Nowości książkowe

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Rewolucja bez twarzy. O niepokojącym powrocie Witkacego

(O spektaklu Teatru Telewizji „Bezimienne dzieło” w reż. Jana Englerta)

 

Są teksty dramatyczne, które czekają na swój czas. Leżą w bibliotekach jak ładunki o opóźnionym zapłonie, aż rzeczywistość sama poda im iskrę. „Bezimienne dzieło” Stanisława Ignacego Witkiewicza należy do tej kategorii. W inscenizacji Teatru Telewizji pod reżyserskim okiem Jana Englerta dramat z początku lat dwudziestych XX wieku nie brzmi jak historyczna ciekawostka ani literacki eksperyment międzywojnia. Brzmi jak raport z teraźniejszości.

W centrum utworu znajduje się projekt przewrotu społecznego, którego architektem jest Joachim Mieduwal – postać balansująca między wizjonerem a manipulatorem. Rewolucja, którą planuje, nie jest wyłącznie politycznym przewrotem. To próba przekształcenia całego porządku: estetyki, moralności, relacji międzyludzkich. W tej wizji nie chodzi o zmianę władzy, lecz o wymianę człowieka. Witkacy z przerażającą przenikliwością pokazuje, że każda utopia niesie w sobie ziarno przemocy, a każde „nowe jutro” domaga się ofiar.

Intryga rozpisana jest na wiele głosów. Są w niej postaci uwikłane emocjonalnie, nie do końca świadome konsekwencji własnych decyzji, są też bezwzględni gracze, którzy traktują ideologię jak trampolinę do osobistego awansu. Miłość miesza się tu z oportunizmem, idealizm z cynizmem, a deklaracje moralne z chłodną kalkulacją. Bohaterowie uczestniczą w procesie, który ich przerasta. System rodzi się na ich oczach, a oni – przekonani o własnej sprawczości – stają się jego narzędziami.

Englert czyta Witkacego jako dramat ostrzegawczy. Nie interesuje go historyczny kostium ani dosłowność międzywojennego kontekstu. Interesuje go mechanizm. Mechanizm, w którym masa zaczyna dominować nad jednostką, w którym ilość wypiera jakość, a głos kompetencji tonie w kakofonii uproszczeń. W tej interpretacji „Bezimienne dzieło” przestaje być groteskową fantazją, a staje się ponurą przepowiednią. Reżyser nie moralizuje wprost, ale buduje świat, w którym wyraźnie czuć napięcie przed katastrofą.

Scenografia Arkadiusza Kośmidra jest oszczędna, niemal ascetyczna. Przestrzeń nie przytłacza, nie rozprasza, nie buduje realistycznej iluzji. Jest raczej ramą dla idei. Umowność dekoracji współgra z filozoficznym charakterem dramatu, podkreślając, że to nie konkretne miejsce jest tu istotne, lecz uniwersalna sytuacja. Kostiumy Doroty Roqueplo dopełniają tej koncepcji – balansują między stylizacją a ponadczasowością, nie pozwalając widzowi zakotwiczyć akcji wyłącznie w przeszłości.

Muzyka Piotra Mossa i zdjęcia Piotra Wojtowicza budują atmosferę narastającego niepokoju. Kamera nie ucieka od twarzy, przeciwnie – zbliżenia wydobywają drżenie, zawahanie, momenty pęknięcia. W telewizyjnej realizacji szczególnie wyraźnie widać, jak dramat idei staje się dramatem konkretnych ludzi. Montaż Milenii Fiedler nadaje całości rytm, który nie pozwala widzowi popaść w komfort intelektualnej obserwacji. To nie jest bezpieczny spektakl „o czymś”. To doświadczenie.

Na ekranie pojawia się imponująca obsada: Jan Englert, Daniel Olbrychski, Maciej Stuhr, Grzegorz Małecki, Ireneusz Czop, Beata Ścibakówna, Dominika Kluźniak, a obok nich aktorzy młodszego pokolenia. Każdy z nich wnosi do spektaklu własną temperaturę. Stuhr buduje postać rozdartą między uczuciem a świadomością nadchodzącej klęski; Małecki nadaje swojemu bohaterowi chłodną, niemal laboratoryjną precyzję; Olbrychski i Englert wnoszą ciężar doświadczenia, który sprawia, że ich kwestie wybrzmiewają jak podszyte historią ostrzeżenia.

Szczególne wrażenie pozostawia Justyna Kowalska. Jej bohaterka nie jest jednowymiarową ofiarą ani naiwną idealistką. To postać wewnętrznie sprzeczna, dojrzewająca w cieniu nadchodzącej katastrofy. Kowalska gra subtelnie, bez nadmiaru gestu, pozwalając, by dramat rozgrywał się przede wszystkim w spojrzeniu i pauzie. Jej milczenie mówi często więcej niż najostrzejsza tyrada.

Spektakl operuje groteską – jak u Witkacego – lecz nie popada w farsę. Przerysowanie służy tu obnażeniu mechanizmów władzy i obłudy. Czasem aktorzy grają „grubą kreską”, niemal karykaturalnie, by za moment przejść w tonację niemal tragicznego realizmu. Ten kontrast działa. Śmiech, który pojawia się w niektórych scenach, szybko zastyga w gardle. Humor nie jest tu ucieczką, lecz narzędziem demaskacji.

W warstwie ideowej przedstawienie stawia pytanie o przyszłość kultury. Witkacy obawiał się triumfu przeciętności i unifikacji. Englert dodaje do tego współczesny lęk: czy w świecie zdominowanym przez algorytmy i technologię indywidualność ma jeszcze szansę przetrwać? Spektakl nie daje odpowiedzi, ale sugeruje, że bezpośredni kontakt – żywe spotkanie twórcy i odbiorcy – może być ostatnią linią obrony przed całkowitą automatyzacją doświadczenia.

„Bezimienne dzieło” w Teatrze Telewizji jest więc nie tylko adaptacją klasycznego dramatu. To komentarz do epoki, w której pojęcia tracą znaczenie, a wielkie słowa stają się narzędziem manipulacji. To opowieść o elitach uwikłanych w hipokryzję, o ideach sprzedawanych jak towar, o rewolucjach, które obiecują wyzwolenie, a przynoszą nową formę zniewolenia.

W tej interpretacji najgroźniejsza okazuje się bezimienność. Nie konkretna postać, nie jeden tyran, lecz anonimowy mechanizm, w którym odpowiedzialność rozmywa się w zbiorowości. Gdy wszyscy są współwinni, nikt nie czuje się winny. Gdy tłum decyduje, jednostka milknie.

Spektakl Englerta nie jest łatwy ani pocieszający. Nie oferuje katharsis w klasycznym sensie. Zostawia widza z niepokojem, z pytaniem o własne miejsce w świecie, który coraz częściej przypomina laboratorium społecznych eksperymentów. A jednak właśnie w tej niewygodzie tkwi jego siła.

„Bezimienne dzieło” okazuje się nie tyle historią o planowanej rewolucji, ile opowieścią o powolnym rozpadzie wartości. O świecie, w którym tworzenie i niszczenie są dwiema stronami tej samej monety. O cywilizacji, która zafascynowana postępem może nie zauważyć momentu, w którym traci twarz.

Teatr Telewizji proponuje więc coś więcej niż kolejną inscenizację klasyki. Proponuje lustro. A w nim odbija się rzeczywistość – nieco zdeformowana, groteskowa, lecz boleśnie znajoma.

Andrzej Dębkowski

 

 

Plakat

Andrzej Walter 

 

Judym i wiersze 

 

Jeśli chcecie zobaczyć jak wygląda rozdarta sosna współczesnej polskiej poezji w wersji dzisiejszego Doktora Judyma sięgnijcie po tom Waldemara Hładkiego „Wyczerpane słowa” wydanego u schyłku minionego roku 2025 przez Unię Polskich Pisarzy Lekarzy w Krakowie. Tom jest właściwie wierszowanym dziennikiem utytułowanego medyka, który już od jakiegoś czasu niezwykle sprawnie posługuje się słowami, snując swoją katastroficzną wizję poezji, w której odnajdujemy mało nadziei, ale wiele prawdy. To prawda niesfornego życia, przemijania i bolesnej samotności, napisana bardzo dobrze, lapidarnie i napisana niezwykle zajmująco, prowokując czytelnika do wielu refleksji, a ubogacając to dekadenckimi grafikami wygenerowanymi przez Krzysztofa Kozłowskiego przy użyciu programu sztucznej inteligencji Dream by Wembo.ai

Słowo i obraz dopełniają się niezwykle mocno. Obrazy te, mnie osobiście, kojarzą się z malarstwem Zdzisława Beksińskiego, który sam nie uważał się za surrealistę, ale tego typu wizje nam przecież przedstawiał. To malarstwo figuratywne nasączone właśnie: śmiercią, przemijaniem, rozkładem i apokalipsą, jednym słowem stanami, które niemal przed nami, na wyciągnięcie ręki, a przynajmniej nas się nimi dziś straszy. I taki jest też ten tom. Kiedy się z nim zapoznałem powiedziałem sam do siebie, to nie może być prawda, jest przecież jakaś nadzieja, ale w tym tomie znaleźć jej nie potrafiłem. Pobudził mnie jednak ten tom do swoistego rodzaju myślenia. Te wizje, te obrazy, te zapiski, szkice, oszczędne w słowach mgnienia.

Waldemar Hładki zabiera nas niejako do bram piekieł, gdzie możemy – jak u Dantego – przeczytać napis: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”.

Lasciate ogne speranza, voi ch'intrate – słynny napis umieszczony nad bramą Piekła w Boskiej Komedii Dantego Alighieri. Cytat ten, pochodzący z Pieśni III, oznacza brak ratunku, ostateczność potępienia i konieczność poddania się wiecznemu cierpieniu przez wchodzących do piekielnych czeluści.

Hładki jednak nie wierzy ani w niebo, ani w piekło. Wierzy w słowo. Słowo, co pali ogniem piekielnym, albo żarem sumienia. Zapytacie skąd sumienia? Ano właśnie. Warto się też przy tej okazji zapytać też i to dość wnikliwie kim jest sam profesor Waldemar Hładki, bo cóż to znaczy być profesorem medycyny piszącym wiersze?

I owszem – dzieją się w naturze takie... cuda.

No nieźle, rozpocząłem chyba zbyt wiele wątków. Żeromszczyzna, Beksiński, Hładki i  apokalipsa, a na domiar nieszczęść Boska Komedia, ale to tak właśnie ma być (u Hładkiego), tak należy rozpoznawać naszego bohatera – Autora, Waldemara Hładkiego, jako postać: wielowątkową, nie do końca wyjaśnialną, niepojętą wręcz, nierozpoznawalną i nieodgadnioną. Aleksiej Nawalny polskiej poezji. Dlatego też pierwsze skojarzenia z Judymem – bohaterem samotnym, rozdartym wewnętrznie, lecz społecznikiem i tytanem działania – taki jest wypisz wymaluj profesor Waldemar Hładki – lekarz, naukowiec, poeta, podróżnik, muzyk, szef i wiceszef dwóch poważnych pisarskich organizacji – jednej lekarskiej, drugiej li tylko literackiej... i jak się okazuje dobry poeta, który koncentruje naszą uwagę na mądrze zapisanym słowie – na słowie świadectwie naszych czasów, słowie zamienionym w poezję współczesną i to niezłą poezję, która zadaje wiele pytań, snuje wiele wizji, dotyka ran, tajemnic, nieskończoności i własnej niewiary w wiarę, finalnie przynosząc nam beznadzieję nadziei. O tak, ten poeta też chce być kochany, ale nadzieja, właśnie ta nieszczęsna nadzieja, jak zawsze umiera ostatnia.

 

Kochaj mnie

 

Kochaj mnie bez lęku

o mój ból, trudniejszy oddech

i krok nagle niepewny.

Kochaj bez strachu

w chwilach zwątpienia.

W czerniejących myślach

o kruchej nadziei.

Kochaj bez warunków wstępnych

za okaleczone życie.

 

I takie są te wiersze. Ładne, ale bez nadziei. Przynajmniej ja w nich nadziei nie wyczytałem, bo jeśli ona jest to pozorna, ulotna i jako projekcja naszych potrzeb, tak dobrze przez medyków... ponoć rozpoznanych.

Genialnie ujął to autor przedmowy – mistrz słowa publicystycznego Andrzej Dębkowski, który tak podsumował Waldemara Hładkiego (we wstępie do niniejszego tomu):

W „Wyczerpanych słowach” mamy do czynienia z poezją skrajnie osobistą, a przy tym komunikatywną. Hładki nie ukrywa się za metaforą ani nie ucieka w język ezoteryczny; jego obrazy są proste, często dotykalne, zmysłowe. Ale właśnie ta prostota czyni je przejmującymi. To poezja, która nie szuka fajerwerków, lecz prawdy – prawdy o słabości, starzeniu się, samotności, utracie, ale też o chwilach, które pozostają nieusuwalne, zapach bzu, smak czerwonego wina, dotyk ciepłego piasku, szelest liści.

Możemy tu dodać, że ten tom niczego nie udaje, jest sklecony z czystej i surowej autentyczności autora i jego rozterek. Uderza szczerość i otwartość. Poraża naga prawda o naszym życiu i losie. Bo jest tu takie dyskretne łącze, że prawda autora jest i naszą prawdą, co kieruje wsobność tej poezji ku pełnemu uniwersalizmowi przesłania. Nie każdemu poecie się to udaje. Nie wszystkie wiersze na świecie utrzymują ten poziom panowania nad słowem i emocją.

Waldemarowi Hładkiemu się to udało. „Wyczerpane słowa” to katastroficzna wizja naszego człowieczeństwa banalności końca przeciwstawiająca wiarę w piękno i w sztukę. Ja, jako człowiek podążający silniej za argumentacją Pascalowską niż kartezjańskim racjonalizmem Hładkiego absolutnie się z tym tomem nie zgadzam, ale narzucił on jednak na mnie swój dyskretny urok słowny. Jego lektura była mi potrzebna, choćby i po to, aby nas rozróżnić, aby sobie samem własną wiarę uświadomić na tle innej hipotetycznej niewiary (choćby i współczesnego świata) i apokalipsy czy choćby samej rozpaczy, która być może też i tam wiedzie.

W każdym razie i ostatecznie moja niezgoda owocuje myśleniem, formą samoświadomości, a przecież i o to też w poezji chodzi, rozbudzić, pobudzić, sprowokować. Pascalowskie założenie, że racjonalny rozum jest niewystarczający do poznania Boga i osiągnięcia prawdziwego szczęścia okazuje się tutaj bardzo użyteczne w obliczu fundamentalnych dylematów egzystencjalnych. Odchodzimy tutaj jednakowoż od tomu poezji i postaci autora – Waldemara Hładkiego.

Wyczerpane słowa zafascynowały mnie na wielu płaszczyznach. To tom słowny i wizualny. Opowieść i obraz. Autor jest postacią wyjątkową, dla mnie pełną charyzmy, determinacji i aktywności, ale wyczuwam drugie dno tych atrybutów, jednym słowem cenę jaką się za to płaci. Reszta wyrażona jest w poezji.

W moim ogrodzie / zamiast kwiatów / wyrastają kamienie” (…) „bez wody życia / usycha ciche marzenie” (...) „lękam się zejść do ciebie / by nie potknąć się o obojętność” (...) „nasza obiecana nieskończoność / jest skończona” (...) „to wszystko przeminie – i ja przeminę”

Ale to nie wszystko. Ten tom na swój sposób jest nieuchwytny. Nadzieję znajdujemy tam, gdzie jej nie ma, albo tam, gdzie ona się kończy, jeśli tylko jest w nas. A jest ona naturalną cechą wpisaną jakby w nasze geny działania. To zresztą udowadnia sam autor swoim całym życiem żyjąc w zasadzie dla innych. Jako prezes Unii Polskich Pisarzy Lekarzy – stowarzyszeniu działającemu „jak w zegarku”, jako wiceprezes Związku Literatów Polskich – organizacji ponad stuletniej, która natrafiła w swojej egzystencji na pola gór lodowych, zaniku czytelnictwa i upadku roli społecznej literata jako misjonarza, wreszcie jako profesor medycyny, ale i praktykujący lekarz, tej starej daty spod znaku poświęcenia dla innych, a nie jak lekarze nam współcześni o zaniku empatii wprost proporcjonalnej do stanu ich kont. Aż w końcu jako człowiek w świecie rozpadu więzi, w świecie alienacji, w świecie samotności.

Polecam wam „Wyczerpane słowa”. Zapewne odkryjecie w nich swoje przemyślenia. Może więcej wiary, nadziei i miłości, ale jeśli nie, to... porzućcie wszelką nadzieję.

Choć jestem pewien, że poezja przetrwa i tak. Odrodzi się zawsze, gdyż człowiek jej po prostu potrzebuje do wyrażania... wielu, wielu spraw, których nie da się inaczej wyrazić, tak jak potrzebuje się pożywienia i snu. Śnijmy zatem bez końca. Wszystko jest... poezją, w świecie gdzie nic nie jest z poezji.

Andrzej Walter

_____________________

Waldemar Andrzej Hładki, Wyczerpane słowa. Wiersze. Trzydzieści pięć wierszy na moje trzydziestopięciolecie w Unii Polskich Pisarzy Lekarzy. Słowo wstępne: Andrzej Dębkowski. Opracowanie redakcyjne, projekt okładki i korekta: Waldemar Andrzej Hładki. Ilustracje: Krzysztof Kozłowski – przy użyciu programu sztucznej inteligencji Dream by Wembo.ai. Wydawca: Unia Polskich Pisarzy Lekarzy, Kraków 2025, s. 80.