Nowości książkowe

 

Plakat

Andrzej Dębkowski 

 

Muzyka, która oddychała ciszą –

popołudnie harmonii i wspólnoty w zelowskiej świątyni 

 

12 kwietnia 2026 roku zapisał się w pamięci słuchaczy jako jeden z tych wieczorów, które nie tyle się przeżywa, co raczej – chłonie całym sobą. W murach Kościoła ewangelicko-reformowanego w Zelowie zabrzmiała muzyka, która przekracza granice czasu, języka i wyznania. Koncert Ekumenicznego Chóru Kameralnego PER z Warszawy, przygotowany z okazji 250. rocznicy Parafii ewangelicko-reformowanej w Warszawie, był wydarzeniem nie tylko artystycznym, lecz także duchowym – głęboko wpisanym w ideę ekumenizmu i wspólnoty.

Już pierwsze dźwięki zdradzały, że mamy do czynienia z zespołem niezwykle świadomym swojego warsztatu. Wielogłosowość, która w repertuarze chóralnym bywa często jedynie technicznym wyzwaniem, tutaj stała się przestrzenią dialogu – żywego, pulsującego, pełnego subtelnych napięć i rozwiązań. Trzy głosy żeńskie – sopran, mezzosopran i alt – niosły światło, lekkość i klarowność, podczas gdy głosy męskie – tenor, baryton i bas – budowały fundament, głębię i wewnętrzne drżenie. Ta równowaga nie była jednak statyczna. Była jak oddech – raz unoszący, raz uspokajający, zawsze naturalny.

Koncert otworzyła „Missa a 3 Woo VI/5” Johanna Wenzla Kaliwody – utwór, który w swojej konstrukcji odwołuje się do klasycznej formy mszy, a jednocześnie ujawnia romantyczną wrażliwość kompozytora. W interpretacji chóru zabrzmiał niezwykle przejrzyście, niemal ascetycznie. Każda fraza była precyzyjnie prowadzona, a zarazem nasycona emocją. Szczególnie „Kyrie” poruszało swoją miękką, falującą linią melodyczną, w której głosy splatały się niczym nici delikatnej tkaniny. Gloria natomiast wniosła dynamikę i energię – bez popadania w patos, raczej z godnością i powściągliwością.

Utwory Daniela Synowca – „Laudate Dominum” oraz „Ave verum corpus” – stanowiły interesujący kontrapunkt wobec repertuaru historycznego. W jego kompozycjach słychać głębokie zakorzenienie w tradycji, ale także wyraźny rys indywidualny. „Laudate Dominum” zabrzmiało jak hymn światła – pełen jasnych współbrzmień, subtelnych dysonansów i płynnych przejść harmonicznych. Z kolei „Ave verum corpus” było momentem zatrzymania. Cisza między frazami stawała się tu równie ważna jak same dźwięki. Chór wykazał się niezwykłą umiejętnością operowania napięciem – każde wejście głosu było przemyślane, każde wyciszenie – znaczące.

W utworach Mikołaja Gomółki – „Nieście chwałę” oraz „Pana ja wzywać będę” – zabrzmiała polska tradycja muzyczna w swojej najczystszej postaci. Interpretacja była pełna szacunku dla stylu epoki, ale jednocześnie żywa i komunikatywna. Nie było tu muzealnej stylizacji – była natomiast radość śpiewania, naturalność frazy i klarowność tekstu. Słuchacz miał wrażenie, że te utwory wciąż są częścią żywej kultury, a nie tylko historycznym artefaktem.
Obecność tych dwóch utworów mojego ulubionego Mikołaja Gomółki nie była jedynie ukłonem w stronę polskiej tradycji, ale stała się jednym z najbardziej wyrazistych momentów koncertu. Gomółka, zakorzeniony w renesansowej wizji harmonii świata, operuje muzyką w sposób, który dziś może wydawać się prosty, lecz w tej prostocie kryje się niezwykła głębia. Chór wydobył z tych kompozycji ich pierwotną świeżość, unikając zarówno nadmiernej stylizacji, jak i współczesnego „upiększania” brzmienia.

W „Nieście chwałę” szczególnie uderzała klarowność prowadzenia głosów – każda linia była czytelna, a jednocześnie wpisana w większą całość, która brzmiała jak dobrze zestrojony organizm. Nie było tu dominacji żadnej sekcji – raczej organiczne współistnienie, w którym sopran nie unosił się ponad resztę, a bas nie przytłaczał fundamentem. To właśnie ta równowaga, tak charakterystyczna dla renesansowej polifonii, została oddana z dużym wyczuciem stylu.

Z kolei „Pana ja wzywać będę” przyniosło więcej introspekcji. Był to moment bardziej osobisty, niemal modlitewny. Chór potrafił tu zwolnić, wyciszyć emocje i skupić się na słowie – a przecież w muzyce Gomółki tekst jest równie ważny jak dźwięk. Delikatne frazowanie, subtelne akcenty i umiejętność budowania napięcia w obrębie pozornie prostych struktur sprawiły, że utwór ten zabrzmiał niezwykle współcześnie w swoim przekazie.
W obu kompozycjach ujawniła się jeszcze jedna istotna cecha zespołu: zdolność do myślenia muzyką nie jako zbiorem nut, lecz jako opowieścią. Gomółka nie został tu potraktowany jak „lekcja historii muzyki”, ale jak żywy twórca, który wciąż ma coś do powiedzenia. I być może właśnie dlatego jego utwory zabrzmiały tego popołudnia tak przekonująco – bo zostały zaśpiewane nie tylko poprawnie, ale przede wszystkim prawdziwie.

Niezwykle poruszający był „Locus iste” Antona Brucknera – utwór, który w swojej prostocie kryje ogromną siłę wyrazu. Chór oddał jego kontemplacyjny charakter z wielką wrażliwością. Długie, spokojne frazy budowały atmosferę skupienia, a akustyka świątyni dodawała brzmieniu głębi i przestrzeni. To był moment, w którym muzyka rzeczywiście „wypełniła mury” – nie w sensie głośności, lecz obecności.

„Pange lingua” Zoltána Kodály’ego było z kolei ukłonem w stronę tradycji pedagogicznej, z którą chór jest silnie związany. W interpretacji słychać było dbałość o intonację, precyzję rytmiczną i czystość współbrzmień – cechy charakterystyczne metody Kodálya. Jednocześnie wykonanie nie było „szkolne” – przeciwnie, pełne było ekspresji i wewnętrznego napięcia.
W programie znalazły się także mniej oczywiste, ale niezwykle interesujące kompozycje, jak „Cantate Domino” Giuseppe Ottavia Pitoniego. Utwór ten, osadzony w barokowej estetyce, zabrzmiał z lekkością i elegancją. Chór świetnie oddał jego rytmiczną energię i kontrapunktyczną strukturę.

Z kolei „Hebe deine Augen auf” Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego było jednym z najpiękniejszych momentów koncertu. Trzy głosy żeńskie stworzyły brzmienie niemal eteryczne – delikatne, a zarazem pełne wewnętrznej siły. To była muzyka, która unosiła, ale nie odrywała od rzeczywistości – raczej pozwalała spojrzeć na nią z innej perspektywy.
Nieco bardziej surowy, ale równie poruszający był utwór Ludwiga van Beethovena – „Pieśń moja Bóg”. Interpretacja była skupiona, pozbawiona zbędnych ozdobników. Chór postawił na prostotę i szczerość przekazu – i był to wybór w pełni uzasadniony.

Na zakończenie zabrzmiało „Fiat pax” Andrzeja Koszewskiego – utwór o szczególnej wymowie w dzisiejszym świecie. W jego strukturze odnaleźć można zarówno niepokój, jak i nadzieję. Chór oddał tę ambiwalencję z wielką siłą – budując napięcie, które nie znalazło łatwego rozwiązania. I może właśnie dlatego było tak prawdziwe.

Całość koncertu prowadził z ogromnym wyczuciem Daniel Synowiec – dyrygent, który nie narzuca się muzyce, lecz ją współtworzy, jest jej częścią. Jego gest był precyzyjny, ale nie mechaniczny; ekspresyjny, ale nie teatralny. Widać było, że chór mu ufa – i że to zaufanie przekłada się na jakość wykonania.

Nie sposób nie wspomnieć o samej przestrzeni, która stała się współuczestnikiem wydarzenia. Akustyka kościoła w Zelowie nie tylko sprzyjała brzmieniu chóru, ale wręcz je współtworzyła. Dźwięk miał gdzie wybrzmieć, gdzie się rozwinąć, gdzie zaniknąć. Cisza między utworami była równie znacząca jak same kompozycje.

Ten koncert był czymś więcej niż prezentacją repertuaru. Był spotkaniem – ludzi, tradycji, wrażliwości. Pokazał, że muzyka chóralna wciąż ma moc jednoczenia, że potrafi budować mosty tam, gdzie inne formy komunikacji zawodzą. W świecie pełnym hałasu i pośpiechu był chwilą zatrzymania – i przypomnieniem, że harmonia nie jest dana raz na zawsze, lecz wymaga pracy, uwagi i wrażliwości.

I może właśnie dlatego ten koncert pozostanie w pamięci na długo – jako doświadczenie nie tylko estetyczne, ale i głęboko ludzkie.

Tekst i foto: ©Andrzej Dębkowski