Nowości książkowe

 

Plakat

Andrzej Dębkowski 

 

Blizna jako miejsce mowy

O poezji Danuty Bartoszuk

 

„Tkanka bliznowata” Danuty Bartoszuk jest tomem, który nie tyle domaga się lektury, ile ją wymusza – poprzez ciężar doświadczenia, konsekwencję tematyczną i radykalną uczciwość wobec materii życia. To poezja, która nie próbuje się podobać ani uwodzić formalnym kunsztem, choć kunszt ten jest obecny; nie aspiruje do efektowności ani do literackiej gry. Jest natomiast głęboko zakorzeniona w tym, co w języku najtrudniejsze: w mówieniu o przemocy, krzywdzie, dziedziczonym cierpieniu, ambiwalencji więzi rodzinnych oraz w nieustannej próbie scalania „ja” po kolejnych pęknięciach. Już sam tytuł tomu – „Tkanka bliznowata” – wyznacza obszar tej poezji: nie jest to opowieść o ranie w jej momencie otwarcia, lecz o tym, co powstaje po niej, o substancji, która nigdy nie odzyskuje pierwotnej elastyczności, ale umożliwia dalsze istnienie.

Bartoszuk, poetka dojrzała, autorka wielu tomów, nauczycielka i tłumaczka, świadomie rezygnuje tu z maski literackiej. Wiersze są skrajnie autobiograficzne, a jednocześnie nie zamykają się w prywatnym rejestrze – przeciwnie, konsekwentnie przekraczają jednostkowe doświadczenie, stając się zapisem losu kobiet funkcjonujących w cieniu przemocy domowej, alkoholizmu, emocjonalnego zaniedbania i kulturowych nakazów milczenia. To poezja pamięci, ale pamięci nieheroicznej: pamięci kuchni, klatek schodowych, mieszkań „na piętrze”, gdzie mieszają się „zapachy gotowania i strachu”, pamięci świąt pozbawionych metafizycznego blasku, pamięci matek i ojców, którzy byli jednocześnie obecni i radykalnie nieobecni.

Język Bartoszuk jest ascetyczny, często niemal reporterski, oparty na krótkich frazach, wyliczeniach, pozornie prostych obrazach. Ta prostota jest jednak zwodnicza: pod powierzchnią lakonicznych wersów kryje się ogromna praca emocjonalna i etyczna. Poetka doskonale rozumie, że doświadczenie przemocy nie potrzebuje metaforycznego nadmiaru – przeciwnie, im bardziej język jest „nagi”, tym dotkliwiej odsłania sens. Wiersze takie jak „Tkanka bliznowata”, „Po pierwszym”, „Potłuczone” czy „Rozliczanie” operują obrazami codzienności, które same w sobie stają się oskarżeniem: pobite garnki, podbite oczy, szklanka rozbijająca się o ścianę. Nie ma tu patosu ani publicystycznej emfazy; jest spokojna, niemal dokumentalna rejestracja faktów, które same domagają się moralnej reakcji.

Szczególnie istotnym wymiarem tomu jest relacja z matką – figurą wielokrotnie obecną, ale nigdy jednoznaczną. Matka u Bartoszuk nie jest ani wyłącznie ofiarą, ani wyłącznie sprawczynią; jest raczej osobą uwikłaną w własne traumy, powtarzającą schematy, które sama odziedziczyła. Wiersze takie jak „Zaćmienie”, „Alleluja”, „Wymowność” czy „Więzy” pokazują matkę jako kogoś, kto jednocześnie daje i odbiera, chroni i rani, jest źródłem czułości oraz fundamentalnego braku. Relacja ta zostaje wpisana w szerszy kontekst pokoleniowego dziedziczenia przemocy i niemożności zerwania z destrukcyjnymi wzorcami.

Ważnym elementem tomu jest także dekonstrukcja tradycyjnych narracji rodzinnych i religijnych. Bartoszuk z dużą świadomością kulturową wykorzystuje symbole chrześcijańskie – Boże Narodzenie, Wielkanoc, pasterkę, alleluja – by pokazać ich pustkę w zetknięciu z realnym cierpieniem. Święta w „Tkance bliznowatej” nie przynoszą ukojenia ani odkupienia; są raczej momentami intensyfikacji braku, hipokryzji i samotności. Jednocześnie poetka nie popada w prosty antyklerykalizm – jej krytyka ma charakter egzystencjalny, dotyczy rozdźwięku między obietnicą sensu a doświadczeniem jego nieobecności.

Na szczególną uwagę zasługuje sposób, w jaki Bartoszuk pisze o tożsamości kobiecej. Wiersze takie jak „Tożsamość”, „Powtarzali nie narzekaj”, „Jeden plus jeden” czy „Matka marnotrawna” demaskują społeczne oczekiwania wobec kobiet: cierpliwość, wdzięczność, umiejętność znoszenia „normalności”, która w rzeczywistości jest systemową przemocą. Poetka pokazuje, jak język – frazy powtarzane przez otoczenie – staje się narzędziem uciszania: „nie pije, nie bije”, „nie narzekaj”, „tyle powinno wystarczyć do szczęścia”. Poezja Bartoszuk jest próbą odzyskania głosu tam, gdzie przez lata obowiązywało milczenie.

W drugiej, objętościowo dominującej części tomu „Tkanka bliznowata” wyraźnie przesuwa się punkt ciężkości: z doświadczenia dzieciństwa i relacji rodzinnych ku dorosłości, relacjom intymnym, miłości, erotyce, chorobie i mozolnej próbie odbudowy podmiotowości. Nie oznacza to jednak zerwania z przeszłością – przeciwnie, Bartoszuk konsekwentnie pokazuje, że blizna nie jest zamkniętym epizodem, lecz aktywną strukturą, która wpływa na każdy kolejny wybór, gest i związek. Dorosłe „ja” mówiące w tych wierszach nie wychodzi z historii przemocy oczyszczone; wychodzi raczej obciążone, nadwrażliwe, nieufne wobec języka obietnic i deklaracji.

Miłość w „Tkance bliznowatej” jest doświadczeniem głęboko ambiwalentnym. Z jednej strony jawi się jako przestrzeń ratunku, cielesnej obecności, intensywności życia; z drugiej – jako pole powtórzeń, w którym dawne schematy dominacji, zależności i przemocy powracają pod zmienionymi maskami. Wiersze takie jak „Nie używaj słowa miłość”, „Tydzień przed rozwodem”, „Pokora to piękne słowo” czy „Rozrzutność” demaskują fałsz romantycznych narracji, pokazując relacje, w których język czułości współistnieje z agresją, a bliskość cielesna nie gwarantuje bezpieczeństwa emocjonalnego. Bartoszuk nie mitologizuje namiętności – przeciwnie, precyzyjnie opisuje jej destrukcyjny potencjał, nie odbierając jej jednocześnie intensywności.

Warto zwrócić uwagę na wyjątkowo świadome operowanie erotyką. Wiersze takie jak „Tleniona”, „Korekta”, „Stan łatwopalny”, „Kreacja” czy „Bez ciastka” pokazują cielesność jako obszar negocjacji władzy, wstydu, przyjemności i samoświadomości. To erotyka daleka od estetyzacji; jest konkretna, osadzona w detalach gestów, zapachów, dotyku. Jednocześnie Bartoszuk unika pornograficznej dosłowności – interesuje ją raczej moment przekroczenia granicy, chwila, w której ciało staje się jedynym językiem zdolnym wyrazić to, czego nie potrafią już słowa. Charakterystyczne jest tu napięcie między potrzebą bycia widzianą a lękiem przed odsłonięciem – napięcie, które w wielu wierszach zostaje wpisane w samą strukturę wersów, urywanych, zawieszonych, niedomkniętych puentą.

Istotnym motywem drugiej części tomu jest także choroba – zarówno fizyczna, jak i psychiczna. Bartoszuk pisze o niej bez metaforyzowania i bez sentymentalizmu. Wiersze „Będzie moc”, „Z listopadów”, „Po nowiu” czy „Chorobliwość” pokazują doświadczenie kruchości ciała i psychiki jako stan permanentny, nie jako chwilowe odstępstwo od normy. Choroba nie staje się tu figurą oczyszczenia ani duchowego wtajemniczenia; jest raczej kolejnym wymiarem ograniczenia, z którym trzeba nauczyć się żyć. Jednocześnie poetka bardzo subtelnie zaznacza momenty drobnej nadziei – nie w wielkich deklaracjach, lecz w mikrograch codzienności: w cieple kota, w świetle za oknem, w obietnicy nadchodzącej wiosny.

Szczególne miejsce w tomie zajmują wiersze odnoszące się do doświadczenia społecznego i historycznego. Teksty takie jak „Nie piszę wierszy o Muranowie”, „Światełko nad Gdańskiem”, „Po wybuchu” czy „Listopadowa” pokazują podmiot uwikłany w rzeczywistość zbiorową, ale niechętny prostym opozycjom i moralnym skrótom. Bartoszuk unika jednoznacznych deklaracji ideologicznych; interesuje ją raczej kondycja jednostki zanurzonej w chaosie sprzecznych narracji, w świecie, w którym symbole narodowe, religijne i historyczne tracą klarowność znaczeń. Szczególnie poruszający jest gest „pochylania głowy” zamiast rzucania kamieniem – gest etycznej wstrzemięźliwości, który wpisuje się w całą poetykę tomu: zamiast osądzać, poetka obserwuje, zapisuje, próbuje zrozumieć.

Formalnie „Tkanka bliznowata” jest tomem niezwykle konsekwentnym. Brak interpunkcji, oszczędność środków, krótkie wersy i częste użycie wyliczeń budują wrażenie mowy zbliżonej do wewnętrznego monologu. Jednocześnie Bartoszuk bardzo świadomie operuje rytmem – pauzy, przerzutnie i nagłe urwania wersów pełnią funkcję semantyczną, oddając niestabilność emocjonalną podmiotu. Szczególnie interesującym zabiegiem jest pojawiająca się miejscami deformacja języka, gdzie rozpad zapisu graficznego odzwierciedla rozpad komunikacji i tożsamości. To momenty, w których forma nie tylko ilustruje treść, ale staje się jej integralną częścią.

Warto także podkreślić, że mimo ciężaru tematów „Tkanka bliznowata” nie jest tomem nihilistycznym. Nad całością unosi się cicha, uporczywa wiara w możliwość dalszego życia – nie szczęśliwego w sensie banalnym, ale uczciwego wobec własnych ograniczeń. Wiersze końcowe, choć nie przynoszą jednoznacznego domknięcia, sugerują proces powolnego odzyskiwania sprawczości: „dziś / nie wypuszczam z rąk / siebie”. To jedna z najważniejszych deklaracji tomu – deklaracja trudna, wypracowana, pozbawiona patosu, a przez to szczególnie wiarygodna.

„Tkanka bliznowata” Danuty Bartoszuk jest tomem o wysokiej randze literackiej i etycznej. To poezja, która nie oferuje pocieszenia, ale daje coś znacznie cenniejszego: język do nazwania doświadczeń zwykle wypychanych poza obszar literatury „wysokiej”. Bartoszuk wpisuje się w nurt współczesnej poezji świadectwa, ale robi to na własnych warunkach – bez manifestów, bez deklaratywnego feminizmu, bez ideologicznego tonu. Jej siła polega na konsekwencji, uczciwości i umiejętności słuchania własnej pamięci, nawet wtedy, gdy ta pamięć boli.

W szerszym kontekście współczesnej poezji polskiej „Tkanka bliznowata” sytuuje się na przecięciu kilku istotnych nurtów, nie wpisując się jednak bez reszty w żaden z nich. Z jednej strony tom ten można czytać jako kontynuację tradycji poezji kobiecej, która od lat sześćdziesiątych XX wieku konsekwentnie przesuwała punkt ciężkości z metafizyki i abstrakcji ku cielesności, relacjom i doświadczeniu prywatnemu. Z drugiej – Bartoszuk wyraźnie unika zarówno retoryki manifestu, jak i estetyki skandalu, która bywała obecna w niektórych nurtach literatury zaangażowanej. Jej poezja jest radykalna nie przez deklaracje, lecz przez upór w mówieniu o tym, co społecznie niewygodne i literacko ryzykowne.

W tym sensie „Tkanka bliznowata” dialoguje z twórczością Anny Świrszczyńskiej – szczególnie z jej późnymi tomami, w których ciało staje się archiwum bólu, pamięci i upokorzeń, a zarazem jedynym pewnym punktem odniesienia. Blisko jest tu także do Haliny Poświatowskiej, choć Bartoszuk pozbawia erotykę romantycznej aury i metafizycznego napięcia; jej miłość jest bardziej prozaiczna, obciążona, nieufna wobec wzniosłych słów. Można również dostrzec powinowactwa z poezją Justyny Bargielskiej czy Marty Podgórnik, jednak Bartoszuk pozostaje mniej ironiczna, bardziej osadzona w realistycznym zapisie doświadczenia, bliższa poetyce świadectwa niż gry intertekstualnej.

Istotną różnicą jest także stosunek do języka. W „Tkance bliznowatej” język nie jest przestrzenią wolności, lecz polem walki. Poetka wielokrotnie pokazuje, że słowa zawodzą: banalizują przemoc, normalizują cierpienie, narzucają gotowe klisze interpretacyjne. Stąd tak częste w tomie gesty milczenia, zawieszenia, urwania wypowiedzi. Bartoszuk nie ufa językowi w jego oficjalnych, społecznie usankcjonowanych formach; ufa raczej pojedynczym słowom, które udało się ocalić z chaosu – „dziękuję”, „przepraszam”, „wierzę”. Te słowa, pozornie najprostsze, stają się w jej poezji aktami odwagi, bo wypowiedziane są po doświadczeniu ich nadużycia.

Ważnym aspektem tomu jest także problem pamięci i jej selektywności. Bartoszuk nie rekonstruuje przeszłości linearnie; jej pamięć jest fragmentaryczna, pełna luk, powtórzeń, powracających obsesyjnie obrazów. Taki sposób narracji nie jest jedynie zabiegiem formalnym – odpowiada psychologicznemu doświadczeniu traumy, która nie poddaje się porządkowaniu ani domknięciu. Wiersze układają się w mozaikę, w której niektóre sceny powracają pod różnymi kątami, inne zostają jedynie zarysowane, jakby poetka świadomie rezygnowała z pełnego dopowiedzenia. To właśnie w tych przemilczeniach „Tkanka bliznowata” mówi najwięcej.

Nie sposób pominąć także etycznego wymiaru tej poezji. Bartoszuk konsekwentnie unika jednoznacznych oskarżeń, choć opisuje sytuacje, które domagałyby się gniewu i potępienia. Jej postawa jest bliższa etyce świadectwa niż etyce sądu. Nawet w wierszach dotyczących przemocy domowej czy alkoholizmu ojca nie pojawia się chęć odwetu; pojawia się raczej potrzeba zrozumienia mechanizmów, które prowadzą do krzywdy. Taka postawa może budzić sprzeciw u czytelników oczekujących wyraźnego stanowiska, ale właśnie w tej powściągliwości kryje się siła tomu. Bartoszuk nie chce zamieniać literatury w trybunał – chce, by była przestrzenią odpowiedzialnego słuchania.

W tym kontekście szczególnie istotne są wiersze dotyczące relacji międzypokoleniowych. Poetka wielokrotnie pokazuje, że przemoc i zaniedbanie nie są jedynie indywidualnym wyborem, lecz elementem dziedziczonego wzorca. Postacie matek, babek, ojców i dziadków tworzą sieć zależności, w której trudno wskazać jednoznaczne źródło winy. „Tkanka bliznowata” nie oferuje łatwego wyzwolenia z tej sieci; oferuje natomiast świadomość jej istnienia, a to już akt emancypacyjny. Zatrzymanie przemocy nie dokonuje się tu przez spektakularne zerwanie, lecz przez mozolną pracę nad sobą, przez decyzję, by „nie wypuszczać z rąk siebie”.

Odrębnym, choć spójnym wątkiem tomu jest refleksja nad rolą poezji samej w sobie. Bartoszuk nie idealizuje aktu pisania; nie traktuje wiersza jako narzędzia terapii ani jako gwarancji sensu. Pisanie jest raczej formą porządkowania chaosu, próbą nadania kształtu temu, co w przeciwnym razie pozostałoby bezimienne. Wiersze są tu bliskie notatkom egzystencjalnym, zapiskom z życia na granicy wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Jednocześnie autorka doskonale zdaje sobie sprawę z ryzyka estetyzacji cierpienia – dlatego tak konsekwentnie unika ozdobników i retorycznych figur.

Całość tomu zamyka się w paradoksie wpisanym już w sam tytuł. Tkanka bliznowata nie jest zdrową tkanką, ale nie jest też otwartą raną. Jest dowodem przetrwania, ale także trwałego uszkodzenia. Poezja Danuty Bartoszuk lokuje się właśnie w tej przestrzeni pomiędzy: nie celebruje cierpienia, ale nie udaje, że można się go całkowicie pozbyć. Jej wiersze są zapisem życia po – po przemocy, po rozczarowaniu, po utracie złudzeń. To poezja dojrzała, świadoma własnych ograniczeń, a przez to wyjątkowo wiarygodna.

„Tkanka bliznowata” jest tomem wymagającym – emocjonalnie i intelektualnie. Nie oferuje łatwej identyfikacji ani estetycznej przyjemności w tradycyjnym sensie. Oferuje natomiast doświadczenie spotkania z głosem, który nie kłamie, nie upiększa i nie szuka poklasku. W czasach, gdy literatura często ulega presji efektu i skrótu, książka Danuty Bartoszuk przypomina o pierwotnej funkcji poezji: o byciu miejscem prawdy, nawet jeśli jest to prawda trudna do uniesienia.

Andrzej Dębkowski

______________ 

Danuta Bartoszuk, Tkanka bliznowata. Redakcja: Jarosław Jabrzemski. Wydawca: Rafał T. Czachorowski. Projekt okładki i identyfikacji graficznej: Daria K. Kompf. Korekta: Katarzyna Kusoić. Zdjęcie autorki: Leszek Lisiecki. Wydawca: Fundacja Duży Format, Warszawa 2023, s. 68.