Kazimierz Kochański
Publikacja, która znika
Wskutek pomysłu na uznanie za „publikację” tekstu ogłoszonego w Internecie, który jest przecież nietrwałym nośnikiem dla sztuki, jestem samounicestwiającym się twórcą.
Każdy nowy utwór natychmiast publikuję na którymś z portali artystycznych – dzięki temu ocalały teksty do dwóch moich książek (moje PC-ty zawiodły). Jednak witryny, z których odzyskałem teksty, już nie istnieją, a i Wam znanych kilka jest w stanie upadłości.
Dawno temu sygnalizowałem niesłuszność uznawania prezentacji elektronicznej na portalach, tak samo jak e-booków. Konkursy poetyckie są dla mnie zamknięte. Chęci publikacji w papierowych nośnikach – niedostępne. Zatem trafiają tam przeróżne „nowinki”, najczęściej słabe artystycznie. Ale część autorów jest nieuczciwa (wiem to na pewno), zatem są i na witrynach, i na łamach.
Może czas wrócić do normalności. W czym problem? Że ktoś będzie i tu, i tam? Przecież nie istnieją już honoraria.
Chciałbym jeszcze dodać, że taki los – pozostawanie na nośnikach elektronicznych bądź magnetycznych – dotyka fotek rodzinnych, nagrań pierwszych słów naszych małych pociech na kasetach magnetofonowych, ślubów na taśmach magnetowidowych. Tenże los czeka nas, artystów słowa. Czy tego nie chcecie wiedzieć?
Na koniec małe „skrzywionko” interpretacyjne: na spotkaniach autorskich powinno się czytać wyłącznie nowości, bo prezentowanie tego, co już opublikowane, jest nadużyciem – za spotkania przeważnie nam płacą.
Ileż nieprawości wymyślono i wciąż się wymyśla dla ludzi świeżej myśli. Najgorsze, że my w to wchodzimy bez sprzeciwu.
Kazimierz Kochański










































































































































































































































































































