Co to zmienia?
Mogła spokojnie kierować katedrą teologii katolickiej na uniwersytetach w Duisburgu i Essen. Będąc pierwszą kobietą, która otrzymała w roku 1970 profesurę w tej dziedzinie mogła wykładać Nowy Testament i starożytną historię Kościoła aż do emerytury. Po czym w roku 2021 pojawiła się śmierć. Z pewnością, jako naukowiec z krwi i kości, o emeryturze by nie myślała. Prawdziwi naukowcy, podobnie jak poeci, czy też artyści innej maści, zawsze mają w sobie ciekawość życia, zagadnień, którym się poświęcają i zawsze obecne w nich jest – dążenie do prawdy. To coś, co jest pierwsze i stanowi element napędowy pasji.
Urodzona w 1927 roku Uta Ranke-Heinemann, bo o niej tu mowa, za krytykę instytucji kościelnych i interpretowanie dziewiczego poczęcia Maryi z wyłącznie teologicznego, a nie biologicznego punktu widzenia, ta profesor teologii katolickiej została pozbawiona katedry, a następnie poddana ekskomunice. A przecież mogła... I dni by mijały, i by wykład za wykładem... Jednak dla wielu owo dążenie do prawdy, jej poszukiwanie jest ważniejsze, niż wszelki splendor i tak zwany – święty spokój. A skoro o spokoju mowa autorka z niekłamanym żalem wspomina jak jej przyjaciel, profesor nauk teologicznych, Joseph Ratzinger, który wspierał ją w jej odkryciach, gdy stał się papieżem – nagle zmienił front. Można też czytać o tym, jak spotykała się z murem niezrozumienia bez argumentacji u hierarchów Kościoła. Adwersarze nie mieli nic w zamian. Oczywiście to pisała ona, lecz jaki by był sens, gdyby pojawiły się konkretne dowody przeczące jej interpretacjom, odkryciom i dowodom?
Maria w momencie poczęcia Jezusa była dziewicą i nią pozostała również po Jego urodzeniu, twierdzi Kościół. Nie ma co dywagować, czy to możliwe, czy nie. Jako wierzący chrześcijanin mogę uważać to za cud. Można natomiast rozważać, czy dziewicze poczęcie Nazarejczyka to wynik przemyśleń autorów kanonicznych ewangelii, którzy poprzez to chcieli udokumentować boskie pochodzenie Jezusa? Wzorem tego jak do boskości odnosili się pogańscy Grecy. A tu na przykład Platon był traktowany jako bóg, Herakles, czy Dionizos, a nawet Homer był otaczany boską czcią w świątyniach. A kulturowe wzorce mieszały się ze sobą przecież w tym czasie. Bóg Ojciec Jezusa, pogański bóg Apollo Platona – to przecież czyste przeniesienie. U Greków jednak nie miało to nic wspólnego z seksualnością człowieczą, a u autorów czterech kanonicznych ewangelii raczej już tak. Wnoszę to z postaw wielu pierwszych chrześcijan już po ukonstytuowaniu się czwórki kanonicznej, gdzie bezżenność była bardziej ceniona niż małżeństwo. Później swoje dodał Augustyn, dalej Tomasz z Akwinu, co w rezultacie doprowadziło do tego, że wyżej ceniono celibat niż małżeństwo. Z pewnością nie było to zamiarem – Jezusa. Ten przecież, gdy mówił o małżeństwie to z jedną kobietą, co było nie w smak pierwszym apostołom. Dla wielu z nich wielożeństwo było czymś naturalnym. On wtedy tylko stwierdził, że są tacy, którzy „tego nie pojmują” wykazując się tym samym olbrzymią tolerancją wobec myślących inaczej. A żadna bezżenność, czy celibat z pewnością nie była mu w głowie.
Tym niemniej tak się stało, że dziś, współczesny, a wnikliwy człowiek słysząc na każdej mszy świętej „z dziewicy Maryi” może zadać sobie pytanie – czy zatem stosunek seksualny jest czymś złym? To samo, myślę, mogło sekundować wspomnianej wcześniej Ucie Ranke-Heinemann. Rodzi się więc kwestia: dlaczego nie pozwolić powiedzieć, że Jezus był owocem miłości Józefa i Marii? Dlaczego Bóg w swej cielesnej postaci nie mógł narodzić się jako wynik miłości pomiędzy nimi? Co temu przeczy? Co przeczy temu, aby pokazać zwykłą ludzką, cielesną więź pomiędzy nimi? Przecież Pieśń nad pieśniami, która znajduje się w kanonie ewangelicznym jest dowodem właśnie cudownej cielesności. Fakt, Kościół aby sobie z tym poradzić stwierdził, że to obraz miłości do niego właśnie. Jako poecie trudno mi się z tym zgodzić, a jako chrześcijaninowi uwierzyć. Kiedyś pisałem o tym esej.
Tym niemniej wyobraźmy sobie taką sytuację: wszyscy poddają się temu, że stosunek seksualny jest czymś złym, jak bezpośrednio wynika z dziewiczego poczęcia. Co się dzieje? Z czasem nie ma tych, którzy to twierdzą oraz wszystkich innych, bo ludzkość po prostu umiera, nie ma jej. A zatem: czy stosunek seksualny jest czymś złym? Że powtórzę pytanie. Czy Bogu by na tym zależało, aby unicestwić swe dzieło? A i jeszcze, i przede wszystkim: dlaczego miałby twierdzić, że jeśli On zstępuje na ziemię, to Jego, by tak rzec, cielesna geneza by miała być inna niż przeciętnego, zwykłego człowieka? Tym samym by twierdził, że stosunek seksualny jest czymś, pisząc oględnie, nieodpowiednim aby pojawiła się Jego cielesna postać. Czy to nie byłby absurd? Jezus miał zaświadczać, że jest Bogiem nie poprzez sytuację swego narodzenia, a poprzez to co czynił i to jest najważniejsze.
Jeżeli więc ludzkość po prostu ma być nie ma argumentu na to, że Bóg w swej cielesnej postaci Jezusa miałby zignorować prawdę o tym, że człowiek rodzi się w wyniku cielesnego zespolenia kobiety i mężczyzny, bo przecież sam tak ustanowił. Piękny seks i jego wynik Jezus. I moje pytanie: czy to coś zmienia? Nie. Moim zdaniem, nie. Jezus Chrystus w dalszym ciągu jest Bogiem, który narodził się z Marii (tyle że nie dziewicy) i Józefa. Jest obrazem zwykłych narodzin, jeśli Bóg chciał się ucieleśnić. A dlaczego mamy nazywać Jezusa Bogiem, o tym świadczą Jego, ogólnie ujmując, działania.
Wbrew zamysłom ewangelistów i po nich ojców Kościoła (Augustyna, Tomasza z Akwinu) i hierarchów Kościoła podtrzymujących tezę o dziewiczości Marii można zauważyć, że teza ta powoduje, że narodziło się szereg bzdurnych interpretacji. Jedną z nich jest chociażby czytana w książce Huberusa Mynarka „Jezus i kobiety”. Tam to bowiem czytamy, że Jezus był bękartem, a Jego ojcem jest rzymski żołnierz o imieniu Pantera, co jest wymysłem, a co najwyżej polemiką antychrześcijańską. Takich historyjek by wtedy nie było. Tym niemniej one się pojawiły, ale dlaczego Bóg na to pozwolił, tego nie wiem. I być może nigdy się nie dowiem. Może dając człowiekowi wolna wolę i w tym przypadku stwierdził, że sprawdza i z uśmiechem przyglądał się temu, co też na temat Jego cielesnej postaci ów autor wypisuje, a było tego sporo od Jezusa jako bękarta, po Jego harem kobiet i w ogóle nie etyczny sposób życia. Uśmiechał się pewnie. Tym niemniej chcę zauważyć, że gdyby nie upór Kościoła co do dziewiczego poczęcia Jezusa, takich pomysłów jakie proponuje Hubertus Mynarek, czy też inni antychrześcijańscy pisarze, czy nawet naukowcy, by po prostu nie było. Nie byłoby genezy ich z gruntu rzeczy martwych dociekań.
Drugim „bolesnym” zagadnieniem w osobie Jezusa jest Jego związek z Marią Magdaleną. Pytanie podstawowe: czy Jezus był partnerem, a w tym i seksualnym tejże Marii? Przede wszystkim należy obalić mit jakoby to miała być Jawnogrzesznica. Do dziś są poglądy, że tak. Współczesna teologia jawnie temu przeczy. Maria z Magdali, Maria z Betanii i owa Jawnogrzesznica to zupełnie inne Marie. Ta z Betanii to przyjaciółka Jezusa, gdzie jej siostra Marta chciała przypodobać się Jezusowi poprzez materialne dogodności, a ten ją za to zbeształ. Jezus lubił przebywać w ich towarzystwie. Jawnogrzesznica to z kolei ta, która obmywała stopy Nazarejczyka swoimi łzami, natomiast nas interesująca to Maria Magdalena, ta pochodząca z Magdali, majętna wdowa. Swą niezależność finansową zawdzięczała rodzicom oraz własnym umiejętnościom finansowym. Oczywiście tu znowu pojawiają się podejrzenia, że Jezus dlatego się z nią związał, ponieważ ona była majętna, a On potrzebował pieniędzy aby utrzymywać przy życiu swą sektę. Bo to przecież na początku to sekta była. Jakby nie spojrzeć, ten wątek finansowy ma tu znaczenie. Była więc to kobieta, co na owe czasy nie było łatwe, całkowicie niezależna finansowo. Byśmy dziś powiedzieli pewna siebie. Lecz, jak mówi Nowy Testament, została, by tak rzecz, „zweryfikowana” przez Jezusa, poprzez wypędzenie siedmiu demonów. Dopiero wtedy stała się Jego uczennicą. Niewiele o niej kanoniczne ewangelie, chociaż zwracają na nią szczególną uwagę, choćby poprzez to, że pierwsza ujrzała zmartwychwstałego Jezusa. Tym niemniej nic tam o tym, jakoby by miała być partnerką Jezusa z Nazaretu. Takie informacje nie mogły się pojawić, jeśli twardo stało się na stanowisku, że – stosunek seksualny jest czymś złym, a Jezus narodził się z Marii dziewicy. By to całkowicie przeczyło przyjętej narracji. Oczywiście zwraca się uwagę na szczególny związek Jezusa z Marią Magdaleną, dopuszczając nawet pocałunek, lecz według nauki Kościoła jest on stricte aseksualny. Czyli to co umknęło, być może, redaktorom czterech kanonicznych, interpretuje się tak, aby, broń Boże, nic z seksualnością nie miało wspólnego.
Moim zdaniem Bóg się śmieje do rozpuku, a zarazem jest zatroskany. Oczywiście to moja interpretacja, tym niemniej – co to zmienia, jeśli Maria Magdalena była faktyczną partnerką Jezusa? Co, jeżeli wraz z nim nawet może nauczała, znając choćby po części to, co Nazarejczyk chciał przekazywać? Jaka to ujma dla Jezusa? Podejrzewam, że żadna. Przecież mądrość Boga w Jego cielesnej postaci nie może być w niezgodzie z mądrością kobiety takiej, jak Maria z Magdali. W istocie Jezus był tym, który wyzwolił ją z siedmiu demonów, stając się tym samym tym, który stal prekursorem katolickich egzorcyzmów. Fakt, kobiety posługują się przede wszystkim emocjami, które zawsze są aniołami śmieci, dopiero dalej uczuciami, a na sam koniec racjonalnym spojrzeniem. Oczywiście nie wszystkie i nie zawsze, by nie być posądzonym o stronniczość, pisząc oględnie.
Maria Magdalena i Jezus z Nazaretu małżeństwo, jedna żona, jeden mąż, tak jak nauczał Jezus. Co to zmienia, jeżeli by tak było? Tylko przykład dla apostołów, którzy niechętnie widzieli posiadanie tylko jednej żony. Poza tym, by to jednoznacznie dało kłam pomysłom takim jakie preferuje wspomniany wcześniej Hubertus Mynarek, czy inni szukający sensacji w żywocie Jezusa widząc w nim szarlatana, który manipuluje naiwnymi kobietami i szukającymi w nim odpowiedzi na swe marne życie. Ba szarlatana, kochanka i Marii z Betanii, i Jawnogrzesznicy i wielu innych, nie wspominając o Marii z Magdali, amen. Zwykły związek pomiędzy Jezusem i Marią Magdaleną by temu zaprzeczył. A jest on całkiem prawdopodobny.
Pytam: co to zmienia, jeśli przyjąć, że Maria z Magdalii i Jezus z Nazaretu byli faktycznie partnerami, pierwszym chrześcijańskim małżeństwem z krwi i kości? Czy to, przede wszystkim Jezusowi, coś umniejsza? Bóg, Jezus, stając się człowiekiem przyjął tym samym wszystkie możliwości jakie powodują bycie nim. Czy mamy uwierzyć, że jakoby, jak to chciał wspomniany wcześniej Mynarek i paru innych, że Maria z Magdali to tylko jedna z Jego miłostek? Chyba nie, jeśli On zwracał uwagę na nierozerwalność małżeństwa. Podobnie jak pytałem, co z tego, że Jezus był owocem miłości Marii i Józefa? Co to zmienia? I jaki jest argument za tym, by tak nie było. A unika się paru istotnych przeszkód. Tych, które budzą niepotrzebne emocje. Czy Bogu zależało na tym, być może, nie wiem. Choćby jeden argument na to. Pewnie On mi nie odpowie.
Chyba tak samo myślała Uta Ranke-Heinemann, chociaż nie posunęła się do kwestii ewentualnego małżeństwa Marii z Magdali z Jezusem. Nie było to też w istocie jej dociekań. Podejrzewam, że gdyby tak było nasze myślenie byłoby podobne. Tak, Jezus mógł być małżonkiem Marii Magdaleny i nic nie stało na przeszkodzie, aby tak było. A przede wszystkim nic to nie zmienia w nauczaniu Jezusa z Nazaretu. Emocje w tej kwestii są więc zupełnie niepotrzebne. Bo przecież co to zmienia. Jest tylko kwestia prawdy, o którą zawsze warto zadbać. Jezus nie narodził się z dziewicy, a Jego żoną była Maria z Magdali – i to nic nie zmienia, jeśli tak było. Tak sadzę.
Janusz Orlikowski





































































































































































































































































































