieistotnych elementów.

Cząstka pozostawia ślad. Człowiek również. I być może właśnie dlatego metafora atomu jest tak konsekwentnie nośna, ponieważ sugeruje, że nawet najmniejszy fragment doświadczenia może wpływać na całość. Jedno przemilczenie może zmienić relacje rodzinne. Jedna decyzja może zmienić czyjeś życie. Jedno wspomnienie może po latach otworzyć przestrzeń, o której istnieniu nikt już nie pamiętał.

W świecie tej powieści nie istnieją więc wydarzenia całkowicie obojętne. Każde doświadczenie zostawia po sobie energię. Jedne ślady są widoczne, inne pozostają ukryte, ale ich niewidzialność nie oznacza braku znaczenia. Ważną rolę odgrywa przy tym oniryczny wymiar książki. Sny, wizje, powracające obrazy i zaburzenia chronologii nie są jedynie literacką dekoracją, ale próbą znalezienia języka dla tego, czego nie da się opowiedzieć w sposób linearny. Sen może bowiem przechowywać prawdę, której nie przechowuje już świadoma pamięć, a obraz może okazać się bardziej prawdziwy emocjonalnie niż dokument.

Dlatego „Kształt atomu” wymyka się prostemu podziałowi na realizm i fikcję. Autorka porusza się pomiędzy tymi obszarami swobodnie, pozwalając, aby rzeczywistość historyczna spotykała się z wyobraźnią, a fakt z metafizycznym przeczuciem. Nie chodzi tutaj o rozmywanie granic prawdy, ale o uświadomienie sobie, że istnieją doświadczenia, których nie da się zamknąć w samym dokumencie. Czasami fakt mówi, co się wydarzyło. Literatura próbuje odpowiedzieć na pytanie, co to wydarzenie zrobiło z człowiekiem. I właśnie to drugie pytanie jest dla Łucji Fice najważniejsze.

Nieprzypadkowo pojawia się również motyw lustra, ponieważ lustro jest jednym z najbardziej oczywistych symboli poznania siebie, ale jednocześnie pokazuje wyłącznie powierzchnię. Człowiek może patrzeć na własną twarz i nie mieć dostępu do tego, co naprawdę go ukształtowało. Dopiero pamięć, relacja z drugim człowiekiem, opowieść i konfrontacja z przeszłością pozwalają zajrzeć głębiej. W tym sensie cała książka jest rodzajem lustra, ale lustra niedoskonałego, pękniętego, odbijającego nie jeden obraz, lecz wiele fragmentów rzeczywistości, które dopiero po zestawieniu ze sobą zaczynają tworzyć jakiś sens.

Nie należy jednak oczekiwać od Fice pełnego porządku. Jej książka świadomie pozostawia pewne szczeliny. I właśnie w tych szczelinach często pojawia się największa siła literatury. Bo pamięć również jest niepełna. Człowiek nie jest archiwistą własnego życia. Nie przechowuje wszystkiego. Nie pamięta wszystkiego. Nie rozumie wszystkiego. Czasami dopiero po wielu latach odkrywa znaczenie wydarzenia, które w chwili jego przeżywania wydawało się pozbawione sensu. To sprawia, że „Kształt atomu” jest również powieścią o czasie, ale czasie rozumianym nie jako prosta droga od przeszłości do przyszłości, lecz jako przestrzeń, w której dawne doświadczenia mogą powracać i zmieniać znaczenie. Wydarzenie raz przeżyte nie jest ostatecznie zamknięte, ponieważ jego interpretacja może się zmieniać wraz z dojrzewaniem człowieka. W tym sensie przeszłość nie jest czymś skończonym. Przeszłość nadal się wydarza. Wydarza się za każdym razem, kiedy zostaje przypomniana. Za każdym razem, kiedy zostaje opowiedziana i za każdym razem, kiedy ktoś po latach próbuje zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się kiedyś. To niezwykle ważna myśl, ponieważ prowadzi książkę Fice poza zwykłą literaturę wspomnieniową i nadaje jej wymiar filozoficzny. Autorka pyta bowiem o samą naturę ludzkiego istnienia: czy jesteśmy tylko tym, co pamiętamy, czy również tym, czego nie pamiętamy; czy można uwolnić się od historii, której nie wybieraliśmy; czy można rozpocząć życie od nowa, jeśli ciało i psychika przechowują ślady wcześniejszych doświadczeń; czy milczenie jest zapomnieniem, czy może inną formą pamięci. Na te pytania nie ma łatwych odpowiedzi. I dobrze.

„Kształt atomu” nie jest książką pocieszającą w banalnym znaczeniu tego słowa. Nie proponuje czytelnikowi prostego rozwiązania, według którego wystarczy opowiedzieć traumę, aby ją zakończyć, ani nie sugeruje, że poznanie prawdy automatycznie prowadzi do wybaczenia. Nadzieja, która pojawia się w tej prozie, jest znacznie bardziej dyskretna i przez to bardziej wiarygodna. Polega na możliwości nazwania, na możliwości wysłuchania, na tym, że cudzy ból może zostać potraktowany poważnie. oraz na przekonaniu, że człowiek nie powinien umierać po raz drugi tylko dlatego, że jego historia została zapomniana. I właśnie tutaj literatura okazuje się potrzebna najbardziej. Nie po to, żeby zastąpić historię, dokument czy świadectwo, ale żeby dotrzeć tam, gdzie żaden dokument nie potrafi dotrzeć — do wewnętrznego doświadczenia człowieka.

Łucja Fice próbuje wejść właśnie w tę przestrzeń. Jej „Kształt atomu” można więc czytać jako opowieść o wojnie, ale można też czytać go jako książkę o pamięci, starości, pracy, kobiecości, migracji, miłości, samotności i odpowiedzialności za cudzą historię. Wszystkie te tematy spotykają się jednak w jednym punkcie: w przekonaniu, że człowiek jest strukturą znacznie bardziej skomplikowaną, niż sugerowałaby jego zewnętrzna biografia. Nie wystarczy powiedzieć, gdzie się urodził, gdzie pracował, z kim żył i kiedy umarł. Trzeba jeszcze zapytać, co przeżył. Czego się bał, czego nie potrafił powiedzieć, kogo kochał, co zabrał ze sobą z przeszłości i co przekazał następnym? Właśnie dlatego książka Fice pozostaje w pamięci czytelnika nie jako kolejna opowieść o przeszłości, ale jako próba pokazania, że przeszłość wcale nie znajduje się za nami. Jest w nas. Być może każdy człowiek nosi w sobie własny „atom historii” – mały, niewidoczny, często nieuświadomiony, ale zdolny do wpływania na całe jego życie. Nie można go wyjąć, odłożyć na bok i powiedzieć, że od tej chwili już nas nie dotyczy. Można natomiast próbować go rozpoznać. I właśnie temu służy literatura Łucji Fice. Nie po to, aby przeszłość unieważnić, nie po to, aby ją osądzić jednym zdaniem, nie po to nawet, aby ją ostatecznie wyjaśnić. Raczej po to, aby nauczyć się z nią rozmawiać.

„Kształt atomu” jest więc książką o rozmowie prowadzonej z tymi, którzy milczą, z tymi, którzy zapomnieli, z tymi, którzy nie potrafią już opowiedzieć własnego życia, ale także z tymi, których wojna zabrała dawno temu, pozostawiając po nich jedynie fragmenty świadectw, wspomnień i cudzych pamięci. Jest to rozmowa trudna, ponieważ wymaga od czytelnika rezygnacji z łatwych ocen i zgody na niepewność, ale właśnie dzięki temu może stać się rozmową prawdziwą.

Największą wartością tej książki jest bowiem nie to, że daje odpowiedzi, lecz to, że zmusza do zadawania pytań, których wcześniej być może nie chcieliśmy zadawać. Co naprawdę dziedziczymy po poprzednich pokoleniach? Ile historii mieści się w jednym człowieku? Czy można zapomnieć coś, co zostało zapisane w ciele? Czy cisza może być świadectwem? Czy miłość może przetrwać w miejscu, w którym człowieczeństwo zostało niemal całkowicie zniszczone? I wreszcie: czy człowiek może naprawdę zakończyć własną przeszłość? Po lekturze „Kształtu atomu” trudno odpowiedzieć twierdząco. Możemy zamknąć książkę, możemy odłożyć dokument, możemy przestać mówić o wojnie, możemy uznać, że minęło wystarczająco dużo czasu. Ale historia nie zawsze uznaje nasze decyzje. To, co zostało przeżyte, pozostaje w strukturze człowieka, a czasami również w strukturze następnych pokoleń. Dlatego „Kształt atomu” Łucji Fice jest książką ważną przede wszystkim dlatego, że przypomina o odpowiedzialności pamięci. Nie tej pamięci oficjalnej, pomnikowej, wygładzonej i uporządkowanej, lecz pamięci prywatnej, niepewnej, pełnej pęknięć, czasami niewygodnej i trudnej do zaakceptowania. To właśnie ona przechowuje bowiem najwięcej prawdy o człowieku. Człowiek, którego pamięć została uszanowana, nie znika całkowicie. Pozostaje w słowie. W cudzej pamięci, w śladzie, w opowieści, w ciszy. I może właśnie dlatego najważniejszym symbolem tej książki nie jest ostatecznie sam atom, lecz jego niewidzialna energia – coś, czego nie można zobaczyć, a co mimo wszystko zmienia kształt świata, bo tak działa pamięć, trauma, miłość i tak działa literatura.

A „Kształt atomu” jest próbą uchwycenia tej niewidzialnej siły, która sprawia, że człowiek nigdy nie jest tylko człowiekiem z teraźniejszości, lecz zawsze niesie w sobie także tych, którzy byli przed nim, wydarzenia, których nie zdołał zapomnieć, i historie, które nawet po wielu dziesięcioleciach wciąż czekają na uważnego słuchacza.

Andrzej Dębkowski

 

_________

Łucja Fice, Kształt atomu. Wojna i pamięć. Posłowie: Andrzej Dębkowski. Projekt okładki: Dawid Duszka. Ilustracje na okładce: © Bogusław Legan. Redakcja: Magda Ceglarz, Danuta Gołąbek. Korekta: ERATO. DTP: JENA. Wydawca: Book Edit, Bez miejsca wydania 2026, s. 286.