Nowości książkowe

 

Plakat
Andrzej Dębkowski 

 

Kiedy gaśnie światło

 

Portal Pisarze.pl zawiesza działalność. Oficjalnie tylko na wakacje. We wrześniu – „zobaczymy”. Znam ten język. W Polsce wiele rzeczy kończy się właśnie od słowa „zobaczymy”. Tak umierają czasopisma, stowarzyszenia, domy kultury, biblioteki i marzenia ludzi, którzy naiwnie uwierzyli, że kultura jest jeszcze komuś potrzebna.

Nie można mieć pretensji do Redaktora Naczelnego. Przeciwnie. Podziwiam go, że tak długo wytrzymał. Przez lata ciągnąć niemal samotnie przedsięwzięcie, które powinno być przedmiotem troski państwa, samorządów, fundacji i całego środowiska literackiego, to nie działalność społeczna. To rodzaj współczesnego heroizmu. Pisarze.pl nie było przecież kolejnym blogiem ani internetową zabawką. Było miejscem spotkania ludzi słowa. Miejscem, gdzie publikowali autorzy z różnych środowisk, różnych pokoleń i różnych części Polski. Miejscem dialogu. Miejscem obecności literatury.

Literatura nie jest dziś modna. Modne są za to skandale, awantury i samozwańczy celebryci. Modne są kilkunastosekundowe filmiki, w których można powiedzieć wszystko, byle szybko i głośno. Modne jest kreowanie siebie. Niemodne jest tworzenie. W kraju, który lubi powtarzać, jak bardzo szanuje kulturę, twórca bardzo często pozostaje petentem. Człowiekiem od próśb, podań, formularzy i zrzutek. Człowiekiem, który najpierw musi udowodnić, że istnieje, a później jeszcze, że zasługuje na odrobinę uwagi.

Tymczasem miliony publicznych pieniędzy znajdują się zawsze. Na propagandę. Na polityczne zabawki. Na projekty, o których za rok nikt nie będzie pamiętał. Nie znajdują się natomiast na przedsięwzięcia, które rzeczywiście budują kapitał kulturowy kraju. Bo kultura nie krzyczy. Poezja nie blokuje ulic. Esej nie organizuje manifestacji.

Literatura nie przynosi natychmiastowych korzyści politycznych. Więc można ją spokojnie ignorować. Aż do momentu, gdy zostanie po niej pustka. Najbardziej boli jednak coś innego. Obojętność. Nie urzędników. Do niej zdążyliśmy się przyzwyczaić. Boli obojętność tych, którzy najgłośniej mówią o znaczeniu literatury, także tych, którzy codziennie publikują swoje wiersze, zdjęcia książek, relacje ze spotkań autorskich i zachwyty nad kulturą. Kiedy jednak przychodzi chwila próby, gdy trzeba wesprzeć miejsce służące wszystkim, nagle okazuje się, że każdy patrzy w swoją stronę. Własny tomik. Własna promocja. Własna nagroda. Własne pięć minut. Reszta niech radzi sobie sama. Tak właśnie przegrywa się kulturę. Nie jednym wielkim ciosem. Tysiącem małych zaniedbań. Tysiącem wzruszeń ramion. Tysiącem sytuacji, w których ktoś uznaje, że przecież nic się nie stanie. A dzieje się.

Gaśnie kolejne światło. I coraz trudniej znaleźć drogę. Może jeszcze we wrześniu uda się je zapalić na nowo. Chciałbym w to wierzyć. Ale niezależnie od tego, co wydarzy się z Pisarze.pl, pozostaje pytanie znacznie ważniejsze: czy naprawdę jesteśmy społeczeństwem, które potrzebuje literatury, czy już tylko społeczeństwem, które lubi od czasu do czasu o niej wspominać? Bo jeśli to drugie, to nie umiera portal. Umiera coś znacznie większego. Umiera przekonanie, że słowo ma jeszcze znaczenie.

Andrzej Dębkowski

 

 

Plakat
Harry Duda 

 

Czkawka szaleństwa czy hipokryzji

 

Piszę to jako człowiek schorowany i niepełnosprawny ciężko, który do tzw. służby zdrowia ma dostęp obywatelskiego szeregowca, nawet nie oficera, a już najmniej generała. Składki na zdrowie płacę z emerytury (nauczycielskiej) prawie dokładnie 500 zł miesięcznie. Gdyby miał te 500 zł w kieszeni, mógłbym dodać 100 zł i odbyć miesięcznie dwie wizyty lekarskie prywatne, czekając – w każdym razie o wiele krócej niż w owej „służbie”. Oczywiście znacznie gorzej by było, gdyby trzeba zaliczać specjalistyczne „dobiegi” (taksówkami, bo oddechu brakuje) zabiegi, operacje, rozmaite szpitalne pobyty itp. Jednak, wszak, nie wszyscy (i jednocześnie) chorują, zwłaszcza na schorzenia liczne i ciężkie, bo też nie każdy jest starcem jak ja. Zgoda zatem, składkowość solidarnościowa (typu NFZ) powinna mieć sens, ale w praktyce – niekoniecznie – i nie zawsze go ma. Zależy to od tego, jak się tym materialnym owocem solidarności zarządza. A głównie od tego, co się ma pod czaszką…

I teraz tak. Zwichnięte ideologicznie, ponieważ lewackie (mówiąc potocznie i emocjonalnie trafnie – „porąbane”) wyobrażanie sobie, że wszyscy ludzie ex definitione wszędzie, zawsze i pod każdym względem „są równi” to podstawowa herezja czyniąca z ludzkich mózgów już nie nawet życiodajną (skądinąd) wodę, lecz brzydko pachnąca breję (kogel-mogel nie, bo ten jest przynajmniej smaczny).

Od niezmierzonych tysiącleci społeczności ludzkie, od najprostszych wspólnot rodzinnych począwszy, były, są i muszą pozostać hierarchiczne. A z tą hierarchicznością wiąże się zakres praw i obowiązków, skodyfikowanych lub nie, spisanych czy tylko zwyczajowych, a w każdym razie zdroworozsądkowych. Jedni mają większe prawa i więcej praw, inni mniejsze prawa i mniej praw. Wynika to choćby ze społecznego podziału pracy: jedni zarządzają innymi; jedni kopią rowy, inni grają na skrzypcach; jeden jest matematycznym geniuszem, drugi skacze wzwyż 2 metry, a geniusz, jak się postara, to może przeskoczy 40 cm; a na koniec skrótowej łopatologii – jeden, z całym szacunkiem (bo człowiek), jest głupiutki jak but (choćby się uważał za mędrca), a drugi jest naprawdę mądry. O jakiej więc bezwzględnej równości może być tu mowa?

Ogólnie – zgoda. Jako ludzie biologicznie jesteśmy równi: ręka, noga, głowa itp., bolą tak samo ministra jak sprzątaczkę. Ale…

Oto np. lekarz ma na polu bitwy 2 rannych – jeden to szeregowiec, a drugi to kapitan, a zarazem dowódca kompanii tego żołnierza (w której sztab został dronem wybity niemal do nogi) i nie ma kto go zastąpić; żołnierz w ocenie lekarza daje słabe nadzieje na przeżycie, zaś dowódca odpowiedzialny decyzjami za życie wielu ludzi, wymaga pomocy, która przywróci go do możliwości dowodzenia. Komu pierwszemu ma udzielić ów lekarz pomocy? Oczywiste, że dowódcy, chyba że jest idiotą (w sensie potocznym, nie psychiatrycznym). Kapitan okrętu w wielu aspektach nawet nie może być równy majtkowi (nawet mu nie wolno).

W naszej polskiej anarchicznej przeszłości (bywało!) ukuto kiedyś hasło: „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Dobrze. Ja zaś dodaję: „Ale poza zagrodą już nie”. I jeszcze jedno powiedzenie ma język polski: „To, co wolno wojewodzie, to nie tobie, mały smrodzie”. Brzmi kiepsko, lecz czy coś w tym nie jest?

Sportowcy mają swego (podkreślam, swego!) lekarza sportowego, bo jak piłkarz (zwłaszcza renomowany) dozna na boisku kontuzji, to przecie nie pójdzie stać do kolejki w przychodni ortopedycznej, prawda? A kto z obywateli-szeregowców ma „własnego” lekarza, tzn.  na każde zawołanie?

Nie wiem, jak długo „po komunie” to jeszcze trwało, ale istniała kiedyś tzw. LECZNICA RZĄDOWA.1 Zdarzało mi się drwić, że skoro „rządowa”, to już nawet nie może się nazywać zwyczajnie „szpital”, lecz dla dostojnej wyższości należy nań wołać ‘LECZNICA’. Cóż, politrukom przy rządach megalomania „odbija” zawsze i chyba wszędzie. Ale przynajmniej sprawa była jasna. Tak, politruki (czy w łagodnej nowomowie VIP-y) mają swoje leczenie bez kolejek, chyba że się pochorują jednocześnie w większej liczbie. I ja to akceptowałem i akceptuję także dzisiaj. Dlaczego?

To proste i zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Wyobraźmy sobie, że oto premier rządu (niezależnie od tego kim on jest i z jakiej politycznej „barwy” pochodzi) czuje się źle, ma gorączkę albo (i) od dłuższego czasu dolegają mu „flaki”.  Po prezydencie pełni najważniejszą w państwie, praktycznie codzienną funkcję. I co? Ma iść do przychodni za wyznaczone 3 dni i stanąć w kolejce, a na zarządzoną kolonoskopię czekać rok (przez taki czas, zresztą, każdy zdąży umrzeć np. na wrzodziejące zapalenie jelita). Czysty żywy absurd – jak niegdyś reklamowana „czysta żywa wełna”. I dotyczy to wielu innych najważniejszych stanowisk-funkcji w państwie.

Tak, ci ludzie winni mieć dostęp natychmiastowy do medycyny – w interesie państwa i społeczeństwa. A patologie w postaci korzystania ze stanowiska, by forować tu bez kolejek krewnych, „pociotków” i kolesi „partyjotów” (nie mylić z „patriotami”!) oczywiście winny być wykluczone.

Tymczasem zażarte dyskusje w tej sprawie (w kontekście zarobków lekarzy, np. w TV) i wzajemne wieszanie na sobie Bogu ducha winnych „psów” czynią na mnie wrażenie odmóżdżonych bełkotów.

A zarobki lekarzy? Tu i ówdzie hańba i patologia prawdziwa Może by było dobrze trochę publicznie pogadać, pomijając aspekt kryminalny, o etosie lekarza i jego odwiecznej misji – jak się ona ma dzisiaj do królestwa mamony. Może wtedy do czegoś byśmy doszli…

Harry Duda

 

__________________ 

1 Kto pyta, nie błądzi. AI informuje mnie, że dawniejszy Centralny Szpital Kliniczny MSWiA ustawą sejmową z roku 2022 przemianowano na „Państwowy Instytut Medyczny MSWiA” [1] (ul. Wołowska 137 w Warszawie). Czy publiczni dyskutanci o tym nie wiedzą? Gry i zabawy nazewnicze z podświadomą intencją znaczenia magicznego (zmiana nazwy = zmiana istoty rzeczy; „rzekłem i się stało”) to co prawda nie nowość w rączkach rządzących, ale po co, na co, „zamazywać” cokolwiek? Ta inaczej nazwana placówka medyczna przecież nadal ma za zadanie (i słusznie!) leczyć ważne osoby w państwie, co wszak z tejże ustawy wynika, choć zarazem (i też słusznie!) świadczy też usługi medyczne zwykłym obywatelom.

Frapuje mnie tylko to, DLACZEGO ŻADEN Z POLITYKÓW PYTANY, CZY SIĘ LECZYŁ W SZPITALU POŁUDNIOWYM W WARSZAWIE, NIE ODPOWIE PO PROSTU, ŻE NIE MIAŁ TAKIEJ POTRZEBY, BO EWENT. SIĘ LECZYŁ (lub będzie leczyć) W PLACÓWCE PRAWNIE DO TEGO PRZEZNACZONEJTo dopiero jest dla mnie tajemnica, której nawet AI mi nie wyjaśni.

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat