Nowości książkowe

 

Plakat

 

Plakat
Andrzej Walter

 

Skazani na Czas – zapełniamy szuflady

 

Któż je po nas będzie sprzątał? (...)

Twórczość poetki Anny Pituch-Noworolskiej od lat wymyka się prostym klasyfikacjom, balansując na styku dwóch skrajnych światów: rygorystycznej, empirycznej medycyny oraz ulotnej, wieloznacznej metafizyki słowa. Najnowsze liryki autorki stanowią dojrzałe, przejmujące i niezwykle spójne studium kondycji ludzkiej, w którym dominującym tonem staje się próba rozliczenia z czasem, pamięcią oraz nieuchronnością przemijania. Ta poezja nie krzyczy. Ona narasta w czytelniku powoli, niczym – używając bliskiej autorce metafory – bezszelestnie przesypujące się ziarna piasku w klepsydrze.

Odnajdziemy w tym tomie doskonale zaprojektowaną architekturę czasu i świetnie podsumowaną ekonomię egzystencji. W najnowszych tekstach czas traci swój linearny, bezpieczny charakter. Staje się dłużnikiem, sędzią i bezwzględnym poborcą. W uderzającym utworze Rozliczenie poetka wprowadza zaskakującą, niemal chłodną terminologię ekonomiczną: Kredyt czasu / Będę spłacać ratami powoli (...) A los / Naliczy procent od nierzetelności.

Życie jawi się tu jako nieopłacony rachunek, a każda próba zatrzymania minionego dnia w pamięci wiąże się z egzystencjalnym kosztem. Autorka z niezwykłą precyzją operuje symbolami przemijania. Pojawiają się tu nieaktualne drogowskazy, szuflady czasu czy wczorajsze, porzucone dni, które odrzucamy jak źle zapisaną kartkę papieru. Godny uwagi jest wiersz otwierający zestaw (Stara kobieta), będący poruszającym portretem godności w obliczu starości. Bohaterka, mimo niepewnego kroku, wciąż nosi buty na obcasie i kapelusz. Śmierć w tym ujęciu nie jest gwałtownym dramatem, lecz cichym zagubieniem drogowskazu i zapisaniem w testamencie niewysłanych listów.

Mamy tu jaskrawy i dynamiczny kontrast pomiędzy medycznym chłodem i jakże przejmującą intymnością straty. Jako profesor immunologii i pediatra, autorka posiada unikalne, codzienne doświadczenie granicy między życiem a śmiercią. Ta perspektywa ujawnia się w tomie w sposób niezwykle dyskretny, pozbawiony epatowania szpitalnym naturalizmem, a przez to jeszcze bardziej wstrząsający.

Najbardziej intymnym i poruszającym punktem tomu jest beztytułowy wiersz dedykowany Pamięci zamordowanego lekarza. Autorka buduje tu przejmujący kontrast pomiędzy prozą życia a ostatecznością tragedii. Zakup jesiennego płaszcza „w kolorze deszczu” staje się rytuałem porządkowania emocji. Do wielkich, zewnętrznych kieszeni chowa się to, co codzienne i trudne: nieprzespane noce, wrogie gesty, złe sny. Jednak najgłębszy, najcenniejszy ból zostaje zatomizowany: Twoją śmierć schowałam / Do małej wewnętrznej kieszeni / Tej blisko serca, po lewej stronie.

To anatomiczne i emocjonalne zlokalizowanie straty pokazuje, jak głęboko lekarski profesjonalizm przenika się tu z bezbronnością czującego człowieka. Z kolei w utworze poświęconym Maurice’owi Ravelowi, poetka dotyka biologicznej degradacji geniuszu. Obraz płonącego bólem mózgu kompozytora, który w malignie nuci swoje największe dzieła i woła „Matkę gęś”, to uniwersalne studium bezradności człowieka wobec choroby.

Mamy tu zatem anatomię lęku i pamięci. Lęk w nowym tomie zyskuje status pełnoprawnego bohatera. W duchu wcześniej opublikowanej krytyki literackiej na temat twórczości tej Autorki, lęk u Pituch-Noworolskiej nie jest histeryczny. Jest „milczącym partnerem w niedokończonej partii szachów”. Przybiera formę metafizycznego, czającego się cienia.

Co ciekawe, w jednym z najbardziej plastycznych fragmentów tomu, poetka personifikuje go w sposób zaskakujący i niemal ironiczny: „Lęk / Jedyny który przechodzi przez jezdnię / Na czerwonym świetle / I wciąż żyje”. To genialna intuicja poetycka – lęk, choć paraliżuje i niszczy, jest jednocześnie mechanizmem ewolucyjnie nieśmiertelnym, wpisanym w ludzkie tkanki.

Sama pamięć również okazuje się zawodna i ułomna. Tradycyjne narzędzia porządkowania świata zawodzą – nie ma już „poprzednich map”, a „nowe fotografie z powietrza” nie pomagają odnaleźć drogi, którą dawno „zarosła trawa ciszy”.4. Estetyka formy: „Trzy I” i duma ze swojego cienia.

Warto zwrócić uwagę na warstwę formalną tych utworów. Podobnie jak we wcześniejszych tomach, poetka konsekwentnie rezygnuje z interpunkcji. Daje to tekstom niesamowitą płynność i stwarza przestrzeń dla czytelnika, który sam musi dawkować oddech i decydować o tonie interpretacji. Język jest maksymalnie skondensowany, wręcz ascetyczny. Nie ma tu zbędnych ozdobników – każde słowo waży tyle, ile ważyć powinno.

Ważnym manifestem artystycznym autorki wydaje się wiersz zaczynający się od słów Nie obejmę Wszechświata... To wyznanie pokory wobec ogromu świata i własnych ograniczeń biologicznych (mam zbyt krótkie ręce). Jednocześnie pojawia się tu dumne, piękne nawiązanie do jej wcześniejszej twórczości: I jak stokrotka / Jestem dumna z mojego cienia / Jest lepszy niż ja. Cień staje się alter ego poetki – to ta część jej jaźni, która potrafi przetworzyć szpitalny trud, lęk i przemijanie w nieśmiertelne, poetyckie piękno.

Podsumowując najnowszy tom Anny Pituch-Noworolskiej to dzieło wybitnie dojrzałe. To poezja egzystencjalnego wyciszenia, w której autorka nie szuka łatwego pocieszenia. Pokazuje świat bez ubarwień – jako „zły dom bez klamek” czy „szary pustynny pył”, ale jednocześnie potrafi zachwycić się lotem ćmy czy rytmem bębenka w Alhambrze. To lektura wymagająca, która po przeczytaniu zostawia nas w labiryntach własnego czasu, zmuszając do refleksji nad tym, co sami chowamy do naszych wewnętrznych kieszeni i aby w pełni docenić głębię najnowszego tomu, należy spojrzeć na niego przez pryzmat ewolucji twórczej autorki. Wprowadzenie perspektywy diachronicznej (porównawczej) ujawnia fascynujący proces: droga Anny Pituch-Noworolskiej to konsekwentne „uwznioślanie” codzienności, oczyszczanie języka ze zbędnego detalu i przechodzenie od fizykalnego opisu świata do czystej, uniwersalnej metafizyki.

Analizując najnowsze liryki Anny Pituch-Noworolskiej, nie sposób nie dostrzec ogromnej metamorfozy, jaką przeszła jej poetycka dykcja na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Jej rozwój artystyczny można opisać jako proces duchowej i formalnej destylacji. Od fazy opisu i fascynacji detalem (Tomiki: Bukiety czasu, Gotyk, Jesienny księżyc) do rozbudowanych obrazów metafizycznych. Na początku swojej drogi twórczej autorka funkcjonowała przede wszystkim jako uważna obserwatorka materii, zmysłowej rzeźby świata oraz historii sztuki. W tomie Gotyk uderzała fascynacja trwałością kamienia, architekturą średniowiecznych katedr czy fakturą starych murów. Czas był tam mierzony fizyczną obecnością zabytków, a przestrzeń (Kraków, Włochy) miała konkretne, geograficzne ramy. Język był bardziej opisowy, bogatszy w rekwizyty i metafory zakorzenione w kulturze śródziemnomorskiej.

Później Poetka ucieka w uniwersalizm (Skrzynia pełna wiatru, Gobeliny), aby z czasem przenosić punkt ciężkości z tego, co zewnętrzne, do wnętrza ludzkiej jaźni. Skrzynia pełna wiatru czy pisane prozą poetycką Gobeliny stanowiły próbę zamknięcia rozproszonych wspomnień z podróży (tak dalekich jak Australia) w ramy intymnej pamięci. Pojawiły się motywy zamykania świata w „szufladach” czy „skrzyniach”, a konkretne miejsca zaczęły powoli topnieć, ustępując miejsca uniwersalnym rozważaniom o kondycji kobiety i przemijaniu.

Faza najnowsza to już uwznioślanie głębi i asceza formy. W najnowszych tekstach proces ten osiąga swoje apogeum – następuje ostateczne uwznioślenie (sublimacja) tematów egzystencjalnych. Autorka niemal całkowicie rezygnuje z ornamentyki. Zamiast potężnych gotyckich katedr z wcześniejszych tomów, w wierszu Tajemnice pojawia się uniwersalna, minimalistyczna metafora „lakowej pieczęci” i „szuflady czasu”.

Dawna fascynacja architekturą i konkretnym miejscem ewoluowała w melancholijne i odrealnione Ślady: Nie ma / Wskazówek, wytycznych / Poprzednich map / I nowych fotografii z powietrza. Świat materialny ulega tu rozproszeniu – zostaje tylko „labirynt czasu”. Następuje też przeobrażenie motywu muzycznego i natury. Warto zestawić także rozwój konkretnych motywów – muzyki i przyrody. We wcześniejszych zbiorach muzyka bywała tłem dla opisywanych podróży czy nastrojów. W najnowszym tomie, w wierszu Koncert muzyki Maurice’a Ravela, muzyka staje się czymś znacznie wyższym – metafizycznym mostem ratunkowym dla umierającej biologii. Monotonne Bolero czy Pawana nie są już tylko utworami; są dramatyczną, organiczną próbą zaplecenia nut jak dłoni tancerzy, by uciec przed nadchodzącym mrokiem.

Podobnemu uwzniośleniu ulega przyroda. Dawne, zmysłowe opisy ogrodów czy deszczu ustępują miejsca absolutnej ascezie. W utworze Porzucone dni zjawiska atmosferyczne („mgła i mróz”) zostają zrównane z ludzkim dramatem („trudna rozmowa”). Natura w najnowszym ujęciu jest surowa, wręcz kosmiczna, a człowiek staje się wobec niej tylko „rozrzutnością natury”. W finale wiersza Nie obejmę Wszechświata... poetka powraca do kluczowego motywu ze swojego głośnego, wcześniejszego, dwujęzycznego tomu Cień stokrotki (The Shadow of a Daisy). Jednak tam, przed laty, stokrotka mogła być jeszcze elementem florystycznego opisu świata. Dzisiaj jest to już czysta, dumna, egzystencjalna deklaracja:

I jak stokrotka / Jestem dumna z mojego cienia / Jest lepszy niż ja.

Dawna lekarka-poetka, zbierająca niegdyś „bukiety czasu”, w najnowszym tomie staje przed czytelnikiem odarta z iluzji, oferując lirykę mądrą, oczyszczoną i głęboko uwzniośloną – taką, która nie potrzebuje już wielkich słów, by dotknąć absolutu.

Ewolucja twórcza Anny Pituch-Noworolskiej to rzadki w polskiej poezji współczesnej przykład drogi, która zamiast do zgorzknienia, prowadzi do absolutnej mądrości i artystycznego uwznioślenia.

Autorka, która zaczynała od czułego zbierania zmysłowych „bukietów czasu” i zachwytu nad trwałością gotyckiego kamienia, w swoim najnowszym tomie dociera do punktu najtrudniejszego, a zarazem najpiękniejszego: do pełnej pokory akceptacji ludzkiego losu. Jej język, dawniej bogaty w kulturowe rekwizyty, uległ ostatecznej destylacji – stał się czysty, krystaliczny i niezwykle celny.

Najnowsza książka poetycka Anny Pituch-Noworolskiej nie jest jednak chłodnym traktatem o przemijaniu. To niezwykle intymny, poetycki dekalog współczesnego człowieka, napisany przez kogoś, kto na co dzień, jako lekarz, dotyka tajemnicy istnienia na samym jej dnie. Czytelnik nie znajdzie tu taniego pocieszenia, ale otrzyma coś znacznie cenniejszego – głęboki spokój, wyciszenie i przestrzeń do własnych ocalałych wspomnień. Gdy autorka pisze w jednym z wierszy: Nie próbuj łamać pieczęci / Niech drzemią w szufladzie czasu / To jedyne dowody naszego istnienia, nie tyle nas powstrzymuje, ile zaprasza do wspólnej wędrówki. Lektura tego tomu to właśnie owa bezpieczna, fascynująca podróż do wnętrza „szuflady czasu”.

To książka, którą kupuje się nie po to, by przeczytać ją raz i odłożyć na półkę – te wiersze należy nosić przy sobie, jak ów opisywany przez poetkę jesienny płaszcz z głębokimi kieszeniami, i dawkować je sobie powoli, w momentach życiowych burz i niepokojów. Dla każdego, kto w literaturze szuka czegoś więcej niż tylko ładnych słów – kto szuka autentycznego spotkania z drugim, głęboko czującym człowiekiem – ten najnowszy tom jest pozycją absolutnie obowiązkową. To liryka najwyższej próby, która uczy nas, jak z godnością i dumą – niczym stokrotka – nosić swój własny, życiowy cień.

Andrzej Walter

____________________

Anna Pituch-Noworolska, Nieaktualny drogowskaz. Obraz na okładce: „Przejście” malarz Helena Zimowska. Akwarele: „Pejzaże” Anna Pituch-Noworolska. Wydawnictwo i Drukarnia Towarzystwo Słowaków w Polsce, Kraków 2026, s. 80.

 

 

Plakat

 

Plakat
Kazimiera Szczykutowicz

 

Dzwony słów nie tylko na Anioł Pański

 

Antologia „Na Anioł Pański biją dzwony” to okruszki polskiej i węgierskiej kultury. Jest to westchnienie w kierunku Stwórcy – siły nadprzyrodzonej.

Kulturalne i moralne wartości chrześcijańskie są ogromnie ważne nie tylko dla europejskiej kultury, ale dla kultury całego świata. Świat się „kurczy” i sprawy międzyludzkie tworzą spoinę człowieczeństwa w wymiarze globalnym. Niezwykły horyzont ludzkich myśli z sercem poetyckim, to filar literackiej tożsamości. Każdy wiersz jest drogą do głębszego zrozumienia świata.

Zbiór utworów 64 autorów polskich i 46 autorów węgierskich można nazwać świadectwem dojrzałości artystycznej, która obejmuje człowieka w znaczeniu „ludzkość”. Wiersze autorów antologii są słownymi dzwonami, które biją w rytmie serc Węgrów i Polaków. Można je również przyrównać do białej flagi furkoczącej na wietrze Europy. To bezgłośne wołania:

„krztuszą się kurzem” wojennym, ocierają o przydrożna krzyże,

„z okruchem nadziei do wiary prawdziwej”,

„między krzykiem a milczeniem”,

„z kroplą słowa”,

„w horyzont zapatrzeni błądzą wierszokleci”,

„w sercu człowieka wyrosła maczuga”, „wóz życia potoczył się we krwi”,

„znowu matka zamordowała dziecko, a syn zakatował ojca”,

„Przeraża mnie ospałość ludzkich serc”.

Powyższe cytaty mówią o nastrojowości tego, wyjątkowego dzieła. Wiele utworów to modlitwy, błagania, wołanie do Stwórcy o pomoc, litość, a także skrucha, pokora i wiara, że Bóg wie co robi.

Dzwony SŁÓW nie tylko NA ANIOŁ PAŃSKI, to bezgłośny krzyk, ale czy dotrze do właściwego adresata? Czy kiedykolwiek zaistnieje lepszy świat?

Od zarania dziejów zmagają się dobro ze złem, a owocem tych zmagań jest cierpienie.

Człowiek człowiekowi potrafi zgotować to, co jest nieludzkie.

Kazimiera Szczykutowicz

 

________________________

„Na Anioł Pański biją dzwony. W obronie chrześcijańskiej Europy”. Redakcja: Konrad Sutarski, Alicja Patey-Grabowska, Anna Zielińska-Brudek, Antal Jenő, ks. Stanisław Radziszewski. Autor wstępu: bp Michał Janocha. Wydawnictwo Compus 2025.

 

 

Plakat
Renata Adamska-Garbowska

 

„Punkty widzenia” – pozahoryzontalne horyzonty Wojciecha Bielunia

 

Zetknąć się z poezją Wojciecha Bielunia to jak pokłonić się jednocześnie temu co było, co jest i co będzie. Autor ośmiu tomów poetyckich zajmuje w świecie literackim swoje i tylko swoje miejsce. Wierny od samego początku własnej formie twórczości, poszukiwaniu człowieczeństwa w człowieku, daje czytelnikowi jasny, niczym nieskażony przekaz osobistej interpretacji podejmowanego tematu.  Oszczędny język nie tylko umożliwia, ale wręcz zmusza do głębszej penetracji tekstów, myśli i odkrywania własnych przestrzeni.

Tom „Punkty widzenia”, który ukazał się w 2026 roku nakładem wydawnictwa ASTRUM, wyrósł z dojrzałości samego autora. Głęboko refleksyjnie wyznacza czytelnikowi niełatwy trakt między emocjami a obserwacją teraźniejszości przez pryzmat własnych wieloletnich doświadczeń. Pobudza uśpione dotychczas pokłady osobistych przeżyć, obrazów, myśli, obserwacji. Przyglądając się im z sobie wiadomego dystansu, nadaje im zupełnie nowe znaczenie.

 

Doświadczam czegoś,

Co otwiera mi oczy na świat w nowy, głębszy sposób.

Wszystko wydaje się być wykreowane,

jakby z drugiej ręki.

 

Autor opisujący własne doznaniach i przeżycia odkrywa potrzebę powrotu do tamtych realiów, dobrych i złych chwil.  To na nich opiera prawidłowe odczytywanie tego, co dzisiejsze.  Takie swoiste poprowadzenie myśli nie może pozostać bez echa. W dobie szeroko pojętych zmian nie tylko w świecie, ale przede wszystkim w człowieku, musi dawać do myślenia, a nawet budzić niepokój.

 

W miarę upływu lat coraz częściej

dotykam czegoś wcześniejszego,

czegoś, co zastygło w pamięci,

pierwotnego źródła rzeczy.

 

Wojciech Bieluń w swoich poetyckich rozważaniach i poszukiwaniach odpowiedzi dotyka również sfery mistycznych doznań i odniesień. Widać to wyraźnie, kiedy wręcz sięga do „pierwotnego źródła rzeczy”. To osobiste poszukiwanie źródła/początku wskazywać może na to, że autor sam dochodzi do wniosku, iż musi być jakiś początek nadający światu bieg i w nim należy szukać rozwiązań. W jego utworach możemy także znaleźć wiele odniesień do Boga i  patrzenia na życie przez subtelny pryzmat wiary.

Jego interpretacja świata – i często niezgoda na zaistniałą rzeczywistość – rodzi kolejne frustracje. Nie ma innego wyjścia – musi rodzić! Autor, zanurzony w realiach toczącego się życia, często zastanych i niezależnych od jednostki, a jednak kreujących świat w sposób łatwy, miły i przyjemny, pozbawiony głębi i jakichkolwiek wymagań, w którym wszystko musi jawić się jako otwarta karta – prosta, oczywista i pozbawiona tajemnicy – czuje się wyobcowany. Nie potrafi odnaleźć siebie ani osadzić własnego sposobu postrzegania rzeczywistości w narastającej fali ogłupienia, bezmyślności i powierzchowności.

 

Kiedy staję się oczywisty,

Czuję się bezbronny.

Nie wiem, jak to jest mieć ciszę w głowie.

 

Pozostawia sobie jednak prawo do osobistej oceny całości widzenia i postrzegania. Robi to jednak w bardzo wysublimowany sposób, mając na względzie to, co sugerował już Fryderyk Nietzsche. Jego refleksje często dotykają kwestii, że ci, którzy widzą inaczej (muzykę, świat), bywają pochopnie oceniani przez większość jako szaleni.

Dzisiejsza optyka realności i autentyczności pozwala domniemywać, że niestety im bardziej wrażliwe spojrzenie, tym większy lęk przed jego akceptacją, czy chociażby podjęciem próby zrozumienia. Nie dziwi więc fakt, iż wielu myślicieli pozwala sobie bezpiecznie spoczywać swoim „filozofiom” w przysłowiowych szufladach bądź intelektualnych „chmurach” bez dostępu sił zewnętrznych i zbędnego narażania się na nierzetelną ocenę.

Bieluń trochę na przekór temu próbuje się mierzyć ze światem i samym sobą, dochodząc jednocześnie do wniosku, który mniej świadomie towarzyszył mu tak naprawdę, gdy zaczynał drogę – że łatwo nie będzie. 

 

Obecnie

możliwość świadomego kształtowania losu

wiążę z subiektywną interpretacją postrzegania świata,

coraz trudniejszego do zrozumienia nawet,

kiedy dotykam sfery skompensowanej narracji.

 

Własna, subiektywna ocena tego, co bliskie i co nieco dalsze, poparta jest tutaj latami doświadczeń i emocjonalnych zetknięć się z wieloma aspektami życia, od zupełnie prozaicznej codzienności przez ważne epizody, po doświadczenia uniesień wręcz mistycznych. To wszystko skłania poetę do konieczności reagowania. Wszak widzenie realiów w sposób nie do zaakceptowania wymaga interwencji i to nie byle jakiej. Czasem trzeba coś poruszyć, zburzyć, czy jak pisze sam autor „zakłócić równowagę”, by dać przestrzeń na ocalenie tego, co jeszcze ma prawo bytu w świecie wartości.

 

Mam wrażenie, że żeby coś ocalić

najpierw trzeba zakłócić jego równowagę.

 

Świat wartości zajmuje u Wojciecha Bielunia szczególne miejsce. Poświęca on wiele treści, przyglądając się własnej etyce i temu co dotąd stanowiło podstawę jego życia, jak i temu, co dziś jawi się jako wartość przyświecająca światu. Autor w kilku utworach z charakterystycznym „rachunkiem sumienia” rozlicza się sam ze sobą z pochopnych, nietrafnych decyzji.  Widać również wyraźną niezgodę na świat coraz bardziej pozbawiany właśnie tego, co wartościowe. Poeta nie chce ulegać trendom i niechcianemu porządkowi. Nie poddaje się i nie pozwala sobie na bladość, chce być przynajmniej jakiś. Nie próbuje dopasować się do świata i tego, co obecna rzeczywistość niesie ze sobą, pochłaniając całe rzesze łatwowiernych, tych, których ścieżki mają był proste, bo tak, bez żadnego powodu, jakiegokolwiek argumentu, bez poszukiwania, dążenia bez czegokolwiek.

 

Jestem marzycielem,

(…)

Nie wchodzę z nikim w dopasowane relacje.

Nie przyciągam do siebie dopasowanych epizodów.

 

Taka postawa bycia wiernym swoim przekonaniom i wartościom stawia poetę na piedestale tego, co zdaje się już być czymś obcym dla większości w obecnym patrzeniu na świat i samo człowieczeństwo. Wojciech Bieluń wychodzi poza horyzonty tego postrzegania. Poza ustanowione ramy często bez zasad i norm, sprzyjające rozwijaniu się niepokoju i braku stabilności, gdzie człowiek chcący odnaleźć swoje miejsce musi sięgać głęboko, aż do początków, o czym autor również wspomina w swoich poetyckich rozważaniach.

Oczywiście poeta nie jest jedynie biernym obserwatorem tych niepokojących go zmian w świecie i to zarówno tych z „własnego podwórka”, jak i tych w znaczeniu globalnym. Ma wiele możliwości, by zadziałać i to nie tylko w słowie pisanym. Dziś tak bardzo nie docenia się rozmowy, dyskusji, dochodzenia do pewnych wniosków. Bywa, że bez najmniejszego zastanowienia przyjmuje się cudzy przekaz jako pewnik, czy fakt. Autor z własnego doświadczenia wie, że dialog może obudzić w człowieku chęć do poszukiwania własnych prawd.

 

Lubię wchodzić w głowy,

zmuszać do myślenia.

 

Forma spotkania z drugim człowiekiem i jego „wchodzenie do głowy”, by pobudzać kolejne receptory myślowe, zdaje się być jego niepisaną misją, samotną walką z tym, co pewnie nieuniknione, ale póki co niestracone. Warto więc podejmować kolejne próby, a nuż narodzą się kolejni myśliciele chcący nieco więcej, szerzej, głębiej. To jest ratunek dla ludzkiego intelektu. Już Albert Einstein pisał: Świat jest niebezpiecznym miejscem do życia, nie z powodu ludzi, którzy są źli, ale z powodu ludzi, którzy nic z tym nie robią. Poeta ma tego świadomość i podejmuje działania spokojnie, bez rozgłosu, w swoim tempie, a nawet powiedziałabym z pewnego rodzaju subtelnością. Nie wychodzi z pozycji krzykacza lecz delikatnie, a jednocześnie bez pardonu wchodzi w czyjeś myśli, potrzeby, oczekiwania i tutaj widzi pole działania.

W swojej poezji Wojciech Bieluń dostrzega, że wszystkie jego doświadczenia wskazują jedynie na pozahoryzontalność świata. Im bardziej autor przygląda się temu, co wokół, a także samemu sobie i własnemu życiu, widzi, jak niewiele może, jak małe jest to wszystko, co stanowi jego całość w sferze istnieniowej. Wszystko do czego dąży, co zgłębia, czym się zajmuje, wydaje się być tak mało ważne w przestrzeni czasu i samym fakcie bytu, a jednak nie jest bez znaczenia, bo przecież stanowi jego samego jako jednostkę. Poeta jednak nie widzi sensu rozprawiać o tym, uznawszy, że konkluzja może być tylko jedna.

 

Nie mam władzy

nad wszystkim co tylko możliwe.

(…)

najchętniej bym milczał.

(…)

Nie widzę powodu,

żeby o tym opowiadać,

(…)

Tylko po to, żeby zobaczyć,

że świat wykracza poza to,

co znałem.

 

Autor przekazuje nam prawdę pełnego pokory spojrzenia na własne dokonania, oczekiwania i mierzenie się ze światem. Nasze ludzkie spojrzenie na całość może rodzić błędny obraz własnego spełnienia, który dla wielu może okazać się zgubny.

„Punkty widzenia” to nie tylko rozprawa o świecie i jego postrzeganiu, o przyświecających mu wartościach, albo ich braku. To przestrzeń wielu pytań, które autor stawia zarówno czytelnikowi jak i samemu sobie. Pytań, na które wciąż poszukuje odpowiedzi. Niektóre z nich zajęły mu większość życia, ale i tutaj się nie poddaje. Wciąż przemierza kolejne ścieżki własnego umysłu, by znaleźć do nich drogę. Jest w tym procesie zdeterminowany, ale jednocześnie pogodzony z tym, że nie wszystkie zostaną odkryte w przyszłości.

Jego świat artystyczny charakteryzuje pewna forma samotności, samotności z wyraźnego wyboru. Może ze względu na to co tworzy i jak tworzy, nie wpisuje się we współczesne kanony. Jego oszczędny, mało metaforyczny świat poetycki jest jasny, otwarty, czytelny. Jakby chciał odrodzić chęć sięgania po poezję w dobie, gdy nie zdobywa ona szczytów popularności. Poeta wyciąga dłoń i serce pełne słów, które z łatwością mogą stać się czyjąś drogą, czy wskazówką.

 

Patrząc w lustro,

widzę samotnego człowieka.

Co prawda nie kojarzonego z izolacją,

lecz z wyborem stylu życia,

który przyjął archetypową rolę,

rodzaj maski,

prezentującej wyczekującą postawę

wobec zewnętrznego świata.

(…)

Nie zatrzymuje go przeszłość,

nie martwi się o przyszłość.

 

„Punkty widzenia” to książka, która „nie narozrabia” w świecie współczesnej literatury, nie zaskoczy i nie będzie nominowana do zaszczytnych nagród. Jest to jednak tom wierszy, który ma ogromne znaczenie dla czytelnika. Autor ciepłą refleksją wręcz otula odbiorcę, by ten, poczuwszy się bezpiecznie, zechciał powędrować z nim dalej, w głąb samego siebie i tam wspólnie szukać, odkrywać, zmieniać i pytać. Nie jest to lektura jednorazowego dotyku. Tutaj jest potrzeba powrotów czasem do jednego wersu, innym razem do całego wiersza.

Spotkanie z poezją Wojciecha Bielunia zostawia w czytelniku bezimienne, ciche, jakże ciepłe ślady, które świadczą tylko o tym, że poezja wciąż ma wpływ na nasze życie, na to co myślimy, jak żyjemy i jakie podejmujemy decyzje. Wciąż doświadczamy tego, że ma ona wyjątkową moc, jeśli tylko dostanie się w odpowiednie ręce.

Renata Adamska-Garbowska

_____________________

Wojciech Bieluń (Targosz), Punkty widzenia. Wydawnictwo Astrum, Wrocław 2026, s. 114.

 

 

Plakat
Janusz Orlikowski

 

Co to zmienia?

 

Mogła spokojnie kierować katedrą teologii katolickiej na uniwersytetach w Duisburgu i Essen. Będąc pierwszą kobietą, która otrzymała w roku 1970 profesurę w tej dziedzinie mogła wykładać Nowy Testament i starożytną historię Kościoła aż do emerytury. Po czym w roku 2021 pojawiła się śmierć. Z pewnością, jako naukowiec z krwi i kości, o emeryturze by nie myślała. Prawdziwi naukowcy, podobnie jak poeci, czy też artyści innej maści, zawsze mają w sobie ciekawość życia, zagadnień, którym się poświęcają i zawsze obecne w nich jest – dążenie do prawdy. To coś, co jest pierwsze i stanowi element napędowy pasji.

Urodzona w 1927 roku Uta Ranke-Heinemann, bo o niej tu mowa, za krytykę instytucji kościelnych i interpretowanie dziewiczego poczęcia Maryi z wyłącznie teologicznego, a nie biologicznego punktu widzenia, ta profesor teologii katolickiej została pozbawiona katedry, a następnie poddana ekskomunice. A przecież mogła... I dni by mijały, i by wykład za wykładem... Jednak dla wielu owo dążenie do prawdy, jej poszukiwanie jest ważniejsze, niż wszelki splendor i tak zwany – święty spokój. A skoro o spokoju mowa autorka z niekłamanym żalem wspomina jak jej przyjaciel, profesor nauk teologicznych, Joseph Ratzinger, który wspierał ją w jej odkryciach, gdy stał się papieżem – nagle zmienił front. Można też czytać o tym, jak spotykała się z murem niezrozumienia bez argumentacji u hierarchów Kościoła. Adwersarze nie mieli nic w zamian. Oczywiście to pisała ona, lecz jaki by był sens, gdyby pojawiły się konkretne dowody przeczące jej interpretacjom, odkryciom i dowodom?

Maria w momencie poczęcia Jezusa była dziewicą i nią pozostała również po Jego urodzeniu, twierdzi Kościół. Nie ma co dywagować, czy to możliwe, czy nie. Jako wierzący chrześcijanin mogę uważać to za cud. Można natomiast rozważać, czy dziewicze poczęcie Nazarejczyka to wynik przemyśleń autorów kanonicznych ewangelii, którzy poprzez to chcieli udokumentować boskie pochodzenie Jezusa? Wzorem tego jak do boskości odnosili się pogańscy Grecy. A tu na przykład Platon był traktowany jako bóg, Herakles, czy Dionizos, a nawet Homer był otaczany boską czcią w świątyniach.  A kulturowe wzorce mieszały się ze sobą przecież w tym czasie. Bóg Ojciec Jezusa, pogański bóg Apollo Platona – to przecież czyste przeniesienie. U Greków jednak nie miało to nic wspólnego z seksualnością człowieczą, a u autorów czterech kanonicznych ewangelii raczej już tak. Wnoszę to z postaw wielu pierwszych chrześcijan już po ukonstytuowaniu się czwórki kanonicznej, gdzie bezżenność była bardziej ceniona niż małżeństwo. Później swoje dodał Augustyn, dalej Tomasz z Akwinu, co w rezultacie doprowadziło do tego, że wyżej ceniono celibat niż małżeństwo. Z pewnością nie było to zamiarem – Jezusa. Ten przecież, gdy mówił o małżeństwie to z jedną kobietą, co było nie w smak pierwszym apostołom. Dla wielu z nich wielożeństwo było czymś naturalnym. On wtedy tylko stwierdził, że są tacy, którzy „tego nie pojmują” wykazując się tym samym olbrzymią tolerancją wobec myślących inaczej. A żadna bezżenność, czy celibat z pewnością nie była mu w głowie.

Tym niemniej tak się stało, że dziś, współczesny, a wnikliwy człowiek słysząc na każdej mszy świętej „z dziewicy Maryi”  może zadać sobie pytanie – czy zatem stosunek seksualny jest czymś złym? To samo, myślę, mogło sekundować wspomnianej wcześniej Ucie Ranke-Heinemann. Rodzi się więc kwestia: dlaczego nie pozwolić powiedzieć, że Jezus był owocem miłości Józefa i Marii? Dlaczego Bóg w swej cielesnej postaci nie mógł narodzić się jako wynik miłości pomiędzy nimi? Co temu przeczy? Co przeczy temu, aby pokazać zwykłą ludzką, cielesną więź pomiędzy nimi? Przecież Pieśń nad pieśniami, która znajduje się w kanonie ewangelicznym jest  dowodem właśnie cudownej cielesności. Fakt, Kościół aby sobie z tym poradzić stwierdził, że to obraz miłości do niego właśnie. Jako poecie trudno mi się z tym zgodzić, a jako chrześcijaninowi uwierzyć. Kiedyś pisałem o tym esej.

Tym niemniej wyobraźmy sobie taką sytuację: wszyscy poddają się temu, że stosunek seksualny jest czymś złym, jak bezpośrednio wynika z dziewiczego poczęcia. Co się dzieje? Z czasem nie ma tych, którzy to twierdzą oraz wszystkich innych, bo ludzkość po prostu umiera, nie ma jej.  A zatem: czy stosunek seksualny jest czymś złym? Że powtórzę pytanie. Czy Bogu by na tym zależało, aby unicestwić swe dzieło? A i jeszcze, i przede wszystkim: dlaczego miałby twierdzić, że jeśli On zstępuje na ziemię, to Jego, by tak rzec, cielesna geneza by miała być inna niż przeciętnego, zwykłego człowieka? Tym samym by twierdził, że stosunek seksualny jest czymś, pisząc oględnie, nieodpowiednim aby pojawiła się Jego cielesna postać. Czy to nie byłby absurd? Jezus miał zaświadczać, że jest Bogiem nie poprzez sytuację swego narodzenia, a poprzez to co czynił i to jest najważniejsze.

Jeżeli więc ludzkość po prostu ma być nie ma argumentu na to, że Bóg w swej cielesnej postaci Jezusa miałby zignorować prawdę o tym, że człowiek rodzi się w wyniku cielesnego zespolenia kobiety i mężczyzny, bo przecież sam tak ustanowił. Piękny seks i jego wynik Jezus. I moje pytanie: czy to coś zmienia? Nie. Moim zdaniem, nie. Jezus Chrystus w dalszym ciągu jest Bogiem, który narodził się z Marii (tyle że nie dziewicy) i Józefa. Jest obrazem zwykłych narodzin, jeśli Bóg chciał się ucieleśnić. A dlaczego mamy nazywać Jezusa Bogiem, o tym świadczą Jego, ogólnie ujmując, działania.

Wbrew zamysłom ewangelistów i po nich ojców Kościoła (Augustyna, Tomasza z Akwinu) i hierarchów Kościoła podtrzymujących tezę o dziewiczości Marii można zauważyć, że teza ta powoduje, że narodziło się szereg bzdurnych interpretacji. Jedną z nich jest chociażby czytana w książce Huberusa Mynarka „Jezus i kobiety”. Tam to bowiem czytamy, że Jezus był bękartem, a Jego ojcem jest rzymski żołnierz o imieniu Pantera, co jest wymysłem, a co najwyżej polemiką antychrześcijańską. Takich historyjek by wtedy nie było. Tym niemniej one się pojawiły, ale dlaczego Bóg na to pozwolił, tego nie wiem. I być może nigdy się nie dowiem. Może dając człowiekowi wolna wolę i w tym przypadku stwierdził, że sprawdza i z uśmiechem przyglądał się temu, co też na temat Jego cielesnej postaci ów autor wypisuje, a było tego sporo od Jezusa jako bękarta, po Jego harem kobiet i w ogóle nie etyczny sposób życia. Uśmiechał się pewnie. Tym niemniej chcę zauważyć, że gdyby nie upór Kościoła co do dziewiczego poczęcia Jezusa, takich pomysłów jakie proponuje Hubertus Mynarek, czy też inni antychrześcijańscy pisarze, czy nawet naukowcy, by po prostu nie było. Nie byłoby genezy ich z gruntu rzeczy martwych dociekań.

Drugim „bolesnym” zagadnieniem w osobie Jezusa jest Jego związek z Marią Magdaleną. Pytanie podstawowe: czy Jezus był partnerem, a w tym i seksualnym tejże Marii? Przede wszystkim należy obalić mit jakoby to miała być Jawnogrzesznica. Do dziś są poglądy, że tak. Współczesna teologia jawnie temu przeczy. Maria z Magdali, Maria z Betanii i owa Jawnogrzesznica to zupełnie inne Marie. Ta z Betanii to przyjaciółka Jezusa, gdzie jej siostra Marta chciała przypodobać się Jezusowi poprzez materialne dogodności, a ten ją za to zbeształ. Jezus  lubił przebywać w ich towarzystwie. Jawnogrzesznica to z kolei ta, która obmywała stopy Nazarejczyka swoimi łzami, natomiast nas interesująca to Maria Magdalena, ta pochodząca z Magdali, majętna wdowa. Swą niezależność finansową  zawdzięczała rodzicom oraz własnym umiejętnościom finansowym. Oczywiście tu znowu pojawiają się podejrzenia, że Jezus dlatego się z nią związał, ponieważ ona była majętna, a On potrzebował pieniędzy aby utrzymywać przy życiu swą sektę. Bo to przecież na początku to sekta była. Jakby nie spojrzeć, ten wątek finansowy ma tu znaczenie. Była więc to kobieta, co na owe czasy nie było łatwe, całkowicie niezależna finansowo. Byśmy dziś powiedzieli pewna siebie. Lecz, jak mówi Nowy Testament, została, by tak rzecz, „zweryfikowana” przez Jezusa, poprzez wypędzenie siedmiu demonów. Dopiero wtedy stała się Jego uczennicą. Niewiele o niej kanoniczne ewangelie, chociaż zwracają na nią szczególną uwagę, choćby poprzez to, że pierwsza ujrzała zmartwychwstałego Jezusa. Tym niemniej nic tam o tym,  jakoby by miała być partnerką Jezusa z Nazaretu. Takie informacje nie mogły się pojawić, jeśli twardo stało się na stanowisku, że – stosunek seksualny jest czymś złym, a Jezus narodził się z Marii dziewicy. By to całkowicie przeczyło przyjętej narracji. Oczywiście zwraca się uwagę na szczególny związek Jezusa z Marią Magdaleną, dopuszczając nawet pocałunek, lecz według nauki Kościoła jest on stricte aseksualny. Czyli to co umknęło, być może, redaktorom czterech kanonicznych, interpretuje się tak, aby, broń Boże, nic z seksualnością nie miało wspólnego.

Moim zdaniem Bóg się śmieje do rozpuku, a zarazem jest zatroskany. Oczywiście to moja interpretacja, tym niemniej – co to zmienia, jeśli Maria Magdalena była faktyczną partnerką Jezusa?  Co, jeżeli wraz z nim nawet może nauczała, znając choćby po części to, co Nazarejczyk chciał przekazywać? Jaka to ujma dla Jezusa? Podejrzewam, że żadna. Przecież mądrość Boga w Jego cielesnej postaci nie może być w niezgodzie z mądrością kobiety takiej, jak Maria z Magdali. W  istocie Jezus był tym, który wyzwolił ją z siedmiu demonów, stając się tym samym tym,  który stal prekursorem katolickich egzorcyzmów. Fakt, kobiety posługują się przede wszystkim emocjami, które zawsze są aniołami śmieci, dopiero dalej uczuciami, a na sam koniec racjonalnym spojrzeniem. Oczywiście nie wszystkie i nie zawsze, by nie być posądzonym o stronniczość, pisząc oględnie.

Maria Magdalena i Jezus z Nazaretu małżeństwo, jedna żona, jeden mąż, tak jak nauczał Jezus. Co to zmienia, jeżeli by tak było? Tylko przykład dla apostołów, którzy niechętnie widzieli posiadanie tylko jednej żony. Poza tym, by to jednoznacznie dało kłam pomysłom takim jakie preferuje wspomniany wcześniej Hubertus Mynarek, czy inni szukający sensacji w żywocie Jezusa widząc w nim szarlatana, który manipuluje naiwnymi kobietami i szukającymi w nim odpowiedzi na swe marne życie. Ba szarlatana, kochanka i Marii z Betanii, i Jawnogrzesznicy i wielu  innych, nie wspominając o Marii z Magdali, amen. Zwykły związek pomiędzy Jezusem i Marią Magdaleną  by temu zaprzeczył.  A jest on całkiem prawdopodobny.

Pytam: co to zmienia, jeśli przyjąć, że Maria z Magdalii i Jezus z Nazaretu byli faktycznie partnerami, pierwszym chrześcijańskim małżeństwem z krwi i kości? Czy to, przede wszystkim Jezusowi, coś umniejsza? Bóg, Jezus, stając się człowiekiem przyjął tym samym wszystkie możliwości jakie powodują bycie nim. Czy mamy uwierzyć, że jakoby, jak to chciał wspomniany wcześniej Mynarek i paru innych, że Maria z Magdali to tylko jedna z Jego miłostek? Chyba nie, jeśli On zwracał uwagę  na  nierozerwalność małżeństwa.  Podobnie jak pytałem, co z tego, że Jezus był owocem miłości Marii i Józefa? Co to zmienia? I jaki jest argument za tym, by tak nie było. A unika się paru istotnych przeszkód. Tych, które budzą niepotrzebne emocje. Czy Bogu zależało na tym, być może, nie wiem. Choćby jeden argument na to. Pewnie On mi nie odpowie.

Chyba tak samo myślała Uta Ranke-Heinemann, chociaż nie posunęła się do kwestii ewentualnego małżeństwa Marii z Magdali z Jezusem. Nie było to też w istocie jej dociekań. Podejrzewam, że gdyby tak było nasze myślenie byłoby podobne. Tak, Jezus mógł być małżonkiem Marii Magdaleny i nic nie stało na przeszkodzie, aby tak było. A przede wszystkim nic to nie zmienia w nauczaniu Jezusa z Nazaretu. Emocje w tej kwestii są więc zupełnie niepotrzebne. Bo przecież co to zmienia. Jest tylko kwestia prawdy, o którą zawsze warto zadbać. Jezus nie narodził się z dziewicy, a Jego żoną była Maria z Magdali – i to nic nie zmienia, jeśli tak było. Tak sadzę.

Janusz Orlikowski

 

 

Plakat
Andrzej Dębkowski

 

Kiedy gasną dwa światła 

 

Bywają takie odejścia, które trudno zamknąć w kilku zdaniach, bo wraz z człowiekiem znika nie tylko jego głos, twarz czy nazwisko, lecz także pewien fragment świata, którego już nikt nie odtworzy. Tak jest w przypadku Joanny Rawik i Jana Frycza – dwojga artystów należących do różnych pokoleń i reprezentujących różne dziedziny sztuki, a jednak połączonych tym, co w sztuce najważniejsze: prawdą, talentem i umiejętnością pozostawienia po sobie śladu w ludzkiej pamięci.

Joanna Rawik miała głos, który nie służył wyłącznie do śpiewania. W jej interpretacjach zawsze było coś więcej – doświadczenie, emocja, melancholia, czasem ból, ale także niezwykła siła. Potrafiła sprawić, że piosenka stawała się opowieścią o człowieku, jego tęsknotach, miłości, samotności i przemijaniu. Była artystką osobną, rozpoznawalną od pierwszego dźwięku, a zarazem osobowością, której nie dało się sprowadzić tylko do estrady. Jej obecność w polskiej kulturze była znacznie szersza – była aktorką, dziennikarką, autorką i świadkiem swojej epoki.

Jan Frycz z kolei należał do aktorów, których nie trzeba było przedstawiać. Wystarczała chwila na ekranie albo scena teatralna, by jego charakterystyczna twarz, głos i sposób budowania postaci przykuwały uwagę. Potrafił grać ludzi mocnych i bezradnych, szlachetnych i pogubionych, tych, którzy mówią wiele, i tych, których najważniejsze słowa pozostają niewypowiedziane. Jego aktorstwo miało w sobie rzadką umiejętność budowania napięcia bez przesady i bez taniego efektu. Był aktorem, który ufał tekstowi, postaci i inteligencji widza. Dziś oboje spotykają się w naszej pamięci w szczególny sposób.

Odeszli artyści, ale nie odeszły ich głosy. Nie zniknęły nagrania, role, spektakle, rozmowy, obrazy i emocje, które pozostawili. Sztuka ma bowiem tę niezwykłą właściwość, że potrafi oszukać czas.

Człowiek odchodzi, ale jego głos może zabrzmieć ponownie po wielu latach, aktor może znów pojawić się na ekranie, a piosenka może nagle otworzyć drzwi do wspomnienia, o którym wydawało nam się, że już dawno zostało zamknięte.

Joanna Rawik i Jan Frycz zostawili po sobie właśnie takie drzwi. Możemy je jeszcze otwierać. Możemy wracać do ich artystycznych dokonań, słuchać, oglądać, przypominać sobie i odkrywać na nowo. I może właśnie w tym kryje się najpiękniejszy sens pożegnania artysty – że nie jest ono ostateczne. Dopóki bowiem trwa pamięć odbiorców, dopóty trwa także jego obecność. Gasną światła sceny, milkną głosy, pustoszeją garderoby. Zostaje cisza. Ale po tej ciszy przychodzi chwila, kiedy z głośnika znów odzywa się znajomy głos, a na ekranie pojawia się znajoma twarz.

I wtedy rozumiemy, że artyści naprawdę odchodzą dopiero wtedy, gdy przestajemy ich pamiętać. Joanno, Janie – dziękujemy za to, że byliście. I za to, że dzięki swojej sztuce wciąż jeszcze jesteście.

Andrzej Dębkowski

Fot. Wikipedia